Z czym nie radził sobie Spider’s Web – najtrudniejsze momenty w grach wideo, które dręczą nas do dzisiaj

Artykuł/Gry 16.08.2018
Z czym nie radził sobie Spider’s Web – najtrudniejsze momenty w grach wideo, które dręczą nas do dzisiaj

Z czym nie radził sobie Spider’s Web – najtrudniejsze momenty w grach wideo, które dręczą nas do dzisiaj

Zdalnie sterowane helikoptery. Wyklęci dziedzice królestwa latający na gigantycznych smokach. Kosmici, kolce, platformy i pułapki. Nawet niepozorne kasety VHS. Lista rzeczy, z którymi redakcja Spider’s Web ledwo radziła sobie w grach wideo jest długa i kompromitująca. Z chęcią przeczytamy o waszych największych problemach i wyzwaniach przed PC lub konsolą.

Szymon Radzewicz – Zdalnie sterowany helikopter z koszmaru

Seria Grand Theft Auto to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, jeżeli chodzi o strukturę misji. Część zadań jest niezwykle pomysłowa. Za inną część producenci powinni trafić prosto do piekła. GTA to świetny cykl przełomowych gier, ale chyba wszyscy zgodzimy się, że coś takiego jak odpowiedni balans trudności praktycznie w tych tytułach nie istnieje.

GTA napsuło mi krwi wieloma cholernie trudnymi misjami. Jedną z nich pamiętam do teraz. Śni mi się w najgorszych koszmarach. To zadanie o tytule „Demolition Man“, w którym sterujemy zdalnym helikopterem. Teraz zaczynają się schody – wykorzystując toporny model lotu trzeba było bezpiecznie przenieść cztery ładunki wybuchowe i osadzić je w konkretnych miejscach. Wszystko to lawirując pomiędzy przeszkodami na polu budowy. Z limitem czasowym nieustannie tykającym na ekranie.

Po kilku pierwszych podejściach doszedłem do wniosku, że któregoś z producentów zdrowo pogrzało. Misja wydawała się niemożliwa do przejścia. W pierwszych trójwymiarowych odsłonach GTA sterowanie maszynami latającymi było bardzo koślawe i toporne. Helikopter AR lawirujący między pracownikami budowy dodatkowo to potęgował. Na szczęście zbyt kochałem klimatyczne Vice City aby się poddać. Podejście po podejściu, stawałem się trochę lepszy. Bardziej precyzyjny. Ostrożniejszy. Nie pamiętam dokładnie, za którym razem podłożyłem wszystkie ładunki. Udane podejście na pewno miało jednak „…dziesiąt“ z tyłu.

Żaden Ornstein i Smough z Dark Soulsów nie napsuł mi tyle krwi, co właśnie ten nieszczęsny helikopter. Koszmar.

Piotr Grabiec – Liga Pokemon w Pokemon Yellow na Gameboyu Color

Gry wideo z lat mojej młodości były trudne. Z zasady. W czasach Pegasusa można było przecież zapomnieć o zapisywaniu postępów. Contra, Mario czy Big Nose The Caveman – w każdym przypadku po wykorzystaniu wszystkich żyć lub wyłączeniu zasilania traciliśmy postępy i nie robiło to na nikim wrażenia. A do tego niektóre z plansz tworzone były – nie mam co do tego wątpliwości – przez sadystów. Dla masochistów.

To jednak nic przy tym, jaki szok przeżyłem w pierwszej grze z serii Pokemon, w którą grałem jeszcze na Gameboyu Color. Tak jak mój wykoksowany team szedł jak przez masło przez kolejne areny, tak po dojściu do Ligi Pokemon dostałem większe bęcki, niż Ash w anime Pokemon. A gdy po którejś próbie z rzędu pokonałem już wreszcie czwartego trenera, okazało się, że czeka na mniej jeszcze piąta walka z Championem, na którą totalnie nie byłem przygotowany! To dopiero były emocje.

