Smartfon i kilka akcesoriów – tak tworzy się dziś branżowe media. Poradnik dla początkujących

Smartfon i kilka akcesoriów – tak tworzy się dziś branżowe media. Poradnik dla początkujących

Smartfon i kilka akcesoriów – tak tworzy się dziś branżowe media. Poradnik dla początkujących

Jako dziennikarz branży technologicznej często uczestniczę w rozmaitych konferencjach i targach branżowych. I nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmienił się w ciągu ostatniej dekady sposób przygotowywania z nich materiałów medialnych.

Często słyszę „fajnie musi być dziennikarzem, ciągle gdzieś jeździcie, tu jakieś konferencje, wycieczki…” i jest w tym sporo prawdy. To rewelacyjna praca, którą uwielbiam wykonywać. Jednak wyjazdy na branżowe wydarzenia to wcale nie takie złoto, jakim wydaje się dla kogoś, kto chciałby zacząć pracę w mediach.

Większość targów i konferencji dla mediów to orka.

Szczególnie te pierwsze wymagają umiejętności pracy w skrajnie niesprzyjających warunkach, do tego pracy bardzo szybkiej, bo przecież trzeba wyprzedzić konkurencję i podać odbiorcom jak najwyższej jakości materiał w jak najszybszym tempie. W końcu trzeba też mieć niezłą kondycję, bo przemierzanie hal targowych z toną sprzętu w plecaku to nie lada wyzwanie wytrzymałościowe.

Na przestrzeni lat krajobraz takich wydarzeń znacząco się zmienił. Jeszcze 10 lat temu przygotowanie sensownej jakościowo relacji wideo z branżowej imprezy wymagało kilkuosobowej ekipy, wielkich kamer, drogiego i ciężkiego sprzętu.

W sytuacji „polowej”, gdy trzeba jak najszybciej „obskoczyć” jak najwięcej stoisk, taki układ jest skrajnie nieekonomiczny. Ba, nawet na prostej konferencji, gdzie prezentowany jest tylko jeden produkt, tradycyjne zaplecze medialne (prezenter + ekipa nagrywająca z toną sprzętu) nie sprawdza się najlepiej. Spowalnia tempo pracy i utrudnia życie wszystkim dookoła, bo przecież trzeba się do sprzętu przepchnąć z całym tym bagażem.

Dlatego od wielu już lat wielki i ciężki sprzęt na targach i konferencjach jest raczej rzadkością. Korzystają z niego głównie telewizje, którym aż tak na czasie nie zależy. Dziennikarz technologiczny musiał za to stać się człowiekiem-orkiestrą. Wziąć sprawy we własne ręce, samodzielnie obsłużyć aparat/kamerę, nagrać materiał, a także zazwyczaj samodzielnie go zmontować.

Realia mediów technologicznych są dziś takie, że wszystko w zasadzie robimy w pojedynkę. Nawet jeśli nie mówimy o YouTuberach-solistach, a sporych redakcjach, każdy dziennikarz musi potrafić przygotować materiały na własną rękę. Dlatego też nawet ten „lżejszy” sprzęt coraz częściej zostaje w domu, bo choć gwarantuje fantastyczną jakość, to jego obsługa, transport i przetworzenie zebranych materiałów są zwyczajnie czaso- i pracochłonne. A w sytuacji „polowej” liczy się przede wszystkim czas.

Z pomocą branży mediów technologicznych przybyły smartfony. Już od dobrych dwóch/trzech lat to właśnie telefon jest podstawowym narzędziem pracy w trakcie targów czy konferencji branżowych. Na przestrzeni ostatniego roku byłem zarówno na małych prezentacjach, wielkich targach jak i głośnych premierach pojedynczego produktu. Przeciętny dziennikarz na takiej imprezie wygląda dziś tak:

Smartfon, gimbal, dobry rejestrator dźwięku, czasem zewnętrzne diody doświetlające i zapasowy telefon w plecaku – tak dziś wygląda obraz dziennikarza technologicznego „w pracy”.

