Mogło być doskonale, a wyszło tylko bardzo dobrze. Garmin Vivosport – recenzja

Recenzja/Sprzęt 14.06.2018
Mogło być doskonale, a wyszło tylko bardzo dobrze. Garmin Vivosport – recenzja

Mogło być doskonale, a wyszło tylko bardzo dobrze. Garmin Vivosport – recenzja

Niewielka opaska sportowa, która potrafi prawie wszystko, a do tego nie kosztuje fortuny. Ideał? Może, gdyby nie to „prawie”.

Opaski do monitorowania aktywnością są już nieco przebrzmiałym tematem. Albo muszą być ekstremalnie tanie – tak jak propozycje Xiaomi, albo większość użytkowników zdecyduje się na smart zegarek lub zegarek sportowy – lepszy, ciekawszy, potrafiący dużo więcej. Ja jednak, choć zegarek sportowy posiadam, wybrałem właśnie zakup opaski. Padło na najnowszego Vivosporta od Garmina.

Dlaczego?

Po co opaska, skoro masz zegarek?

Ba, nie tylko regularnie używam Fenixa 3 (bez HR) jako zegarka sportowego, ale też na co dzień, niemal bez przerwy, noszę opaskę Vivosmart HR (wiem, Garmin – straszna choroba). Scenariusz jest dość prosty – jeśli nie ćwiczę, mam na sobie Vivosmarta. Jeśli ćwiczę – zdejmuję go i zakładam Fenixa. Teoretycznie optymalne rozwiązania – z Vivo mam komplet codziennych danych, a z Fenixa multum informacji na temat biegu czy jazdy na rowerze.

Tyle tylko, że to rozwiązanie strasznie irytujące na dłuższą metę. Ciągłe przekładanie sprzętów, osobne ładowanie, a przy okazji zakładanie pasa pomiaru tętna przy używaniu Fenixa. Niby sekundy, ale nawet tych sekund często szkoda.

Kluczowy dla podjęcia decyzji był prawdopodobnie sezon zimowy – podczas biegania na bieżni wystarczył mi całkowicie Vivosmart HR i… spodobało mi się bieganie z samą opaską. Bez wielkiego zegarka na ręce, bez dodatkowego pasa na klatkę piersiową.

I w końcu przyszedł ten moment, kiedy Garmin Vivosport stał się moją własnością. Co się udało, co nie wyszło, i najważniejsze – który z trzech sprzętów Garmina trafił ostatecznie do szuflady?

Garmin Vivosport – to się udało.

Jest naprawdę malutki!

Spodziewałem się, że będzie wprawdzie jeszcze mniejszy, ale i tak nie było tutaj zbytniego rozczarowania. Vivosport jest ultra-mały i ultra-lekki, a noszenie go dzień w dzień, całymi tygodniami czy miesiącami nie jest najmniejszym problemem. Tym bardziej, że pasek wykonano z solidnej, ale jednocześnie dość miękkiej w dotyku gumy, z szeroką regulacją i dobrą wentylacją.

Nawet nie tak spory Vivosmart HR wydaje się przy Vivosporcie gigantem. Z Fenixem 3 nawet nie będę go porównywał, bo różnica jest kolosalna. I nie tylko na co dzień, ale podczas treningu – dużo wygodniej jest mieć na ręce coś tak kompaktowego i lekkiego.

Rozmiar Vivosporta ratuje też jego niezbyt piękny wygląd. Można go nosić zawsze i wszędzie, ukrywając np. pod rękawem koszuli.

Ma GPS i umie co trzeba.

A właściwie dokładnie to, czego potrzebowałem. W dzień zmierzy kroki i tętno, w nocy sen, w trakcie treningu – wszystkie niezbędne parametry. Koniec z przekładaniem urządzeń, koniec z ładowaniem dwóch sprzętów. Przebieram się w ciuchy sportowe, dotykam ekranu i zaczynam biegać.

