Jak nie nabrać się na złodziejskie oferty sprzedaży systemu Windows? Obalamy pirackie tłumaczenia

Jak nie nabrać się na złodziejskie oferty sprzedaży systemu Windows? Obalamy pirackie tłumaczenia

Jak nie nabrać się na złodziejskie oferty sprzedaży systemu Windows? Obalamy pirackie tłumaczenia

„Nasz system na pewno się aktywuje, licencja jest przecież ze zniszczonych komputerów, które tanio pozyskujemy. Jeszcze fakturę wystawimy”. Po przeczytaniu tego artykułu będziesz wiedział, jak zidentyfikować nielegalny produkt.

Biznes sprzedaży nielegalnych kluczy do oprogramowania jest niezwykle intratny. Z jednej strony mamy bowiem niskie koszty chałupniczego funkcjonowania, a z drugiej całkiem pokaźne zyski. Jak pokazał przykład zatrzymanych właścicieli olsztyńskiej manufaktury płyt i pudełek z systemami operacyjnymi, miesięczny przychód może iść w setki tysięcy złotych. Dla niektórych to wystarczająca zachęta do wejścia na przestępczą ścieżkę.

Koszty są przecież niewielkie. Ograniczają się głównie do kupna bazy danych z kluczami. Te mogą zaś być wykradane na kilka sposobów. Po pierwsze, przez programy partnerskie, których Microsoft ma kilka, np. Bizspark dla startupów czy MSDN dla developerów i studentów, skąd klucze wyciekają w ilościach hurtowych.

Drugim źródłem wycieków są fabryki laptopów. Producent komputerów używa tam własnego klucza centralnego do aktywacji systemu, ale na dysku zapisuje również klucz dedykowany danemu komputerowi, który przydaje się np. w procesie reinstalacji. Jego wydobywaniem zajmują się nieuczciwi pracownicy azjatyckich fabryk, którzy w ten sposób zyskują dodatkowe źródło dochodów. Inaczej wygląda to w sklepach komputerowych czy hurtowaniach, które sprzedają laptopy z wgranymi kluczami. Tam pracownicy wyjmują komputery i ręcznie spisują klucze.

Internetowi sprzedawcy bez skrupułów wykorzystują nieświadomość internautów, którzy sądzą, że za 50 zł są w stanie nabyć oryginalną licencję.

Jej kupno po tak „okazyjnej cenie” zgodnie z polskim prawem może stanowić paserstwo. Grozi za nie kara nawet do dwóch lat pozbawienia wolności, a odpowiedzialność można ponieść nawet za działanie nieumyślne. Dlatego przy każdym zakupie oprogramowania należy sobie zadać pytanie „czy jesteśmy pewni, że pochodzi ono z legalnego źródła?”.

Tłumaczenie w stylu: „Panie władzo, kupiłem klucz na legalnie działającej stronie internetowej, gdzie było mnóstwo ofert w tej cenie. Aż do dziś nie wiedziałem, że mam pirata. Proszę się ich czepić, a nie mnie” na niewiele się zda. Taki kupujący nie dopełnił bowiem wszelkich formalności. Miejsce kupna nie świadczy bowiem o legalności, a cenę porównuje się do rzeczywistych cen rynkowych.

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości udałem się na „polowanie”.

Kupując klucze i rozmawiając z handlarzami po kolei punktowałem ich kłamstwa i obłudę, doprowadzając do zerwania kontaktu lub próśb o zostawienie w spokoju („my tylko chcemy robić biznes” – szkoda, że złodziejski).

W celu zadbania o należytą dokładność kształt artykułu skonsultowałem z prawnikiem specjalizującym się w piractwie komputerowym. Za cel postawiłem sobie bowiem edukację internautów, a nie „nabijanie kabzy Microsoftowi”, jak sugerowali handlarze, którzy brak argumentów próbowali przykryć inwektywami.

Kursywą pisane są wypowiedzi handlarzy (pisownia oryginalna), poniżej moje komentarze.