Smartfon dał nam szybkość i wygodę pracy, o jakiej jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko marzyć.

Osobiście należę do grupy tradycjonalistów, którzy przedkładają jakość nad wygodę. Dlatego też po halach targowych i konferencjach nadal biegam z ważącym 10+ kg plecakiem, ciężką lustrzanką, jeszcze cięższymi obiektywami i zapasem akcesoriów. Po całym dniu pracy jestem wyczerpany, dzień po mam zakwasy. I nie zawsze jestem pewien, czy moja postawa warta jest wysiłku.

Często patrzę z zazdrością na kolegów po fachu, którzy dzierżąc smartfona na gimbalu w jednej dłoni mogą momentalnie wskoczyć na live’a na Facebooku, błyskawicznie strzelić kilka poglądowych zdjęć i przesłać je do redakcji (zamiast przenosić pliki RAW z aparatu na komputer, wywoływać je, etc…), nagrać krótkie wideo i od razu podzielić się nim w mediach społecznościowych.

Ja takiej możliwości nie mam i choć wyrobiłem sobie już tempo pracy godne olimpijskiego sprintera, chcąc podnieść jakość „oczko wyżej” zawsze będę minimalnie do tyłu względem szybkości pracy kolegów ze smartfonami. Nie wspominając o jej wygodzie.

Drugą stronę medalu co bardziej uważny czytelnik może wypatrzyć między wierszami – przesiadka z ciężkiego i niewygodnego sprzętu na wygodny i lekki telefon bardzo często bezpośrednio przekłada się na drastyczny spadek jakości.

Czasem oglądam te przygotowane na szybko relacje i z bólu aż zgrzytają mi zęby. Chociażby w trakcie ostatniej premiery OnePlus 6 – sam celowo poczekałem z Q&A na żywo do momentu, w którym wrócę do hotelu, gdyż na miejscu konferencji było zbyt głośno i zbyt ciemno, aby dostarczyć odbiorcom materiał satysfakcjonującej jakości.

Niestety, wielu dziennikarzy, przesiadając się z kamer czy lustrzanek na smartfony jednocześnie dało sobie wolną rękę na tworzenie treści niskich lotów. Tym samym kreując wśród ludzi, którzy aspirują do pracy w branży – czy to solo, czy w istniejących redakcjach – mylne wrażenie, że jakość może zejść na daleki plan.

A przecież dzisiejsze smartfony są w stanie tworzyć przepiękne wideo.

Możliwości topowych smartfonów są obecnie przeogromne. W odpowiednich warunkach (i w sprawnych rękach) tworzone nimi zdjęcia czy filmy nie różnią się jakością w znaczący sposób od efektów uzyskiwanych profesjonalnym sprzętem.

Koronnym dowodem na to zawsze pozostanie dla mnie YouTuber Danny Winget, który przez lata tworzył swój kanał wyłącznie przy pomocy aparatów w smartfonach, ale robił to w taki sposób, że większość widzów i tak pytała go, czy nagrywał dany film sprzętem za grube tysiące dolarów. I robił to w czasach, gdy smartfonowym aparatom daleko było do dzisiejszej jakości.

Dziś nie ma już wymówki pt. „mój smartfon ma słaby aparat”. Jeśli tylko masz telefon ze średniej lub wysokiej półki, jesteś w stanie tworzyć piękne wideo, założyć własny kanał na YouTubie, tworzyć na profesjonalnym poziomie.

Jeśli myślałeś, żeby zacząć samodzielnie tworzyć tego typu treści, ale hamował cię argument pt. „nie mam odpowiedniego sprzętu”, uspokajam – zawodowi dziennikarze korzystają dziś z tych samych narzędzi. Czyli telefonu i kilku akcesoriów. I przy odpowiednim wysiłku z pomocą takiego zestawu można osiągnąć naprawdę rewelacyjne wyniki.

Jak stworzyć profesjonalną relację przy użyciu telefonu?