Marcin Połowianiuk – ostatnia kaseta VHS z THPS2

Próbuję przypomnieć sobie taki moment ale chyba podświadomie wypieram takie sytuacje z pamięci. Gram po to, żeby się odprężyć, więc jeśli robi się za trudno, obniżam poziom trudności albo odpalam inny tytuł. Nie lubię siłować się z grami.

Przychodzi mi jednak do głowy moja ulubiona gra z dzieciństwa, Tony Hawk’s Pro Skater 2, w której zostało mi do zrobienia jedno ostatnie zadanie, by ukończyć tytuł na 100 proc. Nie mogłem zebrać kasety na poziomie NY City. Walczyłem z tym zadaniem całymi tygodniami, co dla dziesięciolatka było czymś absolutnie frustrującym. Tym bardziej, że to ostatnie zadanie! W końcu pewnej nocy… przyśniło mi się, co powinienem zrobić. Kickflip z jednego pręta na drugi. Prosta sprawa!

To był jeden z najbardziej irytujących, ale jednocześnie najbardziej satysfakcjonujących momentów w całej mojej historii grania.

Maciek Gajewski – Ufoludki przejęły kontrolę nad umysłem moich żołnierzy

Gram od 2,5 dekady i już nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co było takiego naj naj naj najtrudniejszego. Stare przygodówki Sierry wymagające klikania gdzie popadnie w nadziei na jakąś podpowiedź? Końcowy poziom Dooma 2 z hordami wiecznie przybywających wrogów? Wymagający niesamowitej determinacji Super Meat Boy? Wydany niedawno doskonały w swojej oldchoolowej mechanice Cuphead? Starając się przypomnieć w jakie ja w ogóle gry grałem przez tyle lat zacząłem przeglądać tytuły w przeróżnych katalogów. A gry zobaczyłem ten jeden, to już wiedziałem, że nie musiałem dalej szukać.

Przy UFO: Enemy Unknown trzeba było szybko się nauczyć zapisywania stanu gry w kilkunastu różnych plikach. Nigdy nie było bowiem do końca wiadomo wiadomo która podjęta decyzja będzie katastrofalna w skutkach i – pisząc kolokwialnie – ugryzie nas w tyłek. Ta absolutnie doskonała strategiczna gra turowa nie była jednak w żadnym przypadku frustrująca. Jej brak litości dla błędnych decyzji był bardzo motywujący do formułowania lepszej taktyki i strategii. Co więcej, wielokrotnie stawiała nas w sytuacji bez wyjścia – czas pożegnać się z pieczołowicie szkolonymi przez ostatni tydzień komandosami, wszyscy muszą umrzeć, bo właśnie ta misja musi być wygrana.

Trudno mi przy tym wskazać jedną konkretną misję – jedną z wielkich zalet serii gier zapoczątkowanych przez UFO: Enemy Unknown była losowo generowany przebieg gry. Można było wielokrotnie je przechodzić, za każdym razem mając dość odmienne doświadczenia. Jednak te momenty, w których kosmici przejmują kontrolę nad umysłami moich najlepszych żołnierzy, a na polu bitwy zostaje dwóch mających się z tym całym bałaganem uporać rekrutów… pamiętam, jak odpuściłem sobie robienie save’ów, mając tylko takie, które nie pozwalały mi na uniknięcie kryzysu. I wpadłem w poważne tarapaty podczas jednej z istotnych misji. Próbowałem dziesiątek wariacji i kombinacji rozwiązań przez całą noc i… w końcu się udało. Pamiętam to uczucie ulgi i satysfakcji jakby to było wczoraj, a nie ponad 20 lat temu.

Łukasz Kotkowski – perski książę napsuł mi krwi jak nikt inny

Bywały w grach momenty trudne. Pierwszy i drugi Gothic jako całość były trudne. Stare platformówki były naprawdę trudne. Dark Soulsy były wyzwaniem. Wymaksowanie poziomów w THPS 4 było potwornie frustrującym zadaniem.  Ale żadna z gier nie napsuła mi tyle krwi, co Książę Persji.

