State of Decay 2 to więcej i lepiej tego samego. The Sims w świecie opanowanym przez zombie daje radę

Recenzja/Gry 22.05.2018
State of Decay 2 to więcej i lepiej tego samego. The Sims w świecie opanowanym przez zombie daje radę

State of Decay 2 to więcej i lepiej tego samego. The Sims w świecie opanowanym przez zombie daje radę

Fetor gnijącego ciała uderzył w nozdrza ocalałych. Kolejna horda żywych trupów zmierzała w kierunku posterunku. Na szczęście dzień wcześniej zbudowałeś fortyfikacje i wyposażyłeś zaufanych członków drużyny w broń palną. Szkoda tylko, że Greg po raz kolejny odmówił warty. Tym razem z powodu małej liczby leków w magazynie, chociaż jest zdrowy jak ryba. Wydech. Podciągnięcie rękawów. Przeładowanie magazynka. Nikt nie mówił, że The Sims w postapokaliptycznym świecie będzie łatwe.

Greg, tak samo jak Steven, Jessica, Hank i kilku innych ocalałych ma własne statystyki. Każdy człowiek przetransportowany do bazy jest w pełni grywalny i każdy posiada unikalne zdolności. Była wojskowa doskonale obsłuży karabin wyborowy, lekarz powstrzyma pacjenta przed zamianą w zombie, a gburowaty Jankes z przedmieścia potężnie przywali kijem baseballowym. Gracz może się swobodnie przełączać między członkami społeczności, co jest absolutnym fundamentem rozgrywki.

State of Decay 2 jest jak serial The Walking Dead. Tyle tylko, że to gracz jest reżyserem.

Gdy któregoś z członków drużyny dopadną zombie, to koniec. Absolutny, definitywny, permanentny i nieodwracalny koniec. Pozostali bohaterowie przez moment opłakują śmierć towarzysza niedoli, a następnie wracają do codziennych obowiązków. Czyli przeszukiwania sklepów, szukania broni i amunicji, odnajdywania zasobów oraz – przede wszystkim – NARZEKANIA jak ciężki jest los, gdy gracz wypruwa sobie żyły by zapewnić społeczności leki, żywność, wodę, energię i bezpieczeństwo.

Pod wieloma względami State of Decay 2 jest jak The Sims. Wystarczy pozostawić członków społeczności bez opieki, a dzieje się tragedia. Ocalali skaczą sobie do gardeł, kłócą się i szukają dziury w całym. Gracz jest bezosobowym liderem, który wskakuje z skórę to jednego, to drugiego osobnika, rozwiązując jego personalne problemy oraz poprawiając paletę survivalowych umiejętności. Rozwój postaci jest bardzo sensowny, bardzo przyjemny i bardzo szybki, ale równie szybko rosną oczekiwania i roszczenia społeczności ocalałych.

W State of Decay 2 zawsze jest coś do zrobienia, wiecznie czegoś brakuje, a zegar tyka nieubłaganie.

Ocaleni to nie tylko grywalne postaci, ale równocześnie gęby do wykarmienia. Korzystają z wody, elektryczności i leków. Im więcej osób przyjmiemy do naszej społeczności, tym większym oczekiwaniom musimy sprostać. Z czasem ochrona, łóżko i dach nad głową przestają wystarczać. Trzeba rozbudowywać bazę o nowe obiekty. Obok wieży strzeleckiej staje ogródek, strzelnica, warsztat, punkt medyczny… wszystko to za ciężko zdobyte surowce, za którymi rozglądamy się poza bezpiecznymi murami.

Zasoby, zadania i niebezpieczeństwa – to czeka nas w zrujnowanym świecie. State of Decay 2 to jedna, wielka spirala eskalacji. Im większą tworzymy społeczność, tym więcej źródeł infekcji oraz hord zombie w pobliżu. Im więcej członków liczy nasza drużyna, tym więcej surowców potrzebujemy na codzienne, 24-godzinne działanie bezpiecznego przyczółka. Gracz jest popychany dalej i dalej, w coraz niebezpieczniejsze rejony, czując się odpowiedzialny za zaspokajanie potrzeb zwerbowanych ludzi.

Eksploracja to największa frajda w State of Decay 2. Niezależnie, czy to samemu, czy z innym graczem.

Gra kładzie silny akcent na kooperację. W (prawie) każdym momencie można poprosić o pomoc znajomego lub kogoś w sieci. Gdy mamy chwilę oddechu, sami możemy pomóc innym, dołączając do rozgrywki losowych graczy. Pomoc jest z kolei kluczowa, ponieważ eksplorowanie świata opanowanego przez zombie w pojedynkę to w późniejszych etapach pewna śmierć. Dobrze jest mieć kogoś przy sobie. Chociażby po to, by odwracać uwagę zombie. Gdy chmara żywych trupów rzuci się na jednego gracza, ten nie ma szansy na obronę. To nie komiczny, przerysowany Dead Rising.