Oczywiście Vivosport nie zasypie nas zbyt wielką liczbą mierzonych parametrów (o rozbudowanej dynamice biegu zapomnijcie), ale to, co dostarcza, wystarcza całkowicie. Czas, tętno, podział na okrążenia, długość kroku, zmiana wysokości, maksymalne i minimalne tętno, kadencja, dystans, kalorie – to wszystko jest. Szkoda trochę, że Garmin sztucznie ogranicza możliwości tańszych urządzeń i np. w Garmin Connect nie zobaczymy… wykresu z czasem spędzonym w poszczególnych strefach tętna.

Umie nawet więcej.

Poza standardowymi parametrami Vivosport mierzy jeszcze dwie interesujące rzeczy – pułap tlenowy i całodzienne obciążenie.

Na tej pierwszej opcji zależało mi szczególnie, bo pozwala w mniejszym lub większym stopniu określić poziom wytrenowania, i nawet jeśli nie jest to pomiar przesadnie dokładny, to mogę przynajmniej obserwować, jak parametr ten zmienia się w czasie. I Vivosport wywiązuje się z tego zadania dokładnie tak, jak od niego oczekiwałem.

Pomiar całodziennego obciążenia ma natomiast dostarczyć nam informacji o tym, kiedy się przepracowujemy lub jesteśmy zbyt zestresowani i powinniśmy choć trochę przystopować (niekoniecznie z treningami). Niestety trudno się do tego pomiaru odnieść w jakikolwiek sposób naukowo, ale wyniki pokrywały się mniej więcej z tym, jak się czułem. Choć przy moim stylu życia akurat przemęczenie czy nadmierny stres raczej mi nie grożą – co zresztą potwierdzają wyniki.

Z istotnych dodatków trzeba też wymienić wysokościomierz, choć… z jakiegoś powodu Garmin Connect domyślnie ma dla Vivosporta włączoną korektę wysokości, tak jakby Vivosport tego dodatku nie posiadał.

Podstawowe sporty – są.

Vivosport obsługuje podstawowy zestaw aktywności – chodzenie (dalej nie wiem, dlaczego ta opcja się w ogóle pojawia), bieganie, rower, kardio, trening siłowy oraz inne. Przy czym dla większości aktywności można wybrać, czy odbywają się na dworze (włączony GPS), czy w pomieszczeniu (bez GPS).

Czyli, teoretycznie wystarczająco, a do tego dochodzi jeszcze automatyczne wykrywanie aktywności po ustalonym czasie i rozpoczynanie śledzenia.

GPS? Jest, działa, wszystko się zgadza.

To w zasadzie wszystko, co można o nim napisać. Nie jest ani szokująco dobry, ani szokująco zły.

Pierwsze złapanie sygnału, jeśli dopiero wyjęliśmy urządzenie z pudełka, zajmuje sporo – w moim przypadku około 3-4 minut, ale kolejne, przy stałym podłączeniu do telefonu, były już wyraźnie krótsze. Przeważnie cała procedura zajmowała około kilkunastu, maksymalnie kilkudziesięciu sekund. Nic, co mogłoby przeszkadzać albo irytować.

Później jest po prostu dobrze. Vivosport nie traci orientacji nawet w środku lasu i pod krótkimi wiaduktami, czy przy wysokich budynkach. Tempo nie skacze też jak szalone, a zapis pokonanej trasy nie ma zbyt wielu przekłamań.

Zdecydowanie nie wbiegłem nikomu na działkę.

Zbyt wielu, bo takie się oczywiście zdarzają. Czasem nakreślony przez Vivosporta ślad jest odrobinę bardziej odsunięty od drogi, niż miało to miejsce w rzeczywistości, a czasem potrafi nas wręcz przytulić do drugiej strony wąskiej ulicy. Na szczęście zdarza się to ekstremalnie sporadycznie, a ostateczny dystans przeważnie pokrywa się z tym, który dostarczają wyraźnie droższe urządzenia.

Pomiar tętna? Wygoda przede wszystkim.

Oczywista sprawa – optyczny pomiar pulsu, szczególnie ten z nadgarstka, nie jest tak dokładny, jak pomiar z paska na klatce piersiowej. Ale to, co oferuje Vivosport, powinno wystarczyć niemal każdemu.