Jesli system sie aktywuje to chyba nie powinno nyc problemu.

Błąd. Aktywacja systemu nie równa się legalności licencji. Wpisanie klucza pozwala jedynie na przejście procesu instalacyjnego.

O kluczu Windowsa należy myśleć jak o kluczu do mieszkania. Jeśli złodziej ukradnie komuś klucz, to przecież będzie mógł wejść do mieszkania, ale to czyni go właścicielem? Jeśli złodziej skopiuje sobie klucz do mojego mieszkania i będzie go sprzedawał w setkach, to czy ci, którzy skorzystali z oferty „mieszkanie za 5 zł” staną się właścicielami mojego mieszkania?

Jeśli zobaczę, że ktoś po raz dziesiąty próbuje otwierać mój dom tym samym kluczem, to zapewne zmienię zamek. Podobnie robi i Microsoft. Jeśli widzi, że kolejni użytkownicy wpisują po kolei ten sam klucz, to blokuje ich wszystkich.

Najwazniejsze by system sie aktywowal i mial Pan spokoj

Przestępcy zapewniający, że ich kradziony klucz zapewni kupującym spokój… Za to powinien być specjalny paragraf. To jakby handlarz samochodów zapewniał, że kradziony Mercedes na pewno nie przyciągnie wzroku Policji.

Podstawa legalnosci oprogramowania jest posiadanie dowodu zakupu oraz klucza licencyjnego, wszystko to od nas Pan otrzyma.

Nieprawda. Dowód zakupu od Firma-krzak spółka z o.o. nic nie znaczy – zarówno w kwestii legalności, jak i w oczach Policji.

Niektóre firmy wystawiają nawet fakturę i tym próbują zgubić zdrowy rozsądek kupujących. Niestety faktura nie jest dowodem legalności systemu poza przypadkiem, gdy pochodzi od Microsoftu albo autoryzowanego dystrybutora. Na serwisach aukcyjnych wielu jest sprzedawców, którzy posiadają „wirtualne firmy” zarejestrowane np. na Seszelach. Zdarzają się też fikcyjne faktury, wystawiane na podmioty, które nie są zarejestrowanymi podatnikami. Taka faktura nie jest dowodem przeniesienia praw licencyjnych na nabywcę klucza. Prowadzący firmę, księgując taką wątpliwą fakturę w swoich kosztach, mogą z tego mieć więcej problemów niż pożytku.

 – (…) My sprzedajemy już tę wcześniej używaną licencję

Większość pirackich kluczy pochodzi z programów partnerskich i MSDN, a takich kluczy (Volume License Key – VLK) nie można odsprzedawać, bo dostaje się je w ramach subskrypcji.

– Oprogramowanie jest z komputerów które zostały zutylizowane lub nigdy ich licencje nie zostały użyte, dlatego jest informacja o tym że klucz jest używany. Klucze zgodnie z prawem można odsprzedawać.

– Co to znaczy zutylizowane? – dopytuję

– Tzn że komputery te pracowały w firmie, zostały wymienione na nowe a stare zostały oddane do firmy utylizacyjnej która je zniszczyła w ten sposob zakończyły swój żywot. A oporogramowanie w tym windows które były na sprzęcie mogą wrócić do ponownego obiegu.

– Czy jako klient mogę dostać jakieś potwierdzenie, że właśnie tak się stało? Np. od firmy utylizacyjne?

– Nie, nie dostanie Pan kontaktu do firmy utylizacyjnej. To nasza tajemnica biznesowa.

