Nigdy nie było lepszego momentu na premierę taniego iPhone’a

Felieton/Technologie 25.07.2018
Nigdy nie było lepszego momentu na premierę taniego iPhone’a

Nigdy nie było lepszego momentu na premierę taniego iPhone’a

O tym, że Apple ma zamiar wypuścić aż trzy nowe smartfony w tym roku – w tym jeden w „rozsądnej cenie” – wiemy od dawna. Gigant z Cupertino wie, co robi. Premiera taniego iPhone’a może rozsadzić rynek.

Mało kto pamięta, że Apple miał już swojego „taniego” iPhone’a. Był nim iPhone 5C, który ukazał się w 2013 roku równolegle z iPhone’em 5S. Delikatnie rzecz ujmując, hitu nie było. Klientów nie przekonały podzespoły starego iPhone’a 5 zamknięte w plastikową obudowę, w dodatku pozbawioną Touch ID – czyli flagowej nowości w droższym smartfonie.

Problem z iPhone’em 5C był też inny – spóźnił się na rynek o kilka lat i trafił na czas wielkich przemian wśród urządzeń mobilnych. Konkurenci z Androidem proponowali coraz większe smartfony, a konsumentom coraz bardziej się to podobało. Samsung przecierał szlak, a Apple przez długi czas opierał się, by nie podążyć za swoim arcyrywalem w świat telefonów większych, niż kiedykolwiek wyobrażał to sobie Steve Jobs.

Dziś jednak sytuacja jest zgoła odwrotna. To Apple przeciera szlak. Może w niczym nie jest pierwszy, ale gdy już prezentuje swoją wariację na temat danej innowacji, robi to najlepiej. Spójrzmy na iPhone’a X – to nie był pierwszy smartfon z notchem i cieniutkimi ramkami. Ba, powiedziałbym, że w kwestii wzornictwa również jest daleko za Samsungami Galaxy. A jednak to za iPhone’em X podążył rynek, to jego wzornictwo kopiują wszyscy producenci – od gigantów branży po chińskie b-brandy.

Co ciekawe, pomimo stałego wzrostu cen nowych iPhone’ów popularność iOS-a nie maleje. Wprost przeciwnie – według ostatnich badań z roku na rok coraz więcej osób biega z iPhone’em w kieszeni.

W Stanach Zjednoczonych udziały iPhone’a w rynku sięgają obecnie ponad 38 proc. W Japonii, pomimo niewielkiego spadku, to już prawie 45 proc. W Europie Apple ma już 1/5 rynku. Nie licząc pojedynczych wyjątków, tendencja dla Apple’a jest wyraźnie wzrostowa.

Jedynym, czego brakuje w portfolio marki, by jeszcze bardziej zwiększyć tę przewagę, jest tani iPhone.

Realia branży technologicznej są dziś takie, że… znakomita większość konsumentów nie potrzebuje telefonu droższego niż 1300-1500 zł. Za te pieniądze można obecnie kupić telefony tak dobre, że trzeba się długo i mocno zastanawiać, czy dołożenie kolejnych złotówek rzeczywiście da nam realne korzyści.

Niedrogie urządzenia z Androidem są dziś tak dobre, że gro konsumentów w ogóle nie ogląda się na topowe smartfony, kosztujące grubo powyżej 3000 zł. Nawet segment urządzeń w przedziale 2000 – 2500 zł nie jest dziś aż tak atrakcyjny, jak o połowę tańsze telefony oferujące 90 proc. możliwości drogich smartfonów.

Nic więc dziwnego, że tanie smartfony opanowują rynek – mało kto jest skłonny dopłacać. A niestety, Apple nie ma w swoim portfolio telefonu „w przystępnej cenie”. Nie liczę tutaj oczywiście iPhone’a SE, którego rzeczywiście możemy nabyć za bardzo rozsądne pieniądze. Nie liczę go z tego powodu, że po początkowym boomie mało kto dziś w ogóle spogląda w kierunku najmniejszego iPhone’a. Na sentymencie można jechać tylko do pewnego momentu – dziś telefon ze starymi podzespołami (pochodzącymi z iPhone’a 6s) zamknięte w miniaturowej, jeszcze starszej obudowie (iPhone’a 5S) to nic więcej, jak wybryk technologicznej natury i ciekawostka dla dwóch grup konsumentów: tych, którzy naprawdę nie mogą przeboleć wzrostu gabarytów współczesnych smartfonów i tych, którzy są tak zdesperowani, by posiadać telefon Apple’a, że są gotowi na każdy kompromis.

Wróćmy zatem do rzeczywistości. Najtańszy nowy iPhone, jaki można dziś kupić w oficjalnej dystrybucji (iPhone 7), kosztuje minimum 2300 – 2500 zł. A mówimy tu o urządzeniu, które ma już swoje lata na karku i nie przystaje do nowych trendów wyznaczanych przez iPhone’a X.

Tani iPhone będzie megahitem sprzedaży.

Według raportów, które pojawiają się tym częściej, im bliżej do premiery nowych iPhone’ów, jeden z telefonów Apple’a ma być dostępny właśnie w tym przedziale cenowym. Urządzenie ma mieć 6,1-calowy wyświetlacz LCD (w przeciwieństwie do OLED-a w pozostałych wariantach) i trafić na rynek w kilku kolorach – mówi się o czarnym, białym, żółtym, pomarańczowym i niebieskim.

Jeśli informacje z tych raportów się potwierdzą, już we wrześniu na rynek trafi telefon, który: będzie miał nowoczesne wzornictwo i bezramkowy wyświetlacz, będzie wyróżniał się kolorami na tle konkurencji, będzie relatywnie niedrogi i – co najważniejsze – będzie iPhone’em.

Na drodze nowego taniego iPhone’a nie staną te same przeciwności losu, co na drodze iPhone’a 5C. Nie zanosi się, aby miał to być wybrakowany produkt. Nie wygląda na to, by miało mu czegokolwiek brakować. Nie zagrażają mu żadne rynkowe trendy, które Apple mógłby w swej bucie zignorować.

Innymi słowy – Apple ma w rękach wszystkie karty, by w końcu wypuścić w świat produkt dla mas, który faktycznie się sprzeda. Który zdobędzie popularność nie tylko na bogatych, rozwiniętych rynkach, ale także w krajach rozwijających się i takich, gdzie penetracja Cupertino jest jeszcze mizerna: np. w Polsce.

Trudno będzie to zepsuć.

I coś czuję, że jeśli na świat technologii nie spadnie jakiś kataklizm lub niespodziewana rewolucja, za rok będziemy pisać o gigantycznym wzroście użytkowników sprzętu z iOS.

Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę nie tylko iPhone’y, ale także iPady, na których zakup nigdy nie było lepszego momentu.

Dołącz do dyskusji