Aspołeczne odludki mogą korzystać z pomocy NPC, zabierając ze sobą towarzysza z bazy. Sztuczna inteligencja radzi sobie zadziwiająco dobrze. Nie jest nieśmiertelna, ale nie trzeba jej niańczyć, a podczas walki stanowi bardzo istotną pomoc. Skrada się gdy trzeba, a do tego podaje przydatne informacje. No i co równie ważne – stanowi istotne wparcie psychologiczne, którego w State of Decay 2 naprawdę potrzeba.

Gra na XONE/PC nie jest horrorem łapiącym za serce, ale producentom udało się zbudować uczucie niepokoju.

State of Decay 2 nie jest w stanie wystraszyć gracza. Na pewno nie w sposób, jaki robi to Outlast czy Silent Hill. To skąpana w zachodzącym słońcu produkcja, w której żywe trupy słychać z daleka, a jedynym zaskoczeniem są nagminne babole silnika fizycznego. Mimo tego, wirtualny świat o otwartej strukturze jest dziwnie dołujący i dojmujący. Jego eksploracja daje frajdę, ale w dłuższych dawkach bywa wyczerpująca psychicznie. Zwłaszcza po zapadnięciu zmroku, gdy wszechobecne oczy żywych trupów jarzą się jak kocie ślepia.

Najbardziej mącące w głowie jest chyba to, że ten horror na jawie nigdy się nie kończy. Normalny świat umarł i już nie powróci. W Resident Evil czy Silent Hill zawsze było jakieś światełko w ciemności. Szansa na wydostanie się z piekła na ziemi i powrót do bezpiecznego, cywilizowanego otoczenia. State of Decay 2 nie daje takiej nadziei. Tutaj cywilizacji już nie ma, a życie ludzi liczone jest w dniach, nie latach. Zombie są wszędzie, a najlepsze, co może zrobić gracz, to po prostu przetrwać kolejny szary, wypełniony jękami żywych trupów dzień.

Z powodu gęstej atmosfery lubię dawkować State of Decay 2. Dzięki temu nie przeszkadza wielka wtórność programu.

Survivalowa produkcja jest do bólu monotonna. Co prawda otwarty świat wypełniono pojazdami, misjami, sekretami i wyzwaniami, ale z czasem wszystko powszednieje. Ile można odbijać ten sam sklepik z pamiątkami, w którym po raz 63 zombie założyły sobie gniazdo? Walka o każdy metr otoczenia zaczyna się na nowo z każdym dniem. Na dłuższą metę jest to frustrujące i męczące. Zakładanie kolejnych bezpiecznych posterunków trwa z kolei wieki.

Gra ma również wielkie problemy z systemem kolizji oraz silnikiem fizycznym. Bohaterowie NPC lubią wchodzić po kolana w asfaltową drogę, a także przebijać ramionami ceglane ściany. Kilka razy mój bojowy pojazd utknął i za nic w świecie nie chciał ruszyć, pomimo napędu na cztery koła. Pomogło dopiero odnalezienie innego samochodu i zabawa w taran. W State of Decay 2 Trzeba sobie jakoś radzić. Nie tylko z zombie, ale również masą pomniejszych niedoróbek.

Największe zalety:

  • Tryb kooperacji do 4 graczy jednocześnie
  • Nieco ulepszona grafika
  • Natywne 4K na Xbox One X
  • Bogatszy rozwój bazy oraz posterunków
  • Szybki, przyjemny rozwój postaci
  • Obecność gry w programie Xbox Game Pass

Największe wady:

  • Zaskakująco mało zmian względem pierwszej części
  • Przestarzała warstwa wideo
  • Monotonna rozgrywka i powtarzalne elementy
  • Brak ciekawej, silnej linii narracyjnej
  • To nie jest tytuł, dla którego kupuje się konsolę

Nad State of Decay 2 pracowano przynajmniej 3 lata. Mimo tego, gra nie różni się przesadnie od pierwszej odsłony. Jest trochę ładniejsza, system rozwoju osady stał się nieco bogatszy, a walka minimalnie przyjemniejsza. Największa nowość to system kooperacji z innymi graczami i właśnie z jego powodu warto dać survivalowi szansę. Jeżeli jednak nie posiadasz paczki znajomych (drużyna mieści do 4 osób), przygotuj się na długą, mozolną i powtarzalną rozgrywkę. W krótkich dawkach całkiem zjadliwą, ale niestety powtarzającą największe błędy pierwszej odsłony.

Dołącz do dyskusji