Latem 2018 roku internet został opanowany przez dzbany

Felieton/Media 13.08.2018
Latem 2018 roku internet został opanowany przez dzbany

Latem 2018 roku internet został opanowany przez dzbany

Jeżeli lato 2016 r. to Pokemon GO, lato 2017 r. to nierozerwalnie już Despacito, tak lato 2018 r. pozostanie latem dzbanów.

Nie istnieje słowo obelżywe, które pokochałbym miłością tak nagłą i zapalczywą, jak właśnie „dzbany”. Podobno dyplomata każe ci spier*** w taki sposób, że poczujesz podniecenie w związku z nadchodzącą wyprawą. To prawda, ale czymże to jest w obliczu przyjemności bycia nazwanym „dzbanem”?

Jak słowo „dzban” ponownie, po krótkiej lekcji garncarstwa w skansenie w Sierpcu, pojawiło się w moim słowniku? Mogę tylko podejrzewać, że spopularyzowała je telewizja serwisu Weszło. Generalnie, jak dużo rzeczy wokół Weszło, żenujące widowisko. Z byłymi piłkarzami, których widok bardziej budził niesmak, niż zainteresowanie. Ale gdzieś tam w tle przewijał się znany youtuber o pseudonimie Mietczyński, który nie tylko wypowiadał się o piłce z nieporównywalnie większym sensem od „ekspertów z karierą w CV”, ale fantastycznie ogrywał wszystkie wydarzenia społeczne wokół mundialu, głupie inicjatywy, jeszcze głupsze wypowiedzi, a wszystkich ich bohaterów sprowadzał do miana „dzbanów”.

Wątpię by „dzban” na miarę 2018 r. był autorskim wynalazkiem Miecia, natomiast youtuber niewątpliwie obudził moją leksykalną wrażliwość na to określenie, które od tamtego czasu zaczęło pojawiać się niemalże wszędzie. Sportowiec zrobił głupotę? Dzban. Polityk powiedział coś głupiego? Dzban. Kampania Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego? No, to już taka IKEA, w której stałyby wyłącznie dzbany. Patrzę na Facebooka, widzę dzbany. Twitter? Dzbany. YouTube? Dzbany!

Internetowe miejskie legendy lubią przypisywać Hemingwayowi (Ernestowi, taka podróbka Taco) autorstwo najkrótszego dramatu w historii (choć pewnie, jak wszystko w internecie, koniec końców wymyślił to jakiś gość z Sadistica): „Do sprzedania: dziecięce buciki, nigdy nie używane”. „Dzban” to tylko jedno słowo, a mieści się w nim jeszcze lepsza fabuła.

Przyznam szczerze, że troszkę się już nawet martwiłem. Na swojego pierwszego „dzbana” musiałem czekać aż do sierpnia, gdy wreszcie nazwał mnie nim jakiś (nie chcę zakładać płci) z Partii Razem, komentując na Facebooku któryś z moich artykułów, gdzie tłumaczę truizmy typu, że jak po 5 latach studiowania „fotografii” i kolejnych 5 latach pstrykania fotosów śmietnikom nadal nie umiesz robić zdjęć i nikt nie chce ich kupować, to zgłoś się wreszcie do pracy na kasę w H&M-ie, zamiast domagać się 85 proc. podatku od pani Kulczykowej. Ale w końcu padło wyjaśnienie, że nie należy tego brać zbyt serio, w końcu tekst pisał Jakub Kralka – dzban jakich mało.

Wiele razy mnie w internecie obrażali, ale dzban jest magiczny, piękny, nie sposób się na niego gniewać. Zdradzę wam, bo wiem, że preferencje są różne, że kiedy słyszę o dzbanie, na ogół myślę o greckiej amforze, czarnej, z pomarańczowymi malunkami. Wiem jednak, że inni są bardziej powściągliwi w swoich wyobrażeniach, oczyma wyobraźni tytułując kogoś dzbanem mają na myśli taki wazonik do kwiatów albo nawet dzbanek do kawy.

Ta dźwięczna pustka tego określenia, ta harmonia, ta nutka optymizmu, że może pusty w środku, ale jednak nadal przydatny. Nazwać kogoś dzbanem, to jeszcze nie znaczy wypowiedzieć mu wojnę i całej jego rodzinie (wliczając starą) też. Bycie dzbanem jest na ogół nierozerwalnie powiązane z konkretną wypowiedzią i zachowaniem, co w całej tej historii jest również piękne. Tak sobie myślę czy przeszedłby pozew za dzbana i powątpiewam.

Piękny, bezpieczny, zabawny, uniwersalny. Oczywiście już niedługo, bo polscy internauci mają swój specyficzny dar niszczenia rzeczy pięknych. Jak z tymi wszystkimi komentarzami i mądrościami o upadku Szwedystanu pod zagranicznymi postami dziękującymi polskim strażakom. A przecież akurat wypisującymi te komentarze dzbanami nie dałoby się ugasić żadnego pożaru.

Dołącz do dyskusji