Przy względnie spokojnej aktywności (czyli dla mnie tętno do 150 uderzeń, bez wielkich zmian w trakcie), Vivosport radzi sobie nawet świetnie. Pomiar jest wprawdzie przeważnie odrobinę niższy niż z HRM-Run (o około 2-3 uderzenia), ale ogólny wynik i wszystkie trendy pozostają zachowane. Do luźnego biegania – w sam raz.

Bez żalu schowałem więc pasek z pulsometrem do szafy.

Cieszy też fakt, że Vivosport zdaje się dokonywać codziennych, poza-sportowych pomiarów częściej, niż Vivosmart HR, przez co wyniki mogą być dokładniejsze.

Nadaje tętno.

Tętno mierzone z Vivosporta można nie tylko odczytywać i zapisywać bezpośrednio na urządzeniu, ale i przesyłać dalej.

Po co? Chociażby przy jeździe na rowerze albo bieganiu pod dachem, gdzie świetnie sprawdza się to np. w Zwifcie (choć wymagany jest adapter do obsługi ANT+).

Zawsze włączony ekran.

Nie ma nic bardziej irytującego, niż zegarki i opaski, w których gaśnie ekran. W Vivosporcie nie ma to na szczęście miejsca – ani podczas treningu, ani podczas codziennego użytkowania.

Akumulator

Garmin deklaruje 7 dni normalnego użytkowania lub 8 godzin zapisu aktywności GPS. I te dane w większości się potwierdzają, choć ostateczny wynik będzie się różnił w zależności od tego, jak opaska będzie wykorzystywana.

Mi na przykład zdecydowanie bliżej jest do 3-4 dni, niż do pełnych 7. Ale i nic w tym dziwnego – godzinny bieg to około 13 proc. mniej energii w akumulatorze.

I chyba największy plus w porównaniu do Vivosmart HR – w końcu ładowarka jest normalną wtyczką (choć nie microUSB), a nie wymyślnymi sankami.

Garmin Connect

Ani aplikacja, ani serwis internetowy Garmina nie są perfekcyjne, ale trudno szukać bardziej rozbudowanych produktów, które zgromadzą takie ilości informacji.

Tak, Connect jest mniej społecznościowy – przynajmniej w Polsce – niż Endomondo. Jest też mniej przyjemny niż aplikacja Fitbita. Ale przeglądanie archiwalnych statystyk, aktywności czy monitorowanie trendów jest w nim o niebo bardziej rozbudowane i wygodniejsze, niż w większości konkurencyjnych serwisów.

Garmin Vivposport – to kompletnie nie wyszło.

Rozmiar musisz wybrać rozsądnie.

Do wyboru są dwie wersje – S/M i L. I po zakupie nic nie da się z tym zrobić. Warto więc uważnie zmierzyć nasz nadgarstek, żeby przypadkiem nie kupić zbyt małej opaski.

Malutki ekran

Ekran w Vivosport jest może dużo ładniejszy niż w poprzedniku, ale jest jednocześnie wyraźnie mniejszy. Na tyle mniejszy, że raczej odradzam go osobom ze słabszym wzrokiem. Choć trzeba Garminowi przyznać jedno – ekran jest świetnie czytelny w słońcu, a do tego wygląda dużo, dużo ładniej niż w Vivosporcie (choć dalej nie jest piękny).

Owszem, w ustawieniach można np. zmniejszyć liczbę wyświetlanych podczas aktywności pól danych do jednego jednocześnie (standardowo: dwa), co trochę poprawia sytuację, ale i tak nie rozwiązuje wszystkich problemów.

Odczytywanie jakichkolwiek powiadomień na ekranie Vivosporta jest tak komfortowe, że niemal natychmiast wyłączyłem tę opcję. Informacji pogodowych jest mniej niż na Vivosmarcie. I tak dalej. Dziwna zmiana.

Oddajcie przycisk!

Garmin zdecydował się usunąć główny przycisk znany z modelu Vivosmart, stawiając w całości na obsługę za pomocą ekranu dotykowego. I choć pozwoliło to prawdopodobnie na zmniejszenie rozmiarów urządzenia, to z punktu widzenia wygody użytkowania był to spory błąd.

