Dodatek Warmind dla Destiny 2 to „przepraszamy“ skierowane do największych fanów – recenzja

Recenzja/Gry 11.05.2018
Dodatek Warmind dla Destiny 2 to „przepraszamy“ skierowane do największych fanów – recenzja

Dodatek Warmind dla Destiny 2 to „przepraszamy“ skierowane do największych fanów – recenzja

Warmind (w polskiej wersji StrategOS) nie jest dodatkiem, który ma przyciągnąć do Destiny 2 kolejne rzesze klientów. Wręcz przeciwnie. DLC numer dwa sprawia wrażenie spóźnionych przeprosin za to, jak Activision do spółki z Bungie zepsuło grę o niesamowitym potencjale, wspieraną przez miliony niezwykle wiernych i aktywnych fanów z całego świata.

Pierwsze DLC do Destiny 2 – Curse of Osiris – było gwoździem do trumny sieciowej strzelaniny. Twórcy dodatku zrobili coś znacznie gorszego niż klasyczny skok na kasę. Bungie sponiewierało historię świata, zmarnowało potencjał w prowadzonych od 2013 roku postaciach, a do tego oddało w ręce graczy tak mało zawartości, że można było się śmiać lub płakać. Curse of Osiris było nie tylko poniżej oczekiwanego poziomu, ale również poniżej pewnych etycznych standardów w branży gier.

Warmind pokazuje Marsa od zupełnie innej strony, wysyłając graczy na czapę lodowcową planety

Po wpadce z Ozyrysem nie sądziłem, że powrót do Destiny 2 będzie dla mnie jakkolwiek przyjemny. Zwłaszcza, że DLC numer dwa o tytule Warmind nie zapowiadało się przesadnie okazale. Rozszerzenie nie jest jednak tak kiepskie, jak mogłoby się wydawać. Przeciwnie – jest lepsze niż zakładałem (chociaż muszę przyznać, że nie miałem wielkich oczekiwań). Do tego po raz pierwszy ma się wrażenie, że twórcy gry posłuchali głosu, który dotychczas był zagłuszany maszyną do liczenia pieniędzy Activision – głosu samych graczy.

Kampania fabularna ma w Warmind marginalne znaczenie, czego dowodzą raptem cztery (!) misje.

Historia jest naiwna i niedorzeczna. Nowi bohaterowie nijacy, a opowieść wypada jak fan-fiction pisane na kolanie. Kampanię można przejść w dwie – trzy godziny, co jest skandalicznie krótkim czasem. Chciałoby się więcej, bo i rozgrywka jest przyjemniejsza niż w Curse of Osiris. Bardziej zmienna, nieoczywista i ciekawsza. Producenci eksperymentowali z nowymi formami narracji, a także unikalnymi typami przeciwników. Walka z finalnym bossem to potrzebny powiew świeżości.

Ana Bray to nowa postać napędzająca fabułę. Niezwykle płytka, niezwykle nijaka

Jednak dopiero to, co dzieje się już po zakończeniu kampanii, jest sercem i filarem dodatku. Warmind skupia się na tak zwanych aktywnościach endgame, kluczowych dla fanów i weteranów kosmicznej strzelaniny. Twórcy przesuwają środek ciężkości z efektownych misji kampanijnych do powtarzalnych, trudnych i angażujących aktywności, za które otrzymuje się najpotężniejsze przedmioty. Solidny endgame podtrzymuje sieciową grę przy życiu i to właśnie ten obszar jest największym problemem Destiny 2.

Warmind jest pełen sekretów, wyzwań i zadań, które zostaną docenione dopiero po dłuższym czasie.

Producenci dodatku silnie inspirowali się ciepło przyjętym rozszerzeniem The Taken King do pierwszego Destiny. Mogliśmy tam eksplorować mapę w poszukiwaniu skarbów, a także wykonywać zlecenia na konkretne, niezwykle ciekawe i potężne bronie. Zwiedzając świat gry napotykało się na nowe wyzwania i nowe misje, które społeczność rozgryzała wspólnie, na forach dyskusyjnych. Wtedy każda najważniejsza giwera miała swoją unikalną drogę do zdobycia. Podobnie będzie również tym razem.

Nowa przestrzeń do patroli i swobodnej eksploracji jest bardzo mała

Warmind kusi, aby zwiedzać otwarty obszar Marsa wypełniony sekretami. Podczas eksploracji napotykałem wiele zablokowanych miejsc, skrzyń i skrytek. Z tyłu głowy zawsze pojawia się lista zadań: muszę jeszcze zdobyć to i to, a także wrócić tam i tam. Non stop coś jest do odkrycia. Nie są to efektowne wizualnie aktywności, ale Destiny 2 na nowo przykuwa do fotela czymś na kształt rutynowej listy obowiązków.

Brzmi to nieco sadystycznie, ale właśnie o taką listę obowiązków od miesięcy prosili fani. Gracze uwielbiający Destiny 2 chcieli powodu, dla którego mają codziennie logować się do wirtualnego świata. Silniej nastawiona na niedzielnych turystów podstawowa wersja gry nie posiadała tego wyjątkowego magnesu. Fani nie byli odpowiednio nagradzani za długie godziny na serwerach, a uczucie elitaryzmu wynikającego z posiadania rzadkiego pancerza i broni kompletnie wyparowało.