Dobrym pierwszym krokiem będzie proste zrozumienie jednego faktu – większość aparatów w smartfonach ma szerokokątny obiektyw. Tak, bywają telefony takie jak iPhone 7/8+, iPhone X, OnePlus 6 czy Galaxy Note 8, które oferują obiektyw o ekwiwalencie ok. 50 mm, ale większość z nich oscyluje w okolicach ekwiwalentu 24 mm dla pełnoklatkowego aparatu. Oznacza to mniej więcej tyle, że do aparatu w kieszeni mamy przytroczony szerokokątny obiektyw, który do jednych ujęć nadaje się doskonale, a do innych… nie bardzo.

Szkolnym błędem (popełnianym zresztą też przez wielu profesjonalistów…) jest robienie zdjęć czy wideo sprzętów elektronicznych z bardzo bliska. Tym sposobem uzyskujemy obrazki, na których laptop ma kształt trapezu, a ekran telefonu wygina się w kształt łódki. Takie kadry wyglądają nienaturalnie, nieprofesjonalnie i zwyczajnie odpychają.

Prostym remedium jest… odsunięcie się od obiektu. Owszem, nawet z odległości obraz będzie nieco „beczkowaty” (taka natura szerokokątnego obiektywu), ale geometria takich ujęć będzie bez porównania bardziej naturalna i przyjemna dla oka od super-bliskich kadrów zrobionych telefonem.

Jeśli masz telefon z teleobiektywem, staraj się używać go do ujęć produktowych. Tak, te drugie obiektywy są zazwyczaj ciemniejsze od głównych, ale proporcje obrazu będą dużo bardziej naturalne.

Ciekawym i relatywnie niedrogim rozwiązaniem tego problemu są też zewnętrzne obiektywy do smartfonów. Warto rozważyć taką opcję, jeśli chcemy uzyskać ładny, niezakrzywiony obraz sprzętu, który filmujemy czy fotografujemy.

Automat nie jest twoim przyjacielem.

Smartfony w trybie wideo ustawiają automatycznie ostrość i ekspozycję, co jest świetne, gdy chcemy coś sfilmować na szybko, ale kłopotliwe, gdy zależy nam na uzyskaniu konkretnego efektu. Szczególnie kłopotliwa jest zmienna ekspozycja – podczas branżowych imprez zazwyczaj mamy do czynienia z bardzo nierównym oświetleniem, przez co jasność rejestrowanego obrazka zwyczajnie wariuje.

Warto więc wybrać punkt, w którym obraz na ekranie podglądu jest odpowiednio naświetlony i zablokować ekspozycję. W większości telefonów można to zrobić przytrzymując palec dłużej po wybraniu punktu ostrości, ale czasem wiąże się to także z blokadą autofocusu. Aby zablokować jedno bez blokady drugiego, można skorzystać z zewnętrznej aplikacji – najlepszą dostępną na obydwie platformy jest Filmic Pro, ale istnieją też tańsze zamienniki.

Autofocus także warto czasem zablokować i sterować ostrością ręcznie, jeśli chcemy uzyskać konkretny efekt. Np. robiąc tzw. „panning”, czyli przesunięcie aparatu w płaszczyźnie poziomej, utrzymamy ostrość na filmowanym obiekcie – autofocus w takiej sytuacji przesuwałby się z tła na obiekt i z powrotem, co nie wygląda zbyt profesjonalnie.

Chcąc uzyskać jak najlepsze efekty, warto sięgnąć poza to, co oferuje domyślna aplikacja aparatu. Nierzadko tym sposobem możemy uzyskać też znacznie ładniejszy obrazek, niż normalnie – zdarza się, że algorytmy przetwarzania obrazu stosowane przez producenta pozostawiają wiele do życzenia i zewnętrzne aplikacje radzą sobie z przechwytywaniem obrazu lepiej. Widać to szczególnie w przypadku zdjęć – nawet w formacie JPEG zdjęcie wygląda nieco inaczej złapane dobrą aplikacją (jak np. Lightroom Mobile) niż złapane aplikacją domyślną. To też bardzo dobry sposób na wyciśnięcie lepszej jakości z pozornie słabego aparatu; często okazuje się, że kiepskie rezultaty są wynikiem kiepskiego oprogramowania, a nie samego sprzętu.