Vivosmarta obsługuje się bowiem nie zawsze konsekwentną kombinacją pojedynczych i podwójnych dotknięć wyświetlacza, a także przytrzymań i przesunięć palca. Byłbym w stanie może to przeżyć, a potem się do tego przyzwyczaić, gdyby nie to, że czasem działa to tak sobie. Największym problemem jest chyba podwójne kliknięcie, które uruchamia aktywność lub ją zatrzymuje. I o ile pojedyncze kliknięcie może być delikatnym muśnięciem, jak w smartfonie, o tyle podwójne musi być bardziej puknięciem. Teraz wyobraźcie sobie próbę podwójnego puknięcia z rozmachem w ekran węższy od waszego palca. No właśnie – nie jest to łatwe.

Prowadzi też do nieco stresujących sytuacji. Jeśli zapauzujecie aktywność, a potem chcecie ją wznowić i nie pukniecie idealnie dwa razy w wyświetlacz, możecie zostać przeniesieni do ekranu z przyciskami zapisu/odrzucenia treningu, które szczelnie wypełniają całą przestrzeń. Przy czym jeśli przypadkiem klikniecie w odrzucenie, zostaniecie na szczęście poproszeni o potwierdzenie. Ale kliknijcie w zapis i będzie po wszystkim.

Do tego obsługa niektórych pozycji w menu jest tak nielogiczna, że bardziej nielogiczna być nie może. Nie tylko ikony nie są w żaden sposób podpisane, ale też z niektórych poziomów menu nie ma żadnej widocznej opcji powrotu. Przykładowo, jeśli wybierzemy określoną aktywność, to z ekranu wyboru treningu na zewnątrz/w pomieszczeniu nie możemy się cofnąć. Musimy przejść dalej i dopiero tam pojawia się strzałka. Która ma jakieś 3 mm szerokości i 2 wysokości.

Tętno – nie zawsze idealnie.

Przy spokojnych treningach Vivosport nie myli się prawie nigdy, a jeśli już, to na niezauważalnym poziomie. Ale kiedy postanowimy losowo, gwałtownie przycisnąć, to zdarza mu się pogubić.

I to pogubić w sposób charakterystyczny dla optycznych czujników tętna – przegapiając moment, kiedy tętno zaczęło gwałtownie wzrastać, nadganiając dopiero po chwili. Widać to zresztą świetnie na poniższym wykresie. Wszystkie przypadki zwiększenia tempa pokrywają się z wzrostem tętna. Z wyjątkiem jednego, gdzie ewidentnie czujnik Vivosporta zasnął i dopiero po jakimś czasie nadrobił.

Ale nie spodziewałem się tutaj perfekcji, więc nie narzekam.

Gdzie reszta aktywności?

Niby zestaw oferowanych przez opaskę Garmina trybów sportowych jest w porządku, ale chętnie np. zabrałbym ze sobą Vivosporta na wędrówki w góry. Niestety ten nie oferuje opcji zapisu trasy w takiej kategorii i będzie trzeba za każdym razem ręcznie zmieniać typ po wgraniu danych do Garmin Connect. To samo np. z podkategoriami biegania – np. bieganiem w terenie. Nie ma i już. Choć nie mam żadnych wątpliwości, że technicznie jest to absolutnie wykonalne.

Możemy też zapomnieć o monitorowaniu pływania. Owszem, Vivosporta nie trzeba zdejmować na basenie, ale też żadnych wartościowych informacji nam nie dostarczy.

Monitorowanie treningu siłowego to całkowita klapa.

Przyznam, że jednym z powodów, dla których wybór nie padł na Vivosmart HR+, była opcja monitorowania treningu siłowego. I po kilku krótkich i dłuższych sesjach wiem jedno – absolutnie nie warto dla tej funkcji kupować Vivosporta.

W teorii jest pięknie – opaska ma zliczać powtórzenia wykonywanych ćwiczeń, dzięki czemu będziemy doskonale wiedzieć, ile powtórzeń zrobiliśmy w jakiej serii. Jeśli do tego jeszcze dopiszemy później obciążenia, będziemy mieć świetny, kompletny zapis objętości każdego treningu, co ułatwi śledzenie progresu.

