Czego się boi Spider’s Web? Najstraszniejsze momenty w grach wideo, których nigdy nie zapomnimy

Artykuł/Gry 08.08.2018
Czego się boi Spider’s Web? Najstraszniejsze momenty w grach wideo, których nigdy nie zapomnimy

Czego się boi Spider’s Web? Najstraszniejsze momenty w grach wideo, których nigdy nie zapomnimy

Strzygi. Gargulce. Seryjni zabójcy. Wampiry, zombie oraz niedziałający Internet. Istnieje masa możliwości na przestraszenie redaktorów Spider’s Web. Dlatego zapytałem, które momenty w grach wideo napędziły moim koleżankom i kolegom szczególnie wielkiego stracha. Z chęcią wysłucham również waszych opowieści.

Szymon Radzewicz – horror idealny, którego nigdy nie dostałem

Kilka lat temu przytoczyłbym fragment z Silent Hill 2 albo któregoś Fatal Frame. Miałem jednak przyjemność zagrać w tytuł, który zawiesił poprzeczkę horroru na zupełnie nowym poziomie. Chodzi oczywiście o wizję Hideo Kojimy oraz Del Toro, zobrazowaną w postaci enigmatycznego dema o tytule P.T. Wersja demonstracyjna gry dla PS4 była najbardziej przerażającym doświadczeniem, jakiego doznałem w ciągu 20 lat grania.

W P.T. było coś tak niepokojącego, że nie mogłem usiedzieć w fotelu. Zapętlona sekwencja w korytarzu mieszkalnym doprowadzała mnie niemal do obłędu. Jedno przejście za drugim, robiło się coraz bardziej przerażająco. Nie wiem, co było straszniejsze – kolejne elementy horroru widoczne na ekranie, czy sama świadomość narastającego niebezpieczeństwa. To była prawdziwa spirala grozy. Niesamowite doświadczenie.

Niestety, pełna wersja P.T. (czyli Silent Hills) nigdy nie ujrzy światła dziennego. Konami rozstało się z Hideo Kojimą, a wizjoner branży gier rozpoczął pracę nad Death Stranding. W ten sposób najbardziej przerażający horror jakiego zaznałem w życiu został anulowany, nim trafił na sklepowe półki. Do teraz nie potrafię tego przeboleć.

Łukasz Kotkowski – nie wiedziałem, że wirtualne książki mogą napędzić tyle strachu

Z początku chciałem tu opisać pierwsze starcie ze zmutowanym wrogiem w nieco zapomnianej grze The Suffering, ale potem… przypomniałem sobie o pewnym letnim dniu, gdy odszedłem od komputera dosłownie zlany potem. I nie miało to nic wspólnego z temperaturą. Było to po przejściu trudnego (jak dla 12-latka) i strasznego (jak dla 12-latka) epizodu w Dziale Ksiąg Zakazanych w pierwszej części Harry’ego Pottera od EA.

Pamiętam, jak skradając się pod peleryną niewidką, umykałem przed czającym się tuż za rogiem Filchem, w towarzystwie nieziemskiej muzyki skomponowanej przez Jeremy’ego Soule’a. Do epizodu podchodziłem dwa razy, bo za pierwszym wpadłem w niecne pazurki węszącej Pani Norris. Ale trzeba przyznać, że zostałem zahartowany na dobre – potem już nawet najstraszniejsze momenty w F.E.A.R czy Silent Hill nie były mi (nomen omen) straszne.

Piotr Grabiec – podskoczyłem na krześle i spadłem z drabiny

Za małolata oglądałem wszystkie horrory, jakie wpadły mi przed oczy. Zdążyłem się na ten gatunek kina uodpornić. Teraz nawet gry wideo w VR nie są w stanie mnie jakoś specjalnie przestraszyć, niezależnie od tego, jak bardzo scenarzyści by się nie starali. Pamiętam jednak moment, gdy faktycznie podskoczyłem na krześle – a niewykluczone, że razem z całym krzesłem.

