Apple nie stworzył ideału. Dwa tygodnie z iPhone’em X skutecznie wyleczyły mnie z chęci zakupu

Felieton/Sprzęt 29.05.2018
Apple nie stworzył ideału. Dwa tygodnie z iPhone’em X skutecznie wyleczyły mnie z chęci zakupu

Apple nie stworzył ideału. Dwa tygodnie z iPhone’em X skutecznie wyleczyły mnie z chęci zakupu

Choć iPhone X przechodził przez moje ręce już kilkukrotnie, dopiero teraz miałem okazję przetestować ten smartfon w praktyce. Cieszę się, że mogłem to zrobić, bo ten czas skutecznie wyleczył mnie z chęci zakupu iPhone’a X.

Na początku kilka słów o moim stosunku do firmy Apple: daleko mi do bycia fanbojem, ale jeszcze dalej do zostania hejterem. Bardzo podoba mi się design urządzeń Apple i kilka rozwiązań działających wewnątrz ekosystemu tej firmy, ale jednocześnie nie podoba mi się wiele decyzji programowych, jak i sprzętowych. Brak gniazda SD w laptopie klasy Pro? Serio?!

Sprzęty Apple’a znam dość dobrze. Od dwóch lat korzystam z MacBooka Pro, a w czasie studiów korzystałem z iPoda Touch i iPada. Wcześniej miałem kilka mniejszych iPodów. Tak się jednak składa, że nigdy przez dłuższy czas nie korzystałem z iPhone’a. Każda kolejna wersja tego smartfona przechodzi przez moje ręce – chociażby na czas zrobienia testu aparatu – ale nigdy nie miałem okazji pobawić się iPhone’em na spokojnie, przez 2–3 tygodnie.

W końcu pojawiła się taka okazja, dzięki uprzejmości sklepu X-kom, który wypożyczył nam telefon na dłużej.

Od dwóch tygodni moim smartfonem jest iPhone X. Im dłużej to urządzenie jest ze mną, tym mniej mi się podoba.

Przez pierwsze godziny, czy nawet dni, iPhone X robił rewelacyjne wrażenie. Pomijając rzeczy oczywiste, które można sprawdzić bawiąc się telefonem w sklepie, oto największe zalety, jakie dostrzegłem podczas używania smartfona na co dzień.

Zaleta numer jeden: aplikacje.

App Store – swoją drogą, wyglądający świetnie po redesignie – ma znacznie mniej „śmieciowych” aplikacji niż Android. Wiecie, tych wszystkich podejrzanych narzędzi, które strach pobierać, bo wiadomo, że zaleją każdy element systemu reklamami. Do tego w App Store znajdziemy bardzo dużo doskonałych gier i aplikacji niedostępnych na Androidzie. Przykładem niech będą gry Blackbox i Alto’s Odyssey oraz świetne aplikacje z kategorii foto i wideo, np. iMovie lub Enlight.

Do tego aplikacje wspólne dla osbu systemów bardzo często działają lepiej na iOS. Szerzej pisał o tym Łukasz Kotkowski w swoim felietonie, z którym zgadzam się w całej rozciągłości.

Zaleta numer dwa: ekosystem (modne słowo).

Od dawna byłem ciekaw, czy ten głośny ekosystem Apple faktycznie jest wart dopłaty. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale niezaprzeczalnie zalet jest mnóstwo. MacBook pozwala na odbieranie rozmów telefonicznych jeśli iPhone jest obok, czy na tworzenie hotspota z sieci iPhone’a bez dotykania smartfona.

Bardzo polubiłem tryb Handoff. Jeżeli korzystałem z aplikacji na iPhonie, w Docku na Macu widzę ikonę tej aplikacji, po kliknięciu której trafiam na ten sam ekran, który miałem na smartfonie. Czasami przydaje się też wspólny schowek łączony między iPhone’em a Makiem. Synchronizacja zdjęć i filmów przez iCloud również jest piekielnie szybka i wyprzedza Zdjęcia Google o kilka długości.

Zaleta numer trzy: mnóstwo rewelacyjnie zaprojektowanych drobnostek.

Mam tu na myśli takie drobiazgi jak skrót do powrotu na górę przy przewijaniu aplikacji, 3D touch na klawiaturze zamieniające ją w touchpada do precyzyjnej zmiany pozycji kursora, znikające powiadomienia w momencie gdy odczytamy je na innym urządzeniu, czy naprawdę świetny tryb TrueTone, który dostosowuje temperaturę barwną wyświetlacza do otoczenia.

Jest tego więcej, jak np. przyjemniejsze wibracje, i… lepsze przewijanie. Serio, wszystkie treści przewijają się wolniej i dłużej niż na Androidzie, tak jakby były „cięższe”. iPhone dużo lepiej radzi sobie również z rozpoznawaniem swojej pozycji w przestrzeni, co przekłada się na naprawdę doskonałe aplikacje AR (sprawdźcie np. IKEA Place), czy na bardzo płynne działanie panoram i zdjęć sferycznych na Facebooku.

Takich niewielkich rzeczy jest mnóstwo. Żadna nie jest szczególnie ważna, ale wszystkie razem świadczą o klasie urządzenia i o stopniu przemyślenia systemu.

Niestety im dłużej korzystam z iPhone’a, tym mocniej tęsknię za Androidem.

Pierwszy zgrzyt: nie mogę zapłacić smartfonem w sklepie. Nawet nie sądziłem, że tak będzie mi brakować tej funkcji. Czuję się jakbym cofnął się w czasie o kilka lat, ale na szczęście Apple Pay ma trafić do Polski już za miesiąc.

Nie polubiłem się tez z klawiaturą iPhone’a, która nie ma startu do Gboarda. Ta pierwsza notorycznie podmienia wpisywane przeze mnie słowa, podczas gdy druga jest bezbłędna. Może wynika to z faktu, że Gboard na Andoridzie zna mnie na wylot i wie, że czasami chcę wpisać słowo, którego z całą pewnością nie ma w słownikach. Gboard co prawda jest dostępny również na iOS, ale jest bardzo kapryśny.

No właśnie: kaprysy. To nie jest tak, że iOS to system idealny. Tam też zdarzają się zablokowane ekrany i crashe aplikacji. Czasami trzeba wymusić zamknięcie poszczególnych aplikacji i uruchomić je od nowa. Miałem notoryczne problemy z Twitterem i IC Mobile Navigator, w którym kupuję bilety kolejowe. Ba! problemy potrafi sprawić nawet Safari…

…choć czasami za nim tęsknię. Niektóre aplikacje – Facebooku, patrzę na ciebie! – nie pozwalają wymusić otwierania linków w przeglądarce. Za każdym razem trzeba wybierać z opcji „otwórz w Safari”. Oczywiście tego nie robię, bo jest to dość żmudne, ale żałuję za każdym razem, kiedy chcę wieczorem dotrzeć do treści, którą widziałem na Facebooku rano. Bo trzeba pamiętać, że brak linków w przeglądarce oznacza brak historii przeglądania.

Nie podobają mi się też powiadomienia, które nie są w żaden sposób grupowane.

Część wad wynika z zamkniętej struktury iOS.

Jedną z takich wad jest mechanizm udostępniania treści. W Androidzie mogę udostępnić wszystko wszędzie – np. plik PDF konkretnej osobie w Messengerze, czy na konkretnym kanale na Slacku. Bez potrzeby włączania danej aplikacji. Na iOS czasami jest to możliwe, a czasami nie.

Z niewiadomych przyczyn Apple broni się też przed wprowadzeniem do iPhone’a możliwości korzystania z dwóch aplikacji na jednym ekranie. Przykładowo, kiedy wieczorem oglądam coś na Youtubie korzystając z Androida, przypinam okienko z filmem na górze ekranu, a w dolnej części przeglądam internet. Na iPhonie można o tym zapomnieć, bo Apple uważa, że do takiego multitaskingu potrzebny jest duży ekran iPada.

Kilkukrotnie brakowało mi też dostępu do poszczególnych plików na iPhonie. Na Androidzie regularnie pobieram dokumenty i wysyłam je później w mailach. Na iOS podobne operacje może się udadzą… a może nie. Zależy od pliku i od aplikacji.

Inne wady to po prostu brak wyobraźni albo niedopatrzenia.

Dlaczego edycja budzika jest tak skomplikowana? Czy mając trzy budziki naprawdę muszę klikać przycisk „Edycja” przed zmianą każdego z nich? I dlaczego budzik nie pokazuje mi, za ile czasu będzie dzwonił?

Dlaczego w dobie proporcji 19,5:9 Apple nadal upiera się na wyrównywaniu siatki aplikacji do góry? Halo, kciuk mam na dole!

Dlaczego w aplikacji telefonu przy wybieraniu numeru nie ma dialera T9? Czy naprawdę zawsze muszę korzystać z listy kontaktów?

Dlaczego niektóre aplikacje mają ustawienia w sekcji ustawień smartfona, a niektóre wewnątrz aplikacji? Gdzie jest ta słynna spójność systemu?

Dlaczego wgrywając dzwonek na iPhone’a (od zawsze na smartfonach moim dzwonkiem jest „Whole Lotta Love” Led Zeppelin) muszę kupić taki dzwonek w iTunes? Przecież kupowałem ten kawałek (jak i całą płytę) już przynajmniej pięć razy, w różnych edycjach. Jasne, można to obejść, ale poradniki twierdzą, że jest do tego potrzebny desktopowy konwerter iTunes i… kabel. Post PC pełną gębą!

Podsumowując, Apple nie stworzył żadnego ideału. Przez zdecydowaną większość czasu robię na iPhonie X to samo, co na Androidzie.

Zestaw funkcji jest ten sam. Rozmawiam z innymi, śledzę media społecznościowe, przeglądam internet, odpowiadam na maile. Różnice w aplikacjach na korzyść iOS oczywiście są, ale raczej nie dotyczą one samych funkcji. Na obu smartfonach robię de facto to samo. I choć na iOS często jest to przyjemniejsze, to równie często czuję irytujące ograniczenia wynikające z zamkniętego systemu.

iPhone X jest naprawdę świetnym telefonem, ale kompletnie nie jest wart swojej ceny. Szczególnie dla osoby, która nie wsiąknęła w stu procentach w ekosystem Apple. Dwa razy tańszy Android (dosłownie – np. OnePlus 6) jest szybszy, mniej ograniczony i w wielu aspektach po prost wygodniejszy. W 2018 roku najlepsze smartfony z Androidem (a jest ich całkiem sporo) nie muszą czuć żadnych kompleksów na tle iPhone’a.

Dołącz do dyskusji