Smartfon pozwala mi ograniczyć kontakty z ludźmi. Nie wiem tylko, czy powinienem się z tego cieszyć

Felieton/Technologie 20.08.2018
Smartfon pozwala mi ograniczyć kontakty z ludźmi. Nie wiem tylko, czy powinienem się z tego cieszyć

Smartfon pozwala mi ograniczyć kontakty z ludźmi. Nie wiem tylko, czy powinienem się z tego cieszyć

Coraz częściej łapię się na tym, że próbuję porównywać świat przed i po smartfonowej rewolucji.

Podczas urlopu byłem w Pucku. To nieduże miasto na Pomorzu, leżące na trasie z Gdyni do nadmorskich kurortów – Władysławowa, Helu czy Jastrzębiej Góry. Tamtejsze dworce: kolejowy i autobusowy, to typowy dla Polski powiatowej obraz nędzy i rozpaczy, ale znajdują się stosunkowo niedaleko od głównych atrakcji miasta. Puck warto odwiedzić, bo to urokliwe, przesycone historią miejsce, w przeciwieństwie do typowo rekreacyjnych miejscowości w tym rejonie.

Po wyjściu z PKS-u uruchomiłem Mapy Google, by zorientować się, w którym kierunku muszę pójść, by dotrzeć do rynku i malutkiego, ale pełnego kolorytu portu w Pucku. Uderzyła mnie wówczas myśl, że jeszcze kilka lat temu podszedłbym do pierwszego napotkanego człowieka i zapytał o drogę. Być może nawet wywiązałaby się rozmowa i dowiedziałbym się czegoś ciekawego o zwiedzanym miejscu.

Dziś wystarczy smartfon, by kontakt z ludźmi znacznie ograniczyć.

Weźmy wspomniane Mapy. Posłużyły mi przy okazji do odnalezienia świetnej pierogarni, w której zjadłem nie tylko obiad, ale i deser. To przecież rzecz zupełnie zwyczajna, że aplikacja w smartfonie nie tylko pozwala odnajdywać różne miejsca, ale przeczytać opinie na ich temat. Kiedyś, w obcym mieście, szukając przyzwoitej knajpy, próbowałem raczej zasięgać opinii mieszkańców. Dziś nie muszę.

Mapy Google to pierwszy z brzegu przykład. Nie tylko one odciągają nas od bezpośredniego kontaktu z żywym człowiekiem. Od lat nie byłem choćby w banku. Praktycznie wszystkie sprawy załatwiam online. Jasne, jeżeli chciałbym wziąć duży kredyt, zwłaszcza hipoteczny, nic nie uratowałby mnie przed wizytą w oddziale, ale w większości codziennych przypadków nie jest to konieczne.

Pamiętam, gdy jeszcze w czasach PRL-u moja mama, miłośniczka czytania, swoje książkowe polowania opierała na sieci znajomych – piękne słowo – ekspedientek, które nie tylko dawały jej cynk, gdy zbliżała się jakaś ważna premiera, ale też potrafiły zatrzymać książkę pod ladą. Oczywiście te zakupy skutkowały czymś znacznie ważniejszym, niż samo nabycie opasłych tomów. Były okazją do wymiany doświadczeń i wrażeń dotyczących czytanych dzieł literatury, ale też zwykłej rozmowy. Miały wymiar spotkania.

Czasy, w których popyt na książki był większy niż podaż, bezpowrotnie minęły. Odziedziczyłem po matce miłość do literatury, również interesuję się nowościami. Najczęściej nie wychylam nosa poza ekran smartfonu czy przeglądarki internetowej. 90 proc. pozycji czytam na Kindle’u. Po analogowe sięgam tylko wtedy, gdy nie znajdę wersji elektronicznej. Biernie przeglądając propozycje wydawnicze, odcinam się od tego, co było udziałem mojej matki i całego pokolenia, które książki musiało zdobywać albo przynajmniej kupować w tradycyjnych księgarniach.

Kilka miesięcy temu zaczęła dobiegać końca ważność dowodu osobistego mojego ojca. Jeszcze niedawno udałby się do zakładu, zrobił zdjęcie, ale przede wszystkim zamienił kilka zdań z fotografem. Zakłady fotograficzne, podobnie jak do dziś fryzjerskie, wybierało się według klucza jakościowego. Bardzo często jeden fotograf robił nie tylko zdjęcia do dokumentów, ale również rejestrował na kliszy uroczystości rodzinne.

Lubiana przez moją rodzinę pani Jasia niestety już nie żyje. Zachowałem w pamięci wiele wizyt u niej, a nawet urywki rozmów, jakie prowadzili w zakładzie rodzice. Po śmierci fotografki zakład, co prawda nadal istnieje, ale bez niej wizyty w nim straciły urok i nie różnią się zbytnio od zakupów w sklepie mięsnym. Zdjęcie do dowodu ojca zrobiłem tym razem sam. W dobie cyfrowej fotografii i takiejże obróbki, nie jest to zbyt wielki wyczyn. Pozostała tylko nostalgia za spotkaniem z rzeczoną fotografką.

To trzy, być może mało oczywiste sytuacje. Nie wspomniałem przecież o komunikatorach, które oferują protezę kontaktu z drugim człowiekiem. Emotikonach, które zastępują uśmiech. Wszystkim tym, co zapośrednicza w dobie smartfonów kontakt z drugim człowiekiem. Z jednej strony go ułatwia, z drugiej okrada z prawie wszystkiego, co pozawerbalne.

Nie oszukujmy się, żadne emoji nie odda niuansów naszej mimiki i nie wymaluje odbiorcy tego, co pokazałaby twarz.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam zamiaru krytykować rozwoju technologicznego. Korzystam garściami z jego dobrodziejstw. Jestem dość nieśmiałym człowiekiem, dlatego są sytuacje, gdy wręcz cieszę się, że mogę załatwić swoją sprawę online. Prosta sytuacja w obcym mieście uświadomiła mi jednak, że być może w niedalekiej przyszłości wszyscy będziemy zmuszeni do uczenia się od nowa zwykłej, niezapośredniczonej relacji z drugim człowiekiem, bo nasze umiejętności stają się upośledzone.

Ilustracją tych obaw niech będzie taki oto sugestywny obrazek. Jedna dziewięciolatka odwiedza drugą. Rozmowa nie bardzo się klei, dlatego dziewczyny wpatrują się w ekrany smartfonów. Zapytane, jak się bawią, szczerze odpowiadają, że świetnie. A przecież obdarowują się słowem tylko z rzadka i jedynie za pośrednictwem urządzenia. To nie science fiction, to autentyczna scena, którą widziałem wczoraj.

Dołącz do dyskusji