Miało to miejsce lata temu, w pierwszej odsłonie serii F.E.A.R. Bohater wspinał się po drabinie w ciemnym tunelu. Jak tylko wgramolił się na metalową konstrukcję, przed jego i moimi oczami pojawił się duch dziewczynki, będący motywem przewodnim całej gry. Spanikowałem, wcisnąłem przypadkiem spację, a awatar skoczył i runął prosto w mroczną czeluść, z której właśnie się wydostał…

Maciej Gajewski – dzień, w którym gra przemówiła

Moi rodzice – pisząc kolokwialnie – mieli wywalone na to, co robię przy komputerze, będąc małym szkrabem. Komputer to przecież urządzenie do multimedialnych encyklopedii i gier, w których ludziki zbierają monety. O naiwni… W każdym razie już w wieku 10 lat miałem nielimitowany dostęp do najbardziej pokręconych, brutalnych gier.

Jak prawie każdy pecetowy gracz w tych czasach miałem obsesję na punkcie Dooma. Grę znałem na wskroś. Przeszedłem ją wielokrotnie, bawiąc się przy tym doskonale. Pewnego dnia – nie pamiętam dokładnie którego miesiąca – rodzice postanowili zrobić mi prezent okołokomputerowy. Do mojego 486SX z 4 MB RAM trafiła karta dźwiękowa. Wyjaśnienie dla młodszych Czytelników: wtedy nie istniały dźwiękowe moduły zintegrowane z CPU komputera. Mój PC do tego czasu potrafił tylko piknąć PC Speakerem.

Oczywiście, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie chciałem przetestować, jak tylko rodzice już sobie pójdą z pokoju, był Doom. W końcu nadeszła upragniona chwila, uruchomiłem grę. Te dźwięki, ta muzyka, to stereo, ale czad! I zacząłem grać. Mina zrzedła mi bardzo szybko. Doom przestał być dynamiczną strzelanką, w której radośnie wciskamy „fire”, widząc odpowiedni zlepek pikseli. Demony z piekieł zyskały swój głos. I był przerażający.

Jeżący włosy na głowie ryk agresji, gdy tylko wyczuwały świeże (moje) mięso nie był nawet najgorszy. Zimny pot spływał mi po skroni nawet pod wpływem patrolujących mapy impów i mutantów. Tu pochrząkiwania, tam gdzieś porykiwania. Gdzieś w oddali pracuje jakaś tajemnicza maszyna. Grę znałem na pamięć. W teorii wiedziałem, co kryje się za każdym winklem. W niczym to nie pomagało. Byłem autentycznie przerażony i długo musiałem się przyzwyczajać do zupełnie odmienionej gry. Doom zdecydowanie nie był najbardziej przerażającą grą, w jaką grałem. Tego momentu z pamięci nie wyzbędę się jednak prawdopodobnie nigdy. Nauczył mnie bowiem elementarnej kwestii: największą grozę budzi to, czego nie widać…

Tomek Domański – przestraszyłem się przez internet

Nie wiem, co napiszą moi koledzy, ale mój najstraszniejszy moment nie miał nic wspólnego z grą. Tzn. miał, bo chodziło o moją postać w Diablo 2, ale samo przerażenie wywołała u mnie awaria mojego stałego łącza. Wiecie, to były czasy, w których na jedno łącze SDI ludzie składali się w kilku i zakładali tzw. sieci osiedlowe. Stabilność i szybkość takiego połączenia pozostawiała bardzo dużo do życzenia, a ja się uparłem na granie w Diablo w trybie hardcore po sieci. Oznaczało to tyle, że postać stworzona w tym trybie nie może zginąć. Jak zginie, trzeba stworzyć nową. Dark Soulsy to przy tym pikuś.