O wiele ciekawsze (i ładniejsze) są zamknięte pomieszczenia, w których robi się naprawdę klimatycznie

Warmind naprawia przynajmniej część z potknięć wykonanych podczas projektowania Destiny 2.

Za dodatek numer dwa odpowiada zupełnie nowe studio należące do Activision – Vicarious Visions. Ta ekipa najpierw specjalizowała się w tworzeniu portów gier, a następnie dała światu bardzo udane pozycje z kolorowej serii Skylanders. Największym sukcesem VV jest jednak tworzone od zera Crash Bandicoot N. Sane Trilogy. Teraz drużyna pomaga Bungie w produkcji zawartości do Destiny 2.

Skromność i solidność Vicarious Visions procentuje. Twórcy DLC numer 2 nie rozdmuchali swojego produktu tak, jak zrobiło to Bungie podczas promocji Curse of Osiris. Dzięki temu Warmind jest pełen pełen pozytywnych zaskoczeń i niespodzianek. Zazwyczaj prezentacje pokazujące nowe rozszerzenia do Destiny zdradzają 4/5 zawartości. W tym przypadku jest inaczej, a gracz na własną rękę odkrywa kilka ciekawych ścieżek do pozyskania nowego sprzętu.

DLC jest odczuwalnie brzydsze od Destiny 2, ale kilka widoczków wciąż robi wrażenie

Pierwszy raz od czasów The Taken King odczułem satysfakcję z nowej broni. Giwery ponownie zaczęły nabierać mocy oraz unikalności. Podstawowe Destiny 2 boleśnie zrównało wszystkie pukawki, w imię balansu trybów PvP. Efektem ubocznym było to, że strzelanina stała się nudniejsza, wolniejsza i bardziej statyczna. Twórcy na szczęście powoli wycofują się z tego pomysłu. Dają się ponieść fantazji, przez co wymiana ognia znowu ma pazur. Rozgrywka na mapach PvP jest szybka, a z najpotężniejszych broni można korzystać znacznie cześciej. To świetne zmiany.

Warmind nie broni się jednak jako wolnorynkowy towar za 20 dolarów.

W skład DLC wchodzą zaledwie cztery nowe zadania, z czego aż dwa są później poddane recyklingowi i zamieniane na misje typu strike. Dodatkowe wyzwanie dostali na wyłączność posiadacze gry w edycji na PS4, ale liche to pocieszenie z perspektywy klienta na XONE albo PC. Do tego dochodzą bardzo generyczne i nie wyróżniające się areny PvP oraz nowa przestrzeń do patroli i eksploracji. Jest śmiesznie malutka, składając się z kilku budynków, dwóch długich korytarzy, dwóch większych placyków i kilku ciemnych grot oraz bunkrów.

W końcu jakiś nowy model przeciwnika z innym zachowaniem

Podczas zwiedzania nowego obszaru na Marsie można wziąć udział w społecznościowych wyzwaniach opartych na odpieraniu fal wrogów. Ramię w ramię z innymi Strażnikami, strzela się do chmary wysokopoziomowych abominacji, otrzymując za to unikalne nagrody przewidziane tylko dla tego trybu. Maszkary są jednak naprawdę wytrzymałe i tylko spora siła ogniowa jest w stanie powstrzymać tę hordę. No i bardzo dobrze. Gracze, którzy przejdą kampanię, nocne najazdy oraz mini-rajd, w końcu będą mieli co robić na patrolach.

Największe zalety:

  • Zdumiewająco rewelacyjna warstwa audio
  • Nowe bronie mają kopa i „to coś” pod spustem
  • Na patrolach jest co robić
  • Wiele pomniejszych zadań i zleceń na bronie
  • Masa zmian w mechanice wynikających z aktualizacji do 3 sezonu gry

Największe wady:

  • Skandalicznie mało nowej zawartości
  • Kampania fabularna na 2 godziny
  • Warmind jest odczuwalnie brzydszy (i mniej stabilny) od podstawowej wersji gry
  • Misje typu strike to recykling zadań fabularnych
  • Nowi przeciwnicy są nowi jedynie w nazwie
  • To dodatek pisany typowo pod weteranów
  • Nowe elementy w żaden sposób nie usprawiedliwiają wysokiej ceny DLC
  • Dalsze faworyzowanie graczy na PS4

Te najlepsze zmiany, wpływające bezpośrednio na rozgrywkę, nie są częścią DLC. Rangi PvP, zwiększenie mocy egzotycznych broni, większy nacisk położony na ciężką amunicję czy tak zwane masterworks to nowości dostępne dla wszystkich posiadaczy Destiny 2, wynikające z aktualizacji wprowadzonych wraz z trzecim sezonem. Nie trzeba kupować Warmind, by się nimi cieszyć. Dochodzi więc do pewnego paradoksu – chociaż DLC wprowadza naprawdę mało nowych elementów, wydane wraz z dodatkiem aktualizacje sprawiają, że kosmiczna strzelanina jest znacznie przyjemniejsza i warto do niej wrócić, chociaż na moment.

Dołącz do dyskusji

Advertisement