Stabilność ma znaczenie.

Nikt nie lubi oglądać wideo, które drży tak, jakby filmujący wypił przed chwilą pięć kaw. I nie, wbudowana w smartfon optyczna czy elektroniczna stabilizacja obrazu nie wystarcza.

Oczywiście najprostszym rozwiązaniem na ten problem jest gimbal dla urządzeń mobilnych, jak DJI Osmo Mobile 2, ale to kosztowne wyjście – nawet tanie (i niezbyt dobre) stabilizatory kosztują kilkaset złotych.

Na początku można jednak posiłkować się prostym, tanim statywem z uchwytem na smartfona:

Trzymany w ten sposób telefon będzie bardziej stabilny, niż trzymany bezpośrednio za rogi. Smartfon na statywie można też oczywiście odstawić na bok i uwolnić dłonie. Nawet niewielki trójnóg może znacząco podnieść jakość nagrywanego wideo.

Warto tylko pamiętać, że posiadanie statywu nie równa się przykuciu do jednego miejsca. Dobra relacja to dynamiczna relacja. Chyba nic nie drażni mnie bardziej w branży technologicznej, niż leniwe wideo, trwające pół godziny, z jednym kadrem wycelowanym w urządzenie i głosem zza kadru. To pójście po linii najmniejszego oporu.

Dźwięk jest najważniejszy.

Bardziej istotne wszystkiego co widać jest to, co słychać. Słabej jakości wideo z dobrym dźwiękiem można przecierpieć, ale na odwrót? Nie bardzo. Dlatego wysoka jakość nagrywanego audio powinna być dla nas równie ważna, jeśli nie ważniejsza od jakości obrazka.

Wbudowane w telefon mikrofony nie zdadzą egzaminu w zatłoczonym, głośnym środowisku konferencyjno-targowym. Smartfon zbierze wszystkie niepożądane dźwięki otoczenia.

W warunkach domowych najprościej jest dokupić mikrofon typu „shotgun”, jak Rode Videomic Me, podłączany bezpośrednio do smartfona, który zbiera dźwięk kierunkowo – z tego miejsca, w które go wycelujemy.

Niestety w głośnym otoczeniu shotgun również nie sprawdza się najlepiej, gdyż zbiera zbyt dużo dźwięków otoczenia. Rozwiązaniem są mikrofony krawatowe (lavalier) oraz doręczne. Tutaj złe wieści dla posiadaczy telefonów z Androidem – dla androidów takich mikrofonów jest niewiele. O wiele bogatszy wybór mamy w przypadku iPhone’a.

Lavaliery to świetna opcja, gdy nagrywamy wideo samodzielnie. Podłączamy taki mikrofon jak Sennheiser MKE2 Digital, wpinany bezpośrednio w złącze lightning, przyczepiamy mikrofon do kołnierzyka koszulki i już mamy świetnie brzmiące, dobrze odizolowane od otoczenia audio, które przebija jakością dowolne nagranie wprost z telefonu.

Taki mikrofon jest też bardzo uniwersalny, bo spisze się dobrze i w plenerze, i w domu, nagrywając inne materiały. Jest to akcesorium, które po prostu warto mieć, jeśli myślimy na poważnie o nagrywaniu wideo telefonem. Dodatkowo po zainstalowaniu aplikacji Apogee, nagrywaniem możemy sterować z poziomu Apple Watcha, co jeszcze dodatkowo podnosi użyteczność tego rozwiązania.

Jeśli zaś nagrywamy w duecie, albo planujemy wywiad w hałaśliwym otoczeniu, a możemy wykorzystać tylko jeden mikrofon, najlepszym wyjściem jest mikrofon doręczny.