Wracając do meritum: któregoś pięknego popołudnia straciłem połączenie z siecią, będąc w samym środku ogromnej grupki krów (w Diablo 2 doświadczenie biło się na Sekretnym Krowim Poziomie, nic na to nie poradzę). Przeraziłem się nie na żarty, bo byłem już bardzo blisko wbicia maksymalnego poziomu doświadczenia. Dla 14-latka maksymalny poziom doświadczenia to najważniejsza rzecz na świecie, więc te kilka minut, kiedy czekałem na ponownie połączenie z siecią dłużyło mi się w nieskończoność. Na szczęście moi znajomi z internetów mnie uratowali i wszystko skończyło się wbiciem upragnionego 99 poziomu. Do dzisiaj jednak pamiętam, że to był najstraszniejszy moment w mojej historii z grami komputerowymi.

Matylda Grodecka — Jestem tchórzem, ale dranie uśpili moją czujność.

Jestem tchórzem. Poważnie. Boję się nawet tych wszystkich horrorów klasy Ź z litrami ketchupu i źle animowanymi zombie. Najstraszniejsze filmy, jakie mogę oglądać, to seria Scooby Doo, a i tak tylko, jeśli mój 4-letni bratanek jest obok i dodaje mi otuchy. Jako tchórz unikam wszystkiego, co ma etykietę horror. Od lat udoskonalam na wszelkie sposoby unikanie strasznych treści. Zwykle mi się udaje.

Nie zawsze. W zeszłym roku zyskiwał na popularności intrygujący indyk — Doki Doki Literature Club. Całość zaczyna się niewinnie. Jestem młodym chłopakiem, który dał się namówić sąsiadce do przystąpienia do klubu książki (serio, co może być mniej strasznego?). Jest w nim kilka ładnych dziewcząt, którym ewidentnie wpadłam w oko. Rozmawiamy, piszemy wiersze, dokonujemy jakiś tam wyborów, a gra powoli usypia moją czujność i wycisza horror radar. Niby coś dziwnego się dzieje, atmosfera czasami gęstnieje, a dziewczęta zachowują się coraz dziwniej i dziwniej. Pierwszy trup posłał mnie pod łóżko z okrzykiem “co do…”, potem było tylko bardziej psychodelicznie i horrorowo. Grę skończyłam, ale posadziłam za sterami ukochanego i od czasu do czasu zerkając na monitor. W większości musiał mi biedak streszczać fabułę na głos.

Patryk Fijałkowski – Klasyczny strach przed nieznanym

Pierwszym wyrazistym wspomnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest początek Silent Hilla 2. Nie pamiętne spotkanie z pierwszym potworem, tylko wszystko, co wydarzyło się przed nim. Obskurna łazienka, opustoszały parking i długi, cholernie długi spacer przez las w kierunku miasta. Teoretycznie nic się nie działo. Szedłem tylko przez mgłę, mijając kolejne drzewa i zakręty. A jednak ledwo oddychałem ze strachu.

W tle coś szeleściło i nieludzko mlaskało, trzaskały gałęzie, czasami miałem wrażenie, że słyszę cudze kroki. Byłem przekonany, że lada chwila coś w tej mgle znajdę, coś, co nie będzie ani trochę miłe i wyryje mi w korze mózgowej traumę na całe życie. Nie pomagał niepokojący, zimny ambient i monotonny odgłos moich kroków, prowadzący mnie coraz głębiej w niezrozumiały koszmar. Jezu, nawet jak o tym myślę, to mam ciary.

Paradoksalnie moment spotkania pierwszego przeciwnika był momentem, kiedy lwia część tego napięcia ze mnie uszła. To pewnie przez przerywnik filmowy, który mnie na to przygotował i fakt, że absolutnie nic nie mogło równać się z wyobrażeniami, jakie przez piętnaście minut wędrówki hodowałem w swojej głowie. Strach przed nieznanym zawsze będzie najsilniejszym, najbardziej obezwładniającym rodzajem strachu.

 

Dołącz do dyskusji