Ba, Vivosmart sam rozpoznaje rodzaj ćwiczenia, a w wersji beta znajduje się dodatkowo funkcja automatycznego rozpoznawania początku i końca serii. W rezultacie powinniśmy po prostu założyć opaskę na rękę, włączyć odpowiedni tryb i zająć się treningiem, a wszystko będziemy mieć idealnie zapisane. Bez ani jednego kliknięcia.

Tyle tylko, że to po prostu nie działa, a jeśli działa, to przeważnie katastrofalnie źle.

Rozpoznawanie ćwiczeń, nawet przy laboratoryjnie precyzyjnym ich wykonywaniu, rzadko kiedy jest dokładne. Przy bardzo, bardzo, bardzo podstawowych ćwiczeniach jak podciąganie czy zwykłe podnoszenie hantli Vivosport potrafi jeszcze trafić. Ale cokolwiek bardziej skomplikowanego przeważnie go przerasta, identyfikując niemal wszystko jako generyczne wiosłowanie.

Trochę lepiej jest ze zliczaniem powtórzeń. Jeśli ruch ręką jest stosunkowo długi (shrugsy to już dla niego za mało), to powinniśmy mieć prawidłowo podliczoną wartość. Ewentualnie doliczy albo nie doliczy jednego czy dwóch, ale to łatwo skorygować z poziomu urządzenia w trakcie odpoczynku.

Największe wady Vivosporta przy treningu siłowym są jednak w zasadzie niemożliwe do obejścia. Unoszenie nóg przy wiszeniu na drabince? Nie ma technicznej możliwości, żeby to zliczyć. Wiosłowanie hantlem ręką, na której nie ma opaski – to samo. Automatyczne rozpoznawanie masy hantli i innych obciążeń – bez szans.

I po chwili okazuje się, że Vivosport staje się naprawdę niezbyt przydany, bo musimy i tak albo większość wpisów korygować, albo uzupełnić o masę danych ręcznie. Zrobiłem tak za pierwszy, drugim i trzecim razem, ale potem po prostu było to stratą czasu.

Rozwiązanie? Idealnie byłoby, gdyby dało się wgrać do Vivosporta siłowy plan treningowy z Garmin Connect, co dałoby urządzeniu informacje o tym, co właśnie robimy. Albo móc nałożyć na zapisany trening taki plan, co automatycznie uzupełniłoby prawidłowo chociażby nazwy ćwiczeń.

Ale na to nie ma większych szans.

Plany treningowe? Zapomnij.

Tak, wiem, Vivosport musi być poniżej zegarków treningowych Garmina, ale jest też najwyższym modelem opaskowym, do tego dość kompletnym. Niestety treningów biegowych w ciekawej formie tu nie uświadczymy.

Dostępne opcje są dwie (poza wolnym biegiem) – Virtual Pacer albo bieg/chód. Pierwsza to po prostu bieg w zadanym tempie, gdzie jesteśmy informowani, jeśli zaczynamy biec wolniej. Drugie to bardzo uproszczone interwały dla bardzo początkujących, gdzie możemy ustawić czas biegu i czas odpoczynku w postaci marszu. Świetna opcja dla zaczynających biegać, bezużyteczna dla kogokolwiek innego. Teoretycznie można byłoby na tej podstawie stworzyć coś na wzór interwałów, ale bez opcji dodania czasu na rozgrzewkę jest to dość pokraczne.

Ewentualnie można jeszcze pobawić się alertami tętna, gdzie możemy zadać konkretną strefę albo dowolne wartości. Ale też dla całego biegu, a nie np. jego segmentów.

Szkoda, bo gdyby istniała opcja zaimportowania planów treningowych, to Vivosport byłby fantastycznym, uniwersalnym sprzętem, zamkniętym w malutkiej obudowie. Boli to tym bardziej, że jakiś czas temu miałem… słuchawki Jabry, w których dało się stworzyć absolutnie dowolny trening strukturalny. Jasne, informacje szły do słuchawek z telefonu, ale nawet takie rozwiązanie byłoby do zaakceptowania. A tak Garmin po prostu sugeruje, że nie zostawiliśmy u niego wystarczająco dużo pieniędzy.

