Wystarczy wyłączyć internet i skończą się protesty. Takie rozwiązanie testują władze Bangladeszu

News/Social media 06.08.2018
Wystarczy wyłączyć internet i skończą się protesty. Takie rozwiązanie testują władze Bangladeszu

Wystarczy wyłączyć internet i skończą się protesty. Takie rozwiązanie testują władze Bangladeszu

Są różne metody protestu i różne sposoby na protestujących. Władze Bangladeszu zdecydowały się na dość oryginalny wariant. Odcięły w kraju internet mobilny. 

29 lipca autobus jadący ze zbyt dużą szybkością wjeżdża w ludzi stojących na przystanku. 2 nastolatków umiera, 12 osób zostaje rannych. Informacja o tym zdarzeniu w mgnieniu oka obiega media społecznościowe. Młodzi ludzie przekazują ją za pomocą smartfonów, są wściekli. Skorumpowany i nieuregulowany sektor transportu od dawna jest zmorą, a prawo, w jakim (nie)funkcjonuje, zbiera krwawe żniwo. W Bangladeszu na drogach w 2017 r. zginęło 7400 osób, 16100 zostało rannych. Ostatni wypadek przelewa czarę goryczy. Uczniowie, zamiast iść do szkół, chcą dać lekcję rządowi; domagają się zmian w prawie.

Protesty są coraz liczniejsze. Do protestujących nastolatków dołączają starsi koledzy, do sił policji – prorządowe organizacje studenckie. Z czasem protesty stają się też coraz bardziej niebezpieczne. Prorządowi, według zeznań świadków, zaczynają atakować protestujących. W Dhace, stolicy Bangladeszu, ponad 200 osób zostaje rannych. Według świadków policja użyła gazu łzawiącego i gumowych kul. Ta zaprzecza, ale lekarze, którzy zajmują się rannymi, potwierdzają, że obrażenia ofiar, które do nich przyniesiono, są niekiedy poważne i wyglądają, jakby zostały zadane przez gumowe kule.

Protesty w Bangladeszu przechodzą w offline.

W sobotę wieczorem przestał działać internet mobilny. Jeden z pracowników Komisji ds. Kontroli Telekomunikacji Bangladeszu przyznał nieoficjalnie, że rząd nakazał spowolnić internet w całym kraju. Oficjalnie minister telekomunikacji Mustafa Jabbar twierdzi, że dostawcy internetu są ofiarami problemów technicznych.

Odłączanie uczniów od mediów społecznościowych, żeby opanować protesty, brzmi nieco absurdalnie, ale ma sens. To uderzenie w możliwość rozprzestrzeniania informacji, które napędzają emocje protestujących. Kiedy nie ma internetu, nikt na żywo nie dowie się o tym, jak brutalny obrót przyjęły sprawy w Dhace. Zdjęcia, filmy i relacje do tej pory napędzały protestujących, oburzonych na zbyt brutalną reakcję rządu. W mediach społecznościowych z zawrotną prędkością rozprzestrzenia się wszystko, co może w jakikolwiek sposób podsycić emocje. Także plotki.

Media społecznościowe dają możliwość na szybkie rozprzestrzenianie się informacji i plotek.

Tajemnicze problemy techniczne pojawiły się, gdy media społecznościowe obiegła informacja o tym, że kilkoro demonstrantów zostało zaciągniętych do biur partii rządzącej, zgwałconych i zabitych. Protestujący przemaszerowali na biuro, ale nie znaleźli żadnych dowodów na przetrzymywanie tam swoich kolegów. Plotki zostały zdementowane i temperatura nieco opadła, ale zagrożenie nie minęło w pełni. Wystarczy kolejna fałszywa informacja z odpowiednią dozą prawdopodobieństwa i emocje wybuchają ze zdwojoną siłą.

Bangladesz nie pierwszy ucieka się od ograniczania dostępu do internetu, żeby ostudzić emocje. W ciągu ostatnich kilku miesiącach z tego samego rozwiązania korzystały władze Indii i Sri Lanki.

W pierwszym przypadku fałszywe oskarżenia o porywanie dzieci rozniosły się po kraju za pomocą WhatsAppa. W linczach w całym kraju zginęły 24 osoby. W drugim grupy i wiadomości na Facebooku zaostrzały wrogość między buddystami a muzułmanami.

Dołącz do dyskusji