Facebook odpowiedział senatorom. Co napisano na 450 stronach? Szybka ściąga

Artykuł/Social media 12.06.2018
Facebook odpowiedział senatorom. Co napisano na 450 stronach? Szybka ściąga

Facebook odpowiedział senatorom. Co napisano na 450 stronach? Szybka ściąga

452 strony liczy dokument zawierający pisemne odpowiedzi przedstawicieli Facebooka po przesłuchaniu Marka Zuckerberga przed senackimi komisjami.

W kwietniu Mark Zuckerberg wystąpił przed senackimi komisjami sprawiedliwości oraz handlu, nauki i transportu. Przesłuchanie wywołało falę komentarzy, bo nie spełniło oczekiwań, będąc specyficzną formą spektaklu politycznego. Nie popisali się sami senatorzy, którzy zadawali szefowi Facebooka pytania świadczące często o ich nieznajomości poruszanego tematu.

Z ust Zuckerberga usłyszeliśmy wówczas mnóstwo ogólników i gładkich słów. Z jednej strony przepraszał i kajał się, z drugiej chwalił się poprawą mechanizmów ochrony danych użytkowników.

8 czerwca Facebook przesłał dokument liczący 452 strony, który zawiera pisemne odpowiedzi na pytania. W liście przewodnim czytamy, że 10 i 11 kwietnia zadano 2 tys. pytań, dlatego amerykański Senat miał oczekiwać na odpowiedzi tak długo.

Czego dowiadujemy się z odpowiedzi Facebooka?

Objętość materiału przytłacza, ale już pobieżna jego lektura wskazuje, że Facebook powtarza to, co już zostało powiedziane zarówno przez Zuckerberga, jak i w materiałach prasowych jego firmy. Przeczytamy zatem o historii skandalu Cambridge Analytica, trwającym śledztwie i ponad 200 aplikacjach, które zostały zablokowane.

Serwis twierdzi też, że “prywatność jest w centrum wszystkiego”, co firma robi. Zwraca jednak – zresztą słusznie – uwagę, że poważnym wyzwaniem całej branży jest pomoc użytkownikom w zrozumieniu, jak działają serwisy internetowe. Ustawienia prywatności mogą być użyteczne tylko wówczas, gdy użytkownicy potrafią z nich skorzystać – puentują przedstawiciele firmy.

Facebook jest darmowy, bo sprzedaje reklamy.

Nikogo taka deklaracja nie może dziwić, wystarczy spojrzeć na finansowe raporty kwartalne serwisu, by zrozumieć, że jego model biznesowy opiera się na reklamach. Senatorowie podczas kwietniowego przesłuchania drążyli temat. “Wierzymy, że kierowane reklamy mają wartość dla użytkowników i reklamodawców” – czytamy w dokumencie. Jedni mają otrzymywać przekaz, który ich zainteresuje, a drudzy skuteczne narzędzia dotarcia do klientów.

Użytkownicy nie mogą zrezygnować z reklam, bo to one umożliwiają Facebookowi dostarczanie darmowych usług. Przedstawiciele firmy przypominają, że użytkownicy mają możliwość wyboru jakie reklamy im się wyświetlają.

Wśród odpowiedzi znajdziemy zapewnienie, że personalizacja reklam nie odbywa się w oparciu o historię połączeń i SMS-ów, do których miały dostęp aplikacje firmy.

Facebook daje te same narzędzia wszystkim stronom walki politycznej.

W jednym z pytań senatorowie cofnęli się do kampanii z udziałem Baracka Obamy i Mitta Romneya, która zakończyła się reelekcją tego pierwszego. W jej kontekście padła kwestia czy Facebook dyskryminował kandydata republikanów. Serwis broni się w dokumencie, że obaj kandydaci dysponowali tymi samymi narzędziami na Facebooku. Podobnie miało być w czasie wyborczej walki między Hillary Clinton i Donaldem Trumpem.

Pokrewnym tematem są zjawiska fake newsów czy działalności Rosjan podczas kampanii wyborczej. Facebook przyznaje, że w 2016 r. reagował zbyt opieszale, ale chwali się zarazem zmianami, które wprowadzono. Jedną z nich ma być przejrzystość reklam politycznych. Użytkownicy będą mieli wgląd w informacje na temat reklamodawców. 20 tys. osób ma pracować nad zapewnieniem bezpieczeństwa na Facebooku, w tym zapewnieniem integralności wyborów. Jednym z celów jest identyfikacja i usuwanie fałszywych kont, które wykorzystywane są podczas kampanii. Każdego dnia serwis zawiesza miliony kont. Mechanizm wspomagany jest przez uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję.

