Media społecznościowe to konkurs popularności, ale Twitter zasugeruje, kogo powinieneś przestać obserwować

News/Social media 30.08.2018
Media społecznościowe to konkurs popularności, ale Twitter zasugeruje, kogo  powinieneś przestać obserwować

Media społecznościowe to konkurs popularności, ale Twitter zasugeruje, kogo powinieneś przestać obserwować

Twitter namawia swoich użytkowników, żeby przestali obserwować niektóre profile. Szkoda, że nie ma pojęcia, co chcę zostawić, a co mnie nie interesuje. 

Bogowie, dlaczego mi się to wyświetla? Co? Ja to obserwuję?! Kto to w ogóle jest? Media społecznościowe potrafią człowieka zaskoczyć, czasami nawet w tych aspektach, które mamy teoretycznie pod kontrolą Stawiam dolary przeciwko orzechom, że podobne dialogi wewnętrzne przeprowadziła przynajmniej raz w swoim życiu większość aktywnych Twitterowiczów.

Twitter sugeruje, żebyś zmniejszył liczbę obserwowanych.

Nie wszyscy doceniają potęgę guziczka Obserwuj. Lekkomyślnie traktujący to potężne narzędzie, klikają tu i tam, nie myśląc o tym, że przyjdzie im potem żyć z konsekwencjami tych pochopnych wyborów. Niczym dzieci radośnie dobierające kredki do obrazka, klikamy i dobieramy obserwowanych. Po jakimś czasie nasza tablica wygląda jak bardziej jak losowy generator tekstów niż wybór dnia, którego jesteśmy edytorem.

Twitter podchodzi do sprawy bałaganu na tablicy poważnie i wyciąga do walki z nim poważne bronie. Po tym, jak jeden z użytkowników serwisu zauważył, że platforma proponuje mu wyrzucenie z obserwowanych niektórych osób, Twitter przyznał, że testuje taką opcję. Według platformy jej użytkownicy chcą tylko istotnych dla siebie informacji, a przez te rozumie takie, z którymi wchodzą w interakcje.

Potrzebujemy lepszego systemu ocen niż liczenie interakcji.

To chybiona definicja. Tym gorzej, że zyskuje coraz większą popularność. Na tej samej zasadzie dobierane jest pierwszeństwo informacji na naszych tablicach na Facebooku. Wbrew jednej ze złotych zasad internetu — nie wiem, więc się wypowiem — nie wszystko trzeba zawsze komentować, nie wszystko wymaga natychmiastowej reakcji w przestrzeni publicznej (bo taką są media społecznościowe). Czasami można coś przeczytać, przemyśleć, zinternalizować. Brak komentarzy, serduszek, kwiatuszków czy innych ikonograficznych wyrazów mojego zachwytu tekstem, nie znaczy, że zachwytu tam nie ma. Czasami wolę coś przemyśleć, zanim na to zareaguję, wolę się nie wypowiadać na temat, jeśli nie mam nic do dodania, albo nie czuję się kompetentna coś dodać.

Media społecznościowe to ciągły konkurs popularności, w którym musimy nieustannie publicznie głosować — komentarzami, przekazywaniem dalej czy emotkami. Trwanie w wiecznych wyborach miss szkoły jest męczące i szkodliwe nawet jako juror.

Tymczasem Facebook chce, żebyś obserwował więcej.

Decyzja Twittera wychodzi kilka dni po tym, jak Facebook zaczął testować funkcję things in common. Ma ona pokazywać użytkownikom, że mają coś wspólnego z innymi, którzy wypowiadają się pod tym samym tekstem. Łączyć ich ze sobą.

Twitter i Facebook w odstępie kilku dni zaprezentowały dwie funkcje, które pokazują zupełnie inne podejście do mediów społecznościowych. Jedna ma skupić naszą uwagę na najważniejszych informacjach, a druga odciągnąć uwagę od meritum i skłonić do nawiązania niespodziewanego sojuszu. To dwa różne wektory mediów społecznościowych, które dobrze oddają ich tożsamość. Z jednej strony personalizowana tablica ogłoszeniowa, z drugiej wielka rybacka sieć, która ma służyć łowieniu, jak najwięcej małych rybek.

Dołącz do dyskusji