Powyższa argumentacja jest tylko w części prawdziwa, bo najważniejsze rzeczy zostały przemilczane. Brak dowodu, o który poprosiłem, powinien zdyskwalifikować danego handlarza. Aby sprzedać używany program trzeba wpierw spełnić wymogi określone w wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie UsedSoft kontra Oracle. Sprzedawca musi udowodnić, że:

  • Pierwotne wprowadzenie kopii programu do obrotu nastąpiło na obszarze Unii Europejskiej za zgodą osoby, której przysługują prawa autorskie (w postaci fizycznego nośnika danych lub przez udostępnienie w Internecie),
  • Udzielenie licencji na oprogramowanie nastąpiło jako świadczenie wzajemne w zamian za wniesienie opłaty, umożliwiającej posiadaczowi praw osiągnięcie rekompensaty odpowiadającej wartości gospodarczej kopii oprogramowania,
  • Licencja przewiduje nieograniczone w czasie korzystanie z oprogramowania,
  • Pierwotny licencjobiorca oraz każdy następny usunął swoje kopie programu w czasie odsprzedaży.

Żaden ze sprzedawców, z którymi się skontaktowałem, nie przedstawił mi dowodu utylizacji komputera, ani nie skontaktował mnie z wcześniejszym użytkownikiem systemu. Nie mogłem sprawdzić, czy system faktycznie został usunięty z wcześniejszego komputera. Miałem uwierzyć na słowo.

Niestety takie wytłumaczenia handlarzy można włożyć między bajki, bo najprawdopodobniej hipotetycznego, utylizowanego komputera nikt na oczy nie widział.

Gwarantujemy ze klucze ktore sa sprzedawane nie sa nigdzie wiecej wykrzystywane.

Handlarz nie może dać takiej gwarancji. Często zdarza się, że klucze wykorzystywane są na dziesiątkach komputerów. Może to przyciągnąć uwagę Microsoftu, który za jednym zamachem zablokuje wszystkie systemy.

Niestety taki handel jest niewygodny dla Microsoftu no bo oczywiście chcieliby oni zarobić dużo większe pieniążki. Jeżeli z kluczami byłoby cokolwiek nie tak to Microsoft ma wystarczająco dużo środków aby takie klucze zablokować

Microsoft nie blokuje każdego klucza. Inaczej doprowadziłby do paraliżu działań zwykłych użytkowników. Gdy Kowalski chce przeinstalować system, nie musi dzięki temu kontaktować się z Microsoftem. Może to zrobić samodzielnie. Może nawet zainstalować ten sam system (z użyciem tego samego klucza) na innym komputerze, byle wykasował go z poprzedniego urządzenia (licencja BOX jest na jedno stanowisko). Microsoft notowałby tysiące skarg, gdyby blokował system za każdym razem, gdy użytkownik chce go przeinstalować.

Nie ma skutecznego systemu antypirackiego, którego nie da się obejść, jeśli ktoś będzie chciał. Dotychczasowe działania na tym polu uderzały raczej w legalnych użytkowników. Wielu przykładów dostarcza zwłaszcza rynek gamingowy, gdzie Warner Bros., Sega czy UbiSoft korzystają m.in. z antypirackiego systemu Denuvo. W przypadku wrześniowego Total War: Warhammer II system został jednak złamany w zaledwie 2 dni, a jego grudniowa awaria odcięła graczy od możliwości spróbowania swoich sił w Mad Maxie, Batmanie: Arkham Knight czy Śródziemiu: Cień wojny. Niedawny Assassin’s Creed Origins opierał się piratom przez trzy miesiące, ale w końcu poległ wśród narzekań, że nadmiernie obciąża procesor… w komputerach użytkowników, którzy nabyli go legalną drogą.

Nie znaczy to oczywiście, że nie powinniśmy piętnować piratów, ale większość zabezpieczeń utrudnia życie nie tej grupie, której trzeba. Dlatego dyskusja pt. „dlaczego Microsoft stosuje takie, a nie inne zabezpieczenia albo dlaczego takich czy innych nie stosuje” jest dyskusją bezcelową.

Na chęci zaoszczędzenia kilku złotych można więc stracić dwa razy, co może uderzyć po portfelu zwykłego Kowalskiego, ale również firmy, które trzydzieści stanowisk roboczych zaopatrują w systemy operacyjne po 10 zł. W razie kontroli przedsiębiorstwa mogą liczyć straty nie tylko w złotówkach, ale i we własnym wizerunku.

Partnerem artykułu jest Microsoft.

Dołącz do dyskusji