Nie śpię, bo robię speedtest, czyli zamieniłem domowy internet na LTE

Artykuł/Operatorzy 20.08.2018
Nie śpię, bo robię speedtest, czyli zamieniłem domowy internet na LTE

Nie śpię, bo robię speedtest, czyli zamieniłem domowy internet na LTE

Nie sądziłem, że taki dzień kiedykolwiek nadejdzie. Zamieniłem na próbę mój dotychczasowy domowy internet na internet LTE i jest spora szansa, że zostanę z nim na dłużej.

Mam jeszcze wprawdzie cztery dni na oddanie całego sprzętu i rozwiązanie umowy bez ponoszenia prawie żadnych kosztów (poza opłatą za dwa tygodnie użytkowania), ale raczej do tego nie dojdzie. Zostanę na dwa lata z mobilnym internetem stacjonarnym, co z jednej strony bardzo mnie cieszy, a z drugiej – odrobinę przeraża.

Dlaczego internet mobilny w domu?

Nie, nie zmieniam często miejsca zamieszkania. Nie, nie jestem studentem. Nie, nie podróżuje często z routerem LTE w plecaku albo bagażniku samochodu. Natomiast tak – mam dostęp do innych form podłączenia się do internetu.

Niestety z racji wieku osiedla i jego ogólnego odosobnienia (choć miasto duże – Wrocław), moje opcje internetowe są mocno ograniczone. Mogę skorzystać z Neostrady do maksymalnie 80 Mbps, ponosząc dodatkowo koszt utrzymania łącza i musząc jego część zrobić od nowa. Mogę też skorzystać z oferty lokalnego dostawcy internetu radiowego.

Do tej pory korzystałem z tej drugiej opcji, ale w ostatnich miesiącach stała się ona niesamowicie uciążliwa. Internet działał albo nie, pomoc techniczna odbierała telefony albo nie, a ja musiałem czasem pracować całą dobę albo i dwie, korzystając z internetu udostępnianego z telefonu (dzięki ci Orange za pakiet 40 GB!). Sporadyczne awarie jestem jeszcze w stanie przeżyć, ale to, że nie ma gdzie zadzwonić, żeby ochrzanić go za to, że coś nie działa dowiedzieć się, kiedy usterka zostanie usunięta, przeważyło.

Rozpoczęły się poszukiwania alternatywnego źródła dostępu do sieci. A że po ponad pół roku remontu mam już alergię na wszelkie formy wiercenia, kopania i instalowania, nieco niechętnie, ale jednak z ciekawością zerknąłem w kierunku oferty internetu LTE.

Oczywiście najchętniej przesiadłbym się na światłowód, ale cóż poradzić – nowe osiedle kilkaset metrów dalej ma dostęp do tego cudu, natomiast ja – nie.

LTE? Boję się.

W zasadzie nic na początku nie wskazywało na to, że LTE będzie dobrym pomysłem. Sprawdziłem mapki operatorów, które wskazywały, że teoretycznie powinienem mieć dostęp do szybkiego internetu, ale jakość i szczegółowość tych mapek pozostawia wiele do życzenia. Przejrzałem mapę BTS, z których wynikało, że jasne, stacje są wszędzie, ale… dookoła. Żadnej bezpośrednio w mojej okolicy, a do najbliższej mam co najmniej kilometr albo i więcej. Może i terenu płaskiego, ale zastawionego, jak tylko się da.

Nie wyglądało to przesadnie dobrze. Ale że właściwie każdą z ofert operatorów można bezpłatnie przetestować przez pewien okres, a potem bez podawania powodu zwrócić – zdecydowałem się spróbować. W końcu co mi szkodzi, tym bardziej, że w dniu, w którym pojechałem do salonu, mój stacjonarny internet znowu nie działał.

A nawet kiepski internet byłby lepszy od żadnego.

Wybrałem T-Mobile, choć powód jest trochę śmieszny.

Oczywiście są dwa podstawowe powody, dla których pojechałem do salonu magentowego operatora. Pierwszym jest to, że obie wersje abonamentu nie mają żadnego limitu transferu, co w przypadku internetu, który jest podstawą mojej pracy i rozrywki, jest kluczowe.

Po drugie niedawno taką formę dostępu do sieci testował u nas Piotrek Grabiec i w prywatnej rozmowie potwierdził wszystko, co napisał w tekście. Szkoda tylko, że od tego czasu o połowę skrócono okres z możliwością zwrotu urządzenia i rozwiązaniem umowy bez konsekwencji.

T-Mobile Internet Domowy bez limitu test

A co z tym śmiesznym powodem? Cóż, był nim router dodawany (za 200 zł) do zestawu. Nie, nie chodzi o to, że obsługuje, co trzeba, ma dedykowaną aplikację do zarządzania i dwa wejścia antenowe. Chciałem go, bo… lubię ładne routery. Nie jest to wprawdzie jakość wykonania na poziomie kupionego przeze mnie jakiś czas temu Amplifi HD, ale nie wygląda szpetnie i można go spokojnie postawić w widocznym miejscu.

Do tego ma wbudowany akumulator, co dla wielu osób może nie mieć większego znaczenia, ale dla mnie ma. Znów – nie po to, żeby zabrać go w plener, ale po to, żeby mieć dostęp do internetu z laptopa wtedy, kiedy dom nagle przestanie być zasilany. A to niestety w mojej okolicy dzieje się dość regularnie.

Do dwóch rzeczy jednak mógłbym się przyczepić. Jak na tak duży sprzęt (tak, to zdecydowanie nie jest ultrakompaktowe) jedno gniazdo Ethernet to trochę żart. Dobrze, że wykorzystałem je do podłączenia Amplifi HD, a dopiero do niego podłączone zostały wszystkie bramki i mostki, z których korzystam. W innym przypadku byłoby kiepsko.

Drugą wadą jest magentowe podświetlenie. Nie, nie to, że jest, bo lubię rzeczy, które ładnie się świecą. Wadą jest brak możliwości zaprogramowania czasu świecenia. Dla Amplifi HD mogę wybrać, kiedy całą dyskoteka ma zostać wyłączona. Dla modemu Huawei – już nie. Dostępna jest tylko opcja ręcznego włączenia i wyłączenia podświetlenia. Szkoda.

T-Mobile Internet Domowy bez limitu – jak się sprawuje?

Według obsługi w punkcie mogłem w swojej lokalizacji uzyskać transfery na poziomie maksymalnie 20 Mbps i na więcej nie powinienem liczyć. Ba, powinienem dobrze sprawdzić o różnych porach parametry łącza, bo nie bardzo mogą cokolwiek zagwarantować.

I tak od 10 dni, w dzień i w nocy, regularnie robię test prędkości różnymi metodami. Raz aplikacją wbudowaną w router Amplifi, raz popularną aplikacją Speedtest.

Wyniki? Satysfakcjonujące, choć zdecydowanie nie takie, że zdmuchiwałyby czapkę z głowy. Za 49 zł miesięcznie mogę liczyć – bez instalacji dodatkowych anten (co pewnie i tak zrobię) – na transfer w okolicach 10-19 Mbps w dół i 8-11 Mbps w górę. Dla porównania, za łącze radiowe płaciłem 60 zł za 15/5 Mbps.

Rozbieżność prędkości pobierania jest przy tym dość spora, a zależy głównie od dwóch czynników. Pierwszym jest prawdopodobnie obciążenie sieci w zależności od tego, ile osób korzysta z okolicznych nadajników. W środku dnia, czyli wtedy, kiedy pracuję, okolica jest prawie wymarła, więc rzadko kiedy mam jakiekolwiek problemy z dostępem do sieci. Trochę gorzej robi się wieczorami, szczególnie w okolicach 22-23, kiedy prawdopodobnie wszyscy jednocześnie uruchamiają Netfliksa i podobne serwisy – wtedy 10 Mbps traktuję jako dobry wynik. Jeśli jednak odłożyć na bok Speedtest, to jeśli sam włączę Netflixa w jakości FullHD w tych godzinach, nie mam najmniejszego problemu z oglądaniem.

T-Mobile Internet Domowy bez limitu - modem

Drugą przyczyną słabszych prędkości jest zapewne umiejscowienie samego routera w domu. Jeśli znów wyobrażę sobie, że jest 2006 r. i pójdę z routerem na piętro, po czym stojąc na palcach będę go trzymał przy oknie jak najwyżej, bez trudu wyniki dobijają do 20 Mbps. Niestety z racji remontu niespecjalnie mogę go tam postawić na stałe, ale kiedy tylko dom opuści ostatni robotnik, prawdopodobnie właśnie tam stanie router, a podłączone do niego zostaną dodatkowo odpowiednie kable antenowe.

A w porównaniu do poprzedniego internetu?

Z użytkowego punktu widzenia – nie odczuwam większej różnicy, może poza jednym aspektem, czyli wyższą prędkością wysyłania danych z mojego komputera.

Ze statystycznego punktu widzenia jest przeważnie lepiej. Przeważnie, bo w czasie mojej pracy przeważnie uzyskuję w obie strony transfery wyższe, niż uzyskiwałem do tej pory. Wieczorami jednak zazwyczaj mierzona prędkość pobierania jest niższa niż do tej pory. Na pocieszenie zostaje mi niższy niż przy radiu i względnie stabilny ping, choć nie jestem pewien, czy jestem to w stanie w jakikolwiek sensowny sposób wykorzystać.

To co – umowa na dwa lata czy jednak nie?

Gdybym miał w perspektywie światłowód, prawdopodobnie doturlałbym się jakoś do tego dnia, korzystając z umiarkowanie (nie)zawodnego internetu radiowego. Ale że nie spodziewam się tego ani trochę (moje osiedle dopiero niedawno doczekało się kanalizacji, także ten), musiałem podjąć decyzję tu i teraz.

Internet Domowy od T-Mobile, przynajmniej w mojej lokalizacji, nie okazał się jakimś niesamowitym skokiem jakościowym. Okazał się jednak dużo lepszy, niż mogłem się spodziewać, a także nieporównywalnie lepszy od wizji, którą w odniesieniu do internetu LTE roztaczał dostawca radiówki. Oczywiście miałem chrapkę na te teoretyczne, maksymalne 60 Mbps, ale cóż – musi mi póki co wystarczyć maksymalnie 20 Mbps, z którymi jak najbardziej da się żyć. Na pobranie wielogigabajtowych gier na Xboksa będę musiał wprawdzie czekać znów całą noc, ale skoro tak samo było do tej pory i niezbyt mi to przeszkadzało, to teraz – płacąc mniej – tym bardziej nie będę narzekać.

* Zdjęcia: Marcin Połowianiuk

Dołącz do dyskusji