Najpierw była pierwsza, kultowa odsłona, w którą grałem na emulatorze. Nie znam starszego wiekiem gracza, który nie klnąłby jak szewc na samo wspomnienie tego tworu szatana, gdzie oprócz walki z czasem dochodziła ciągła walka z niedoskonałą mechaniką gry. Wystarczyło skoczyć o centymetr (ta, centymetr; MILIMETR! – przyp. red.) za wcześnie i koniec, po ptakach – książę nadziewał się na stalowe szpikulce.

Po latach krew mi sfermentowała w żyłach próbując przejść Prince of Persia: The Warrior Within na najwyższym poziomie trudności. Szczególnie źle wspominam jeden z etapów, w którym aby dostać się na drugi koniec sali trzeba było wykonać piekielnie trudną sekwencję akrobatyczną. Ileż się nawyzywałem! Kiedy udało mi się przebiec po ścianie i w odpowiednim momencie skoczyć na zwisający z sufitu stalaktyt, wpadałem na wirujące ostrza. Kiedy obszedłem wirujące ostrza i wskoczyłem na kolumnę, nie mogłem wymierzyć, w którym momencie trzeba odskoczyć, by wbić sztylet w kotarę i zjechać na niższy poziom.

Co gorsza, gdy w końcu spocony, uradowany, za pięćdziesiątym bodaj podejściem przeszedłem tę sekwencję, okazało się, że… za rogiem czeka kolejna, tym razem polegająca na tańcu między śmiercionośnymi ostrzami. Pamiętam, że gdy pierwszy raz nie udało mi się wykonać sekwencji, pomimo użycia piasków czasu, po prostu trzasnąłem klawiaturą o biurko i wyłączyłem grę na kilka tygodni.

Potem jednak wróciłem, z chłodną głową i nie zmęczonymi palcami. Przeskoczyłem przez ostrza za pierwszym razem, a potem już jakoś poszło do samego końca. Dziś bardzo miło wspominam The Warrior Within, ale co mi Książę Persji napsuł krwi w międzyczasie, to moje.

Tomek Domański – Silver Surfer doprowadził mnie na granicę płaczu

Nie mam pojęcia, który moment w grach był tym najtrudniejszym. Pamiętam za to najbardziej frustrującą grę na świecie, z którą musiałem się męczyć. W czasach podstawówki, oprócz Amigi miałem jeszcze konsolę Pegasus, czyli podróbkę oryginalnego SNES-a, która była nie tylko mała, ale dało się ją podłączyć do większości telewizorów. Idealny sprzęt do zabrania na wakacyjny wyjazd. I właśnie przed takim jednym wyjazdem udało mi się wynegocjować zakup nowej gry na Pegasusa. W tamtych czasach gry na tę konsolę kupowało się w Polsce najczęściej w ciemno, na bazarach, od jakichś podejrzanych ludzi. Tak właśnie stałem się właścicielem kartridżu z grą Silver Surfer.

Wiedziałem o niej tylko tyle, że gra się Silver Surferem – bohaterem, który dostał w tamtych czasach w Polsce swój dedykowany komiks w serii Mega Marvel, którym się wtedy zaczytywałem. Jeśli chodzi o rozgrywkę, to jest to raczej mało skomplikowany shoot em’ up z całkiem fajnymi (jak na tamte czasy!) fabularnymi cutscenkami. To, czego nikt nie powiedział mi o tym tytule, to to, że jest to jedna z najtrudniejszych gier wydanych na konsolę Nintendo. Do dzisiaj wymieniana jest zresztą w przeróżnych zestawieniach dotyczących trudnych gier, więc coś w tym musi być. No i tak wylądowałem na jakieś 3 tygodnie w jakichś Mikołajkach, czy innej Wildze z grą, która robiła wszystko, żeby uprzykrzyć mi rozgrywkę. A do tego przez cały pobyt padało tak, że nie dało się wyjść z domku letniskowego. Grę przeszedłem. Z ogromnym trudem. Do dzisiaj chyba żaden inny tytuł nie był w stanie mnie tak zirytować po drodze. Po powrocie do domu od razu wymieniłem ją na coś innego. Nie polecam.

