Przekleństwo Kickstartera, czyli Janusze biznesu w eleganckich garniturach

Felieton/Biznes 27.07.2018
Przekleństwo Kickstartera, czyli Janusze biznesu w eleganckich garniturach

Przekleństwo Kickstartera, czyli Janusze biznesu w eleganckich garniturach

Nie mam szczęścia, jeśli chodzi o crowdfunding. Trzeci raz wsparłem produkt na Kickstarterze i trzeci raz srodze się zawiodłem.

Dla pełnego zrozumienia – szanuję ideę zbiórek społecznościowych. Dzięki modelowi crowdfundingu światło dzienne ujrzało wiele wspaniałych produktów i usług, które zapewne nigdy by nie powstały w innym modelu finansowania, bo żaden inwestor nie byłby na tyle szalony, żeby wesprzeć tak niepewne projekty. Wystarczy wspomnieć spektakularny sukces Peak Design – toreb i plecaków fotograficznych innych niż wszystkie, czy nawet polskiego Wooleta. Nie ma wątpliwości, że na Kickstarterze rodzą się wspaniałe produkty. Czasami.

Crowdfunding to – w teorii – złoty model biznesowy. Firma wystawia propozycję produktu na pokaz publiki, publika głosuje portfelami, a producent ma gotową bazę odbiorców (i środki) na realizację swojego projektu.

Jak jest w praktyce? Cóż, na każdego Peak Designa przypadają dziesiątki, setki projektów, które pomimo realizacji celu na Kickstarterze nigdy nie ujrzały światła dziennego. Chyba najbardziej pamiętnym przykładem takiej porażki jest lodówka, której projektem twórcy rozbili bank, a której nabywcy nigdy się nie doczekali. Przykłady można mnożyć i mnożyć. Raz konsumenci wpłacają na produkt, który nie ma jeszcze nawet fizycznego prototypu. Innym razem prototyp jest, ale nagle okazuje się, że jest on nieskalowalny w etapie produkcyjnym i cały projekt upada. Jeszcze innym razem twórcy napotykają „nieprzewidziane trudności”.

Sytuacje, które byłyby nie do zaakceptowania na normalnym, wolnym rynku, na Kickstarterze i podobnych mu platformach są chlebem powszednim. Januszy Biznesu tam nie brakuje. Sęk w tym, że o ile na sklepowych półkach relatywnie łatwo odróżnić jest śmieci od jakościowego produktu, tak na platformach zbiórek społecznościowych bywa to niewykonalne.

Janusze Biznesu Kickstartera odziewają się zazwyczaj w drogie garnitury, tzn. opakowują swoją wizję w piękne szaty. Spójrzcie na wszystkie udane zbiórki: zazwyczaj łączy je wspaniale przygotowana szata graficzna, piękne zdjęcia, wideo z inspirującą historią marki, próbującej przebić się przez zgiełk gigantów konsumpcjonizmu.

A pod spodem zazwyczaj nie ma nic. Przekonałem się o tym na własnej skórze.

Trzy razy wsparłem kampanie na Kickstarterze. Trzy razy pożałowałem.

Pierwszy przykład jest tylko w połowie pasujący do pozostałych, ale również dobrze obrazuje ryzyko wspierania kampanii na Kickstarterze.

Dwa lata temu wpłaciłem na projekt zegarka Pebble Time 2. Następcy mojego ulubionego smartwatcha. Zbiórka była rekordowa. Kampania zakończyła się spektakularnym sukcesem. Tylko że… kilka tygodni po zakończeniu zbiórki na scenę wkroczył FitBit, który przejął Pebble’a i anulował produkcję Time’a 2. Wspierający otrzymali zwrot pieniędzy, ale niesmaku i rozczarowania nic nie było w stanie zmyć, zwłaszcza po późniejszych perypetiach związanych z zakończeniem wsparcia dla pozostałych zegarków.