Okrążenia? 1 km.

Drobny szczegół, ale strasznie irytujący przy jeździe na rowerze. Garmin, jak to zwykle bywa, pozwala automatycznie zapisywać okrążenia co określony dystans, wyświetlając w momencie ukończenia danego fragmentu informacje na temat tempa, etc.

Vivosport ma ten problem, że dla wszystkich sportów jest to albo nic, albo 1 km. I o ile przy bieganiu jest to w porządku, o tyle przy jeździe na rowerze czy wędrówkach górskich/chodzeniu nie ma to najmniejszego sensu i jest wyłącznie irytujące.

I tak, nie ma opcji ręcznego oznaczania okrążenia. Więc jeśli np. biegacie po bieżni na stadionie, to cóż – wasz pech. Albo Auto lap, albo nic.

Bezwładność auto-stopu.

I tu jest właśnie problem wynikający z braku przycisku, z którego wygodnie można byłoby skorzystać w trakcie biegania do zatrzymania aktywności.

Ręczne pauzowanie nie jest wygodne (zwłaszcza jeśli ktoś musi się w trakcie treningu kilka razy zatrzymać np. na światłach), natomiast automatyczne ma straszliwą bezwładność. Czasami zatrzyma aktywność kilka sekund po zatrzymaniu, a czasem potrzebuje na to nawet kilkanaście (?!). Przy jeździe rowerem nie zrobi to raczej większej różnicy, ale przy bieganiu taka strata może być już bolesna.

Nadaktywne auto-zapisywanie.

Funkcja ta irytowała już w Fenixie, ale tam przynajmniej aktywowała się po około 30 minutach od zapauzowania aktywności. Tutaj nie zmierzyłem dokładnie tego czasu, ale strzelam, że mieści się gdzieś w okolicach 5 minut.

Szkoda, bo przy postoju na jedzenie podczas rowerowej wycieczki dość męczące jest regularne odrzucanie prób automatycznego zakończenia zapisu.

Czujniki? Zapomnij.

Vivosport obsługuje standard ANT+, ale tylko w jedną stronę – jako nadajnik. Nie możemy więc podłączyć do niego np. czujnika kadencji czy temperatury, o bardziej zaawansowanych dodatkach nie wspominając.

Warto czy nie?

To zależy. Garmin ma bowiem w ofercie starsze, ale i tańsze urządzenie, które potrafi niemal to samo – Vivosmart HR+. Plus jest wprawdzie większy, grubszy i odrobinę cięższy, nie podaje VO2max, nie śledzi powtórzeń i ma gorszy ekran, ale za to jest po prostu tańszy – w tej chwili kosztuje około 570 zł. Vivosport kosztuje natomiast co najmniej 700 zł.

Jeśli natomiast dołożymy 100 zł, będziemy mogli kupić Samsunga Gear Fit 2 Pro, z pięknym ekranem, wbudowaną pamięcią na muzykę i śledzeniem treningów pływackich.

Vivosport broni się głównie dwoma elementami. Po pierwsze, jest jednym z najmniejszych urządzeń tego typu i jeśli chcemy „założyć i zapomnieć”, to nie ma przesadnie licznej konkurencji.

Po drugie – to Garmin, a jeśli Garmin, to Garmin Connect, czyli jeden z najlepszych sposobów na to, żeby śledzić naszą aktywność.

U mnie Vivosport spisał się na tyle dobrze, że ani myślę się go pozbyć. Za to Vivosmart HR trafił jak na razie do szuflady, a Fenixa będę zakładał pewnie tylko na dłuższe wypady w góry i do bardziej skomplikowanych treningów.

Szkoda tylko, że Garmin musiał mocno ograniczyć możliwości (zwłaszcza treningowe) Vivosporta, ale cóż – z racji ceny jest to zrozumiałe. Ale może kiedyś doczekamy się opaski o możliwościach Fenixa?

Dołącz do dyskusji

Advertisement