Jeszcze do niedawna wykorzystanie takich mikrofonów wymagało stosowania profesjonalnego sprzętu. Wejść XLR, nierzadko dedykowanych preampów z zasilaniem Phantom. Dziś możemy wykorzystać profesjonalny mikrofon podłączając go wprost do telefonu.

Sennheiser Handmic Digital wygląda jak mikrofon ze złączem XLR, ale w istocie wewnątrz obudowy skrywa się port microUSB. Wpinamy w niego przewód, podłączamy bezpośrednio do złącza lightning w iPhonie i już – możemy nagrywać dźwięk nie przejmując się otoczeniem.

Fakt, taki mikrofon gabarytowo bywa większy od samego smartfona, ale jeśli zależy nam na jak najlepszej jakości dźwięku w hałaśliwym otoczeniu, warto rozważyć tę opcję. Zresztą, w torbie czy plecaku i tak nie zajmie on dużo miejsca.

Handmic Digital spisze się nie tylko w terenie, ale również w domu. Korzystając z aplikacji do nagrywania dźwięku, takiej jak Apogee Meta Recorder, możemy nagrać profesjonalnej jakości voice-over (czyli audio “zza kadru”) do naszego wideo, albo podcast – przy obecnym boomie na dźwiękowe audycje podejrzewam, że tworzenie podcastów niebawem stanie się jednym ze stałych obowiązków dziennikarzy i przedstawicieli mediów.

Na koniec porada praktyczna – warto się wyróżniać.

Stali bywalcy serwisów i technologicznych kanałów YouTube na pewno zauważyli, że mnóstwo relacji z premier czy targów jest po prostu nierozróżnialnych. Wyglądają tak samo. Te same kadry, ta sama treść. Nuda.

Wynika to po części oczywiście z tego, że wszyscy dziennikarze zaproszeni na takie wydarzenie mają do dyspozycji tę samą przestrzeń. W naturalny sposób mamy więc narzucone pewne ograniczenia. Można jednak wyrwać się z ich okowów i stworzyć coś własnego nawet w tak wymagającej sytuacji.

Zdjęcie zrobione w czasie targów MWC 2018. Nikt nie pozna, że obok tłoczyli się dziennikarze.

Dobrze jest rozejrzeć się po sali i spojrzeć, co robią inni, a potem… zrobić coś kompletnie innego. Stanąć w innym miejscu. Złapać inny kadr. Zabawić się montażem po skończeniu nagrań, aby samą dynamiką materiału wyróżnić się z tłumu.

Jeśli mamy ograniczoną przestrzeń, warto ją wykorzystać z każdej ze stron. Zarówno w wideo, jak i w zdjęciach. Czasem niewielka zmiana w kącie nagrań drastycznie wpływa na ich jakość i odróżnia od serii identycznie wyglądających materiałów reszty mediów.

Tworzenie mediów technologicznych wymaga dziś więcej umiejętności niż kiedykolwiek, ale sprzętowy próg wejścia nigdy nie był niższy.

Twórca sieciowy musi dziś potrafić wszystko. Nagrać wideo, zrobić zdjęcie, napisać tekst, rozumieć dynamikę Internetu, algorytmy wyszukiwarki… lista ciągnie się i ciągnie.

Ale jedno, czego twórca sieciowy dziś nie potrzebuje, by zacząć, to tona ciężkiego i drogiego sprzętu. Smartfon i kilka akcesoriów z powodzeniem wystarczą nie tylko na start, ale po prostu do pracy na profesjonalnym poziomie.

Bariera sprzętowa w 2018 roku w zasadzie przestaje istnieć. Za to bariera umiejętności ustawicznie wzrasta, więc im lepiej zaczniesz nagrywać używając tego, czym dysponujesz w tej chwili, tym szybciej osiągniesz poziom pozwalający na wejście do tej branży i zostanie w niej na dłużej.

Dołącz do dyskusji