Za drugim razem wsparłem kampanię iA Writera w wersji na Windows 10. Mój ulubiony program do pisania na Maca doczekał się wersji na okienka, więc jak mógłbym nie wesprzeć jego powstania? Szybko okazało się, że za wpłacone pieniądze wspierający otrzymali ledwie mizerny półprodukt. Twórcy uzależnili funkcjonalność programu od wyniku zbiórki, a że ta nie przebiła dodatkowych progów, nabywcy – płacąc pełną cenę – otrzymali nie w pełni funkcjonalną aplikację, a co najwyżej MVP (minimum viable product). W dodatku takie MVP, które rozwijane jest w ślimaczym, nieakceptowalnym tempie. Kolejna kampania, kolejny zawód.

ia writer na windows

Trzeci raz zawiodłem się w tym roku. Jako zadeklarowany miłośnik kawy, wzorem entuzjastów z całego świata wręcz rzuciłem się na Rite Press – pierwszą praskę francuską, która pozwalała zaparzyć kawę bez tego całego syfu, który zostaje w naczyniu po przelaniu napoju do kubka. Projekt był innowacyjny, piękny, do tego względnie niedrogi, a twórcy zapewniali, że są w pełni gotowi, by przystąpić do produkcji.

Jak się szybko okazało – nie byli. W czasie zbiórki wyznaczonym terminem dostawy był maj 2018. Tuż po zakończeniu zbiórki, gdy zapotrzebowanie najwyraźniej przerosło oczekiwania twórców, termin został przesunięty na czerwiec 2018. Co jeszcze było względnie zrozumiałe.

Potem jednak termin dostawy został przesunięty po raz kolejny, bez wyraźnego podania przyczyny. Gdy zapytałem twórców, z czego wynika opóźnienie, odpisali mi tylko, że napotkali na „niespodziewane problemy produkcyjne i z góry dziękują za cierpliwość”. Jestem cierpliwym człowiekiem, więc cierpliwie czekałem. Lipiec jednak dobiega końca, więc wczoraj zapytałem twórców o to, czy zamówienie rzeczywiście dotrze w terminie. Na co przedstawiciel Rite Press, pełnym entuzjazmu tonem, odpisał mi, że tak, wszystko ma się wspaniale, aktualny termin wysyłki to koniec sierpnia.

I ręce mi opadły. W świecie prawdziwego biznesu takie obsuwy byłyby nie do pomyślenia. Gdybym dziś poszedł do sklepu zamówić produkt w przedsprzedaży, a ta przedsprzedaż przesunęłaby się o trzy miesiące, producent zapewne sam zaproponowałby zwrot pieniędzy, a przynajmniej przeprosił za powstałe opóźnienia. Twórcy na Kickstarterze nie przepraszają.

Rite Press być może dotrze do mnie z początkiem września. Może z końcem października. A może w ogóle. Prawdę mówiąc, nie dbam już o to. Wiem tylko jedno:

Straciłem zaufanie do Kickstartera

Nie żebym kiedykolwiek miał go wiele (przecież sam opisywałem niektóre z wtop na platformie), ale po trzech fatalnych doświadczeniach czuję, że przechodzę pomału na stronę zadeklarowanych antyfanów zbiórek społecznościowych.

Sam model biznesowy nadal uważam za bardzo sensowny… o ile kończy się premierą produktu. O ile produkt faktycznie trafia na rynek. I z takim morałem chciałbym was dziś zostawić.

Jeśli na Kickstarterze czy Indiegogo pojawi się produkt, który bardzo się wam podoba… lepiej się wstrzymać. Jeżeli twórcy podchodzą do sprawy poważnie a ich produkt rzeczywiście jest dobry, powinien prędko trafić do wolnej sprzedaży, w cenie tylko nieznacznie wyższej od wyceny w trakcie zbiórki.

Przytoczę tu jeszcze raz przykład Peak Design – choć ich produkty zaczynają swoje życie na Kickstarterze, błyskawicznie trafiają do szerokiej dystrybucji. Prawdopodobnie możecie kupić ich torby w pobliskim Media Markcie!

Innymi słowy: warto wziąć na wstrzymanie. Jeśli produkt faktycznie będzie dobry, nie przepadnie po zakończeniu zbiórki. Będzie żył własnym życiem na sklepowych półkach, a początkowy „kop” zbiórki społecznościowej ułatwi mu mocny start. A jeśli produkt nigdy nie doczeka się premiery, albo – jak w przypadku Rite Press – będzie ona opóźniona o wiele miesięcy, to raczej nie doczekamy się go w regularnej sprzedaży. Bo nawet jeśli będzie to dobry produkt, to pierwsi nabywcy zapamiętają jedynie fatalne doświadczenie zakupowe.

Łatwo dać się porwać obietnicom Kickstartera. Lepiej jednak poczekać z wyciągnięciem portfela, aż będziemy pewni, że Kickstarter swoich obietnic dotrzyma.

Dołącz do dyskusji