Patryk Fijałkowski – #%*@& Bezimiennego Króla

Ja nie będę cofał się w odległą przeszłość, gdy w gry grało się na kamieniach, a komputery były wielkości Radomia, tylko wrócę do tego, co działo się u mnie zaledwie tydzień temu. Niezabliźnione rany bolą najmocniej.

Widzicie, gram w Dark Souls 3. I prawdziwe jest stare porzekadło, że najtrudniejsze Soulsy to te, w które gra się pierwsze. W moim przypadku była to jedynka, trójka więc na ogół idzie mi całkiem gładko. Znam zasady tego świata, wiem, czego ode mnie wymaga i za co karze. Przystosowałem się do jego warunków. A potem dotarłem do Bezimiennego Króla.

#^$*@ mać. Ale mnie upokorzył ten boss. Cztery dni się z nim męczyłem. Cztery, &#*@&, dni! Był zupełnie opcjonalny, ale oczywiście wszedł mi na ambicję, dosiadł ją jak małego, niedołężnego kucyka. Bardzo chciałem go pokonać. Okazał się tą dawką wyzwania, której mi już trochę brakowało. Był Ornsteinem & Smoughiem tej części, tyle że znacznie trudniejszym. I mówi to człowiek, który swoje zwycięskie starcie z duetem z pierwszego Dark Souls toczył bite czterdzieści trzy minuty.

Najgorsze w Bezimiennym Królu było to, że składał się z dwóch etapów. W pierwszym niby walczyłem z gościem na smoku, ale prawdziwym bossem była kamera. Pod nogami bydlęcia wariowała jak szalona, próbując pokazywać jego łeb, a kiedy próbowałem sam nad nią zapanować, najczęściej pudłowałem kolejne ciosy. Miałem niespotykane w tych grach uczucie autentycznej niesprawiedliwości, często przegrywałem bowiem z mechaniką gry, a nie z przeciwnikiem. Kiedy już z kolei udawało mi się wreszcie pokonać skądinąd całkiem łatwego smoka…

Wtedy zaczynała się prawdziwa walka. W drugiej fazie walczyłem bowiem z diabelnie szybkim i potężnym Królem. Ten etap był kilkukrotnie bardziej wymagający i najczęściej umierałem tam po dziesięciu sekundach. Męczyłem się więc dziesiątki razy z pierwszą, frustrującą fazą trwającą kilka minut po to, by potem od razu zginąć w drugiej. Nie miałem nawet kiedy uczyć się zestawu ruchów Bezimiennego Króla, tak szybko umierałem. Autentycznie nie wiedziałem, co zrobić i nie widziałem nadziei na to, by było lepiej. Krzyczałem, wylewałem z siebie wiązanki bluzgów, wieńce, &#*&*@, potem krzyczałem jeszcze głośniej, wreszcie opadałem z sił. Padem na szczęście nie rzuciłem. Ale nie pamiętam, kiedy jakaś gra mnie tak zdeptała.

Po czterech dniach w końcu go pokonałem. Przyjąłem jeszcze jedną nową taktykę i tak jak  nigdy nie zabrałem Królowi nawet 1/4 życia, tak nagle od razu zwyciężyłem. Ledwo, bo na koniec nie miałem już ani mikstur leczących, ani za dużo życia, ale wygrałem. Król padł, a ja poczułem się… Chciałbym napisać, że jak król, ale byłem tak zdziwiony i zmęczony, że prawdziwa satysfakcja przyszła dopiero później. Łaziłem jednak po pokoju, trzęsąc się z wrażeń i pisząc do kolegi stek przypadkowych znaków i mocno niecenzuralnych, podbitych capslockiem słów.

Tak. #%*@& Bezimiennego Króla.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji