Internetowi obrońcy polskiej demokracji myślą, że biorą udział w rewolucji

Felieton/Social media 20.07.2018
Internetowi obrońcy polskiej demokracji myślą, że biorą udział w rewolucji

Internetowi obrońcy polskiej demokracji myślą, że biorą udział w rewolucji

Media społecznościowe nie sprawdziły się w roli, jaką przypisywali im publicyści. Sprzed ekranu komputera czy smartfonu nie da się bronić demokracji.

Dziś w nocy Oko Press prowadziło transmisję na żywo na Facebooku z próby pomalowania sprejem budynku Sejmu. Kilkadziesiąt tysięcy osób obejrzało protest kilkudziesięciu aktywistów, którzy próbowali napisać na murze “Czas na sąd ostateczny”. 1,5 tys. użytkowników pozostawiło ślad w postaci reakcji pod postem, niecałe 2 tys. napisało komentarz. Dzieło udało się ukończyć po przepychankach z policją.

W komentarzach pod Facebookową relacją czytamy głosy oburzenia i poparcia. To krajobraz typowy dla Internetu. Siedząc przed ekranem komputera, czy patrząc na wyświetlacz smartfonu, czujemy się zobligowani do napisania czegoś, wyrycia scyzorykiem na ławce swoich inicjałów, a czasem dłuższej złotej myśli. Cyfrowy świat jest jednak bezlitosny. Komentarze przestają być widoczne po kilku minutach. Stają się mało ważne. I co najgorsze (lub najlepsze!) – nie przechodzą do historii.

W tym kontekście przypominają mi się napisy wydrapane ostrym narzędziem w Kaplicy Trójcy Świętej na lubelskim zamku. Od XVI do XX wieku wyryto ich ponad 200. Najciekawsze powstały w 1569 r. Ich autorami byli uczestnicy zawarcia jednego z najważniejszych porozumień w historii Polski, Unii Lubelskiej. W ten specyficzny sposób zostawili po sobie ślad na murach pokrytych freskami bizantyjsko-ruskimi w gotyckiej świątyni. Napisy te przetrwały do dziś. Po komentarzach na Facebooku i świadectwie wzięcia udziału w tym, czy innym wydarzeniu w największym serwisie społecznościowych świata, nie pozostanie nic.

Deprecjonuję współczesny wymiar społecznościowy z premedytacją. Dziś bowiem zwolniliśmy się z myślenia. Klikając Wezmę udział, Lubię to! czy Wrr myślimy, że jesteśmy uczestnikami czegoś ważnego. Facebook i Internet rozleniwiły nas. Giniemy na pluszowych krzyżach, gorycz porażki zabijając słodyczą Coca-Coli. Wywijamy mieczem obelg, mając przekonanie, że zmieniamy świat.

Anatomia protestu w Internecie.

Gdy na początku drugiej dekady XXI wieku miały miejsce wydarzenia, które dziś nazywamy Arabską Wiosną, wielu komentatorów rozpływało się nad rolą mediów społecznościowych w kształtowaniu świata. Facebook i Twitter zostały okrzyknięte narzędziami demokracji, pochodniami wolności, które dają uciemiężonym społeczeństwom możliwość wpływu. Dziś patrzymy na ten czas znacznie bardziej krytycznie, pamiętając o skutkach. Przede wszystkim krwawej wojnie domowej w Syrii.

Facebook zaś coraz częściej kojarzy nam się z narzędziem manipulacji, medium do propagowania fake newsów i wpływania na demokratyczne wybory.

Poza tym wszystkim, w Polsce, kraju będącym oazą spokoju, gdy porówna się go do państw arabskich, masowe protesty wzmocnione przez społecznościową tubę można policzyć na palcach jednej ręki. Do dziś wielu przywołuje demonstracje młodych ludzi przeciwko ACTA z 2012 r., stawiając je jako wzór inicjatywy oddolnej. Internet pełnił też niebagatelną rolę podczas Czarnego protestu i demonstracji w obronie sądów zapamiętanych jako Łańcuch światła.

I co? I nic.

Przykład z początku tekstu jest dość kontrowersyjny. Zwolennicy protestujących będą snuć pompatyczne analogie do małej dywersji z czasów II wojny światowej, gdy na murach okupowanej Polski pojawiały się m.in. kotwice Polski Walczącej. Zwolennicy partii rządzącej nazwą z kolei protestujących wandalami i będzie to jedno z najłagodniejszych określeń. Przywołałem jednak Facebookową relację z tych wydarzeń nie po to, by je wartościować, ale pokazać mechanizm. W bezlitosny sposób obnaża ona rolę serwisów społecznościowych jako ośrodków protestu.

Szczerze przyznaję, że sytuację polskiej demokracji oceniam dziś jako kryzysową. Sprzeciwiam się niekonstytucyjnym zmianom w sądownictwie, a także z zażenowaniem patrzę na politykę zagraniczną prowadzoną przez polskie władze. Fundamentalnie nie zgadzam się z ich wizją Polski. Żyjemy w – jeszcze – demokratycznym kraju, mam prawo do takiej oceny, tak jak zwolennicy partii rządzącej mają prawo do przeciwnej.

Sam z założenia nie klikam jednak przycisku “Wezmę udział”, ani innych związanych z wydarzeniami politycznymi na Facebooku. Lajkując, biorąc wirtualnie udział, czy nawet komentując wydarzenia z realnego świata nie mam poczucia zmieniania czegokolwiek. Nie jestem też zwolennikiem memokracji, która spłaszcza debatę publiczną do efekciarskich grafik opatrzonych wyrwanym z kontekstu cytatem. Facebookową stronę Sokzburaka i jej podobne, w tabloidowy, przez co prymitywny, sposób pokazujące sytuację w Polsce, uważam za bardziej szkodliwe niż pomocne w ratowaniu polskiej demokracji.

Media społecznościowe spłaszczają poważne problemy.

Obrazek zarysowany na początku jest w gruncie rzeczy groteskowy. Powtórzmy: kilkadziesiąt tysięcy osób obejrzało i zareagowało na wydarzenie, w którym uczestniczyło kilkadziesiąt. Owe kilkadziesiąt, dzierżąc liczne smartfony, zadbało o udokumentowanie protestu, o którym nikt nie będzie pamiętał za kilkanaście godzin. Technologia nie okazała się pomocna. Wręcz przeciwnie – upupiła protest, odebrała mu powagę.

Podłoże braku sprzeciwu wobec sytuacji w polskiej polityce jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowane. Mnie dotknął przede wszystkim społecznościowy wymiar protestów i nieskuteczność narzędzi, które miały być kagankami demokracji i wolności

Dołącz do dyskusji