Problem nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny podano przykład wyborów w Niemczech, podczas których Facebook współpracował z tamtejszymi agencjami wywiadowczymi.

Facebook korzysta z danych nawet wtedy, gdy ty nie korzystasz z Facebooka.

W odpowiedzi na pytania dotyczące dostępu do danych użytkowników, którzy nie korzystają z Facebooka, serwis potwierdza rzecz oczywistą. “Gdy użytkownicy odwiedzają aplikacje lub witryny internetowe wykorzystujące nasze technologie – np. zawierajace przycisk Lubię to lub Komentarze – nasze serwery automatycznie rejestrują standardowe dane przeglądarki lub aplikacji (…)” – tłumaczy serwis. Dodaje też, że to “standardowa funkcja internetu”. Przy okazji wypunktowana została strona amerykańskiego Senatu, która ma udostępniać dane “firmie Google, jej spółce zależnej DoubleClick oraz firmie analitycznej Webtrends”.

Dla użytkownika nieposiadającego konta na Facebooku, który odwiedza witrynę zawierającą narzędzia firmy, nie jest tworzony profil, a serwis nie posiada informacji pozwalających zidentyfikować tę osobę – czytamy. Facebook co do zasady nie tworzy profili i nie śledzi użytkowników, którzy nie mają konta w serwisie – zapewniają jego przedstawiciele.

Podczas przesłuchania Mark Zuckerberg nie potrafił udzielić odpowiedzi na pytanie senatora Blunta, dotyczące zbierania danych między urządzeniami. We wspomnianym dokumencie wytłumaczono więc dość szczegółowo mechanizmy. Zgodnie z nimi Facebook jest z zasady wieloplatformowy, a doświadczenie użytkownika opiera się na danych z różnych aplikacji oferowanych przez firmę na wielu rodzajach urządzeń.

Jakie dane są pozyskiwane? Wymieniane zostały informacje o: rodzaju urządzenia, wersji systemu operacyjnego, poziomie naładowania akumulatora, sile sygnału sieci bezprzewodowych, dostępnej przestrzeni dyskowej, rodzaju przeglądarki, aplikacjach, rozszerzeniach, identyfikatorze urządzenia, dostępie (bądź jego braku) do lokalizacji, aparatu fotograficznego czy zdjęć, plikach cookies.

Na podstawie tych danych następuje personalizacja treści, które otrzymuje użytkownik nie tylko Facebooka, ale również innych usług giganta: Instagrama czy WhatsAppa.

Jak Facebook definiuje mowę nienawiści.

Podczas przesłuchania Zuckerberg mówił o trudnościach jakie napotykają algorytmy w identyfikowaniu mowy nienawiści. Nie bez przyczyny w jedno z pytań senatorów dotyczyło definicji, którą kieruje się Facebook. Warto przytoczyć dopowiedź.

Definiujemy mowę nienawiści jako bezpośredni atak na ludzi w oparciu o to, co nazywamy cechami chronionymi: rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, przynależność religijną, orientację seksualną, płeć, gender, tożsamość płciową i poważną niepełnosprawność lub chorobę.

Poza definicją możemy przeczytać typowe zapewnienia, że w największym serwisie społecznościowym świata nie ma miejsca na mowę nienawiści. Przypomniano też o rozszerzonych Standardach Społeczności, które dość precyzyjnie wskazują, co jest dozwolone na Facebooku.

Lektura odpowiedzi była znacznie ciekawsza niż przesłuchanie Zuckerberga.

Rzecz jasna trudno mówić o dokumencie wysłanym do senatu jako fascynującej lekturze. To w istocie mieszanka informacji prasowych, okraszonych PR-ową nowomową, wypowiedzi założyciela firmy i oczywistości, które nie są obce nikomu, kto interesuje się nowymi technologiami. Niemniej zestawiając wielogodzinne przesłuchanie z kilkusetstronicowym dokumentem wyraźnie widać przewagę tego drugiego. Można nawet postawić tezę, że Senat mógł od razu domagać się pisemnej odpowiedzi na pytania. Zaoszczędziłoby to wiele czasu.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement