Pierwsza polska aplikacja o zasięgu globalnym – to brzmi dumnie. Szkoda, że ma tylko kilka instalacji

Pierwsza polska aplikacja o zasięgu globalnym – to brzmi dumnie. Szkoda, że ma tylko kilka instalacji

Pierwsza polska aplikacja o zasięgu globalnym – to brzmi dumnie. Szkoda, że ma tylko kilka instalacji

CountMe pozwala publikować, dzielić się i kontrolować swoje zakupy. Jej twórca, Mateusz Oleksiuk, wystartował właśnie ze zbiórką na PolakPotrafi.pl. Do 26 sierpnia chce zebrać 60 tys. zł.

CountMe ma globalne plany i… niestety jest jeszcze bardzo daleko od ich realizacji. Wersja aplikacji dostępna do instalacji jest dość prymitywna, a zbiórka ma na celu inwestycję w poprawę wyglądu i sposobu jej działania.

Co jest takiego wyjątkowego w aplikacji? Dlaczego jej twórca celuje w stanie się Instagramem dla zakupów? Właśnie o tym postanowiłem z nim porozmawiać.

Karol Kopańko, Spider’s Web: Porzuciłeś pracę w korporacji, aby przekonać ludzi, że CountMe się im przyda. Dlaczego?

Mateusz Oleksiuk, CountMe: Aplikacja ma olbrzymi potencjał. Jej dwie główne zalety to pomoc w podejmowaniu decyzji konsumenckich i odzyskaniu kontroli nad zakupami.

Mateusz Oleksiuk, CountMe.

Z czego bierze się przekonanie, że tracimy kontrolę nad swoimi zakupami?

Z tzw. owczego pędu. Wystarczy wybrać się w każdą sobotę o godzinie 13:00 lub w Black Friday do największej galerii handlowej w mieście. Możemy się wtedy zetknąć z tym zjawiskiem z bliskiej odległości. Witryny sklepowe kierują nami w taki sposób, aby 30 proc. naszego portfela stanowiły wydatki zupełnie niepotrzebne, których nie mieliśmy w planie.

W przypadku mody damskiej dość często zdarzają się takie sytuacje: „Po co ja to kupiłam? Przecież mam już identyczną w szafie” lub „Zupełnie zapomniałam, że już mam coś takiego. Niepotrzebny wydatek pieniężny. Będę musiała to teraz sprzedać”. Ludzie zazwyczaj głośno o tym nie mówią, ale podświadomie wiedzą, że często zakupy wymykają im się spod kontroli i że to sklepy dyktują warunki.

Jak rozumiem CountMe chciałoby odwrócić tę zależność.

Mam nadzieję, że pozwolimy użytkownikowi bardziej kontrolować swoje finanse, ponieważ wystarczy chociażby jedno spojrzenie w ekran telefonu z włączoną aplikacją CountMe, aby przypomnieć sobie, że posiadamy już buty sportowe w kolorze pistacjowym, 2 pary czarnych jeansów, zieloną kurtkę, niebieski krawat czy 3-osiowego gimbala do kamer sportowych. Z naszą aplikacją mamy to wszystko w jednym miejscu, zawsze pod ręką i w każdej chwili możemy sprawdzić, jaki konkretnie model danego produktu posiadamy, ile za niego zapłaciliśmy, gdzie i kiedy. To są informację, których nie warto przetrzymywać w naszej głowie. Lepiej zrobić w niej miejsce na ważniejsze wiadomości.

Rozumiem, choć wszystkie informacje i tak podświadomie przechowuję w głowie. Ale może nie mam po prostu tak wielu ubrań jak inni ludzie. Martwi mnie jednak, że aplikacja nie jest zautomatyzowana. Aby dodać jeden artykuł muszę w niej spędzić kilka minut.

W pełni się zgadzam. Obecny wygląd aplikacji to odzwierciedlenie mojego pomysłu z 2014 r. Od tego czasu bardzo dużo się zmieniło. Kilka miesięcy temu korzystając z pomocy 30 znajomych zaczęliśmy obiektywnie testować aplikację. Notowaliśmy wszystkie drobne uwagi i aspekty, które mogłyby denerwować potencjalnego użytkownika. Przebudowałem na papierze CountMe w 70 proc. Wprowadzenie nowego zakupu przez użytkownika będzie zdecydowanie łatwiejsze i szybsze. Obecna zbiórka na portalu crowdfundingowym PolakPotrafi.pl, będzie przeznaczona właśnie między innymi na zmodernizowanie aplikacji wg nowego projektu oraz na usunięcie wszelkich błędów. Oczywiście jeśli zbiórka zakończy się sukcesem, o co mocno apeluję.

Nie lepiej byłoby jakoś zautomatyzować? 

Planujemy to na przyszłość, włączając w to możliwość parowania z płatnościami elektronicznymi i skanowania kodów kreskowych.

W Revolucie już teraz takie klasyfikowanie wymaga zaledwie jednego czy dwóch kliknięć lub dzieje się w tle.

Jednak nie ma na rynku drugiej aplikacji społecznościowej, która pozwala w taki sposób kolekcjonować i kontrolować swoje zakupy, utrzymując przy tym społecznościowy charakter.

Na czym polega jej społecznościowy charakter?

Jeśli użytkownik chce, może zmienić profil swojego konta z prywatnego na publiczne. Wtedy jego wszystkie zakupy stają się widoczne dla swoich shoppersów (nazwa znajomych w aplikacji) lub dla wszystkich użytkowników. Na przykładzie popularnych apek społecznościowych widzimy, jaka jest skala ludzi, którzy chętnie dzielą się z innymi użytkownikami tym, co kupili. W odróżnieniu do tych „społecznościówek” my koncentrujemy się nie na osobach, a tylko i wyłącznie na produkcie, który kupili.

Czyli aplikacja ma się stać w istocie bazą produktów przypisanych do użytkowników.

Użytkownicy sami tworzą taką bazę produktów z opiniami i podpowiadają sobie nawzajem, gdzie dokładnie i w jakim czasie można dostać np. konkretny model markowej torebki w promocyjnej cenie. To jest pierwszy element. Drugim jest monitoring trendów zakupowych. Aplikacja idealnie nadaje się do śledzenia nowinek w każdej z branż. Za kilka miesięcy wprowadzimy również możliwość komentowania danego zakupu, co zwiększy możliwość interakcji między shoppersami. Tutaj na myśl przychodzą od razu inne dostępne na rynku porównywarki cenowe (jak np. Ceneo). Jednak żadna z nich nie zawiera w sobie tych 4 elementów, o których wspomniałem powyżej.

Często podkreśla pan też patriotyzm. To jedna z ważniejszych rzeczy w tym projekcie?

Na wirtualnej mapie świata aplikacji mobilnych, próżno szukać wielu polskich sukcesów. Tutaj zdecydowanie dominują Amerykanie. Później jest Europa Zachodnia i Azja. My raczkujemy w tym temacie (poza kilkoma wyjątkami) i w większości przypadków nie możemy się przebić. Ja od samego startu pragnę stworzyć skojarzenie: „CountMe – polska unikatowa aplikacja społecznościowa na skalę globalną”. Chciałem, aby ten produkt miał od początku biało-czerwone barwy i aby stał się jedną z ważniejszych wizytówek mobilnej Polski.

To bardzo daleko idące zapowiedzi. Życzę, aby to się udało, ale w tym momencie mamy jedynie dość prostą aplikację z kilkudziesięcioma instalacjami.

Droga jest bardzo kręta, długa i trudna, ale wierzę, że na końcu możemy razem wspólnie dojechać do celu. Potencjał polskiej innowacji informatycznej jest wykorzystywany w niewielkim poziomie. Wierzę, że kolejne 5-10 lat może przesunąć centrum europejskich start-upów technologicznych z Zachodu nad Wisłę. Jedynie kwestią czasu jest, aż pojawi się u nas unicorn. Ja pragnę jedynie przyśpieszyć ten czas i wpłynąć na pozytywny wizerunek naszego kraju. Marzy mi się, aby znaczek Made in Poland równał się wysokiemu poziomowi innowacji i jakości.

Dołącz do dyskusji