Gdzie ta rewolucja, która miała przyjść po mobilnej?

Felieton/Technologie 03.07.2018
Gdzie ta rewolucja, która miała przyjść po mobilnej?

Gdzie ta rewolucja, która miała przyjść po mobilnej?

Żyjemy w czasach oczekiwania. Wydaje nam się, że po rewolucji mobilnej powinna nastąpić kolejna, ale nie bardzo potrafimy ją sobie wyobrazić. A przecież marketingowcy dwoją się i troją, by przedstawiać nowe produkty jako przełomowe.

Przyzwyczailiśmy się do smartfonów. Stały się częścią naszego życia. Patrzymy na nie w sposób, jakby były z nami od zawsze. Z rzadka zastanawiamy się, jak mogliśmy bez nich żyć jeszcze kilka lat temu.

Po prawdzie, większość ludzi nawet o tym nie myśli. Smartfon jest czymś zupełnie zwyczajnym – elementem wyposażenia, częścią garderoby. Ląduje w torbie lub kieszeni w sposób, w jaki wkładamy zegarek czy kurtkę.

Smartfony spowszedniały. Dlatego przy każdej premierze słyszymy, że produkt X jest innowacyjny, a jego pomocnikiem jest coraz częściej sztuczna inteligencja.

Ta ostatnia w krótkim czasie, z roli straszaka rodem z książek i filmów science fiction i tworu teoretycznego w rozważaniach współczesnych myślicieli, została zdegradowana do roli czysto użytkowej. Sztuczna inteligencja w języku marketingu to wytrych. Widujemy ją zatem choćby w roli pomocnika fotografa mobilnego. Aparaty w smartfonach mają górować nad konkurencją zastosowaniem AI.

Paru ekscentryków nadal straszy świat zagrożeniami związanymi z AI. Niektórzy snują wizję zagłady ludzkości. Na przeciwnym biegunie mamy przedstawicieli poglądu, że AI to czyste dobro, zaprzęgnięte do walki ze złem. Ta pozytywna wizja zdaje się wygrywać.

Sztuczna inteligencja, ramię w ramię z uczeniem maszynowym, ma pomagać na przykład w walce z mową nienawiści. Wychodzi jej to, póki co, średnio, skoro nawet Facebook przyznaje, że algorytmy poradziły sobie z identyfikacją tylko 38 proc. z 2,5 mln treści, uznanych za mowę nienawiści. Mark Zuckerberg wspominał o tym również podczas przesłuchania przed senackimi komisjami, niejako rozkładając ręce w niemym stwierdzeniu: – Sorry, chłopcy, nasza technologia raczkuje.

Podczas zeszłorocznej konferencji Google I/O Sundar Pichai zapowiedział fundamentalną zmianę. Każdy produkt firmy miał zostać przemyślany na nowo. Jej szef mówił o przewartościowaniu zgodnie z zasadą mobile first to AI first.

Sztuczna inteligencja również w tym roku była patronem konferencji Google’a. Napędzać ma praktycznie każdą usługę giganta, z której korzystamy na co dzień. Asystent głosowy, poczta Gmail, Google Zdjęcia, Google News – to tylko niektóre przykłady.

Być może marketingowcy i piarowcy sprawią, że prześpimy nadejście prawdziwej rewolucji.

To nawet zabawne, że za sprawą zużycia w komunikacji marketingowej, sztuczna inteligencja przestała robić wrażenie na kimkolwiek. Zresztą na podobnej zasadzie nikogo nie elektryzuje dziś określenie Internet Rzeczy. Świat nie klęknął na kolana, patrząc na sterowanie roletami, bramą wjazdową czy kolorowymi światełkami z poziomu smartfonu, tak jak nie zachwycił się inteligentnymi zegarkami. Przynajmniej nie w skali oczekiwań działów sprzedaży ich producentów. Nie oznacza to, że wspomniane produkty są złe, ale raczej to, że nie zagościły w świadomości ludzi, jako artykuły pierwszej potrzeby. Smartfon do tej kategorii się przebił. Nie wierzycie? Sprawdźcie, jakiego przedmiotu nigdy nie zapominacie gdy wychodzicie z domu.

Smartfony pokazały, że mobilna rewolucja może nastąpić w krótkim czasie. Pierwszy iPhone potrafił niewiele, gdy zestawimy go z ostatnim urządzeniem mobilnym Apple’a, czy jego konkurencji, ale wyznaczył ścieżkę, którą poszła cała branża. Facebook nie był pierwszym serwisem społecznościowym, ale stał się bezkonkurencyjny w ciągu kilku lat. Przed wyszukiwarką Google’a były inne, ale to ona stała się synonimem Internetu.

Przyzwyczailiśmy się do tego status quo. Trochę też jest tak, że nie potrafimy wyobrazić sobie kolejnego etapu. Nie starcza nam wyobraźni, by zobaczyć świat bez Google’a, Facebooka czy iPhone’a. Szczerze mówiąc, wychodzi to niezbyt dobrze nawet scenarzystom obecnych produkcji science fiction (może z wyjątkiem twórców serii Czarne lustro).

Myśląc o przyszłości technologii stoimy w rozkroku. Z jednej strony jest to, co tak doskonale znamy, w co wsiąknęliśmy na dobre, umieszczając w kieszeni smartfona czy logując się do Facebooka. Z drugiej, karmieni marketingowym bełkotem przestaliśmy traktować poważnie opisane wyżej chwytliwe slogany, ze sztuczną inteligencją na czele.

O tym, że mamy do czynienia z okresem przejściowym świadczyć może swoisty paradoks, uwidoczniony w tym roku. Oto sami producenci sprzętu i oprogramowania udostępniają w swoich systemach mechanizmy, które mają pomóc ograniczyć czas korzystania ze smartfonów. W iOS 12 pojawiła funkcja Czas na ekranie, a w Androidzie P Google Wellbeing. Jedna jaskółka wiosny, co prawda, nie czyni, ale jest coś symbolicznego w fakcie, że nawet szef firmy, która święci triumfy dzięki iPhone’owi, przyznał otwarcie, że spędza z nim zbyt wiele czasu.

Dołącz do dyskusji