W cyfrowym świecie nie można się do niczego przyzwyczajać. Zwłaszcza do aplikacji i usług

W cyfrowym świecie nie można się do niczego przyzwyczajać. Zwłaszcza do aplikacji i usług

W cyfrowym świecie nie można się do niczego przyzwyczajać. Zwłaszcza do aplikacji i usług

W świecie elektroniki użytkowej i oprogramowania do niej, najbardziej potrafi dać się we znaki ulotność produktów i rozwiązań. Dziś są, jutro ich nie ma.

Przyzwyczajenie jest drugą naturą – to powiedzenie dobrze opisuje naszą tendencję do przywiązywania się do rzeczy. Korzystamy ze sprawdzonych rozwiązań, marek czy produktów. Gdzieś podskórnie wielu z nas boi się nowego. Zauważcie, że prawdopodobnie pod większością tekstów o zmianach wizualnych i funkcjonalnych w popularnych witrynach internetowych znajdziemy głosy, że stare było lepsze. Gdy znamy coś dobrze, mamy komfort użytkowania, nie musimy wytężać umysłu. To wygodne.

Istnieje jednak granica. To moment, gdy przyzwyczajenie zaczyna przegrywać ze zdrowym rozsądkiem. Używamy nadal danego produktu, choć ze wszystkich stron otrzymujemy sygnały, że powinniśmy się z nim pożegnać.

Ostatnio takie poczucie nie opuszcza mnie w przypadku dwóch używanych przeze mnie produktów: Google Now Launchera i Wunderlista.

Google Now Launcher był moim ulubionym. Na swoich smartfonach z Androidem instalowałem dziesiątki launcherów, najczęściej kończyło się na oprogramowaniu od Google’a. Taki wybór może dziwić, bo sporo w nim ograniczeń. Gdyby porównać jego możliwości choćby z Nova Launcherem czy innymi rozbudowanymi aplikacjami, można dojść do wniosku, że ten pierwszy w zasadzie nie oferuje niczego. Po wejściu w jego ustawienia znajdziemy listę, która dotyczy głównie asystenta Google Now. Personalizacja wyglądu ogranicza się do włączenia lub wyłączenia sugerowanych aplikacji w szufladzie i pozwoleniu na obrót. Możemy jeszcze ewentualnie zmienić tapetę i dodać widżety.

Pierwszy lepszy niedopracowany launcher młodego dewelopera oferuje więcej możliwości. Mimo to przygodę z wieloma urządzeniami, z których korzystałem, rozpoczynałem właśnie od pobrania Google Now Launchera. Lubiłem jego prostotę i czytelności, kojarzącą mi się z iOS.

O tym, że GNL żegna się ze światem, wiemy od ponad roku. Teraz zza oceanu przychodzą wieści, że oprogramowanie przestaje być kompatybilne z kolejnymi urządzeniami, głównie najnowszymi. Rzeczywiście, nie mogę go zainstalować choćby na Xperii XZ Compact z Androidem Oreo, ale udało się go pobrać na leciwego już Huaweia P9. Cóż z tego, skoro ostatnie duże zmiany wprowadzono prawie 3 lata temu. Miejsce GNL zajął Pixel Launcher z tą różnicą, że ten pierwszy był dostępny dla różnych urządzeń z Androidem, a drugi powstał z myślą o smartfonach Pixel. Oczywiście można z sieci pobrać plik .APK tego ostatniego i zainstalować launcher na niewspieranym smartfonie, ale – umówmy się – traci to sens przy pierwszej większej aktualizacji, oferującej nowe funkcje czy usuwającej błędy poprzedniej wersji.

Uwielbiam Wunderlista, ale wszystko mi mówi, że z nim również muszę się pożegnać.

Wunderlist po trosze jest dla mnie takim Google Now Launcherem aplikacji to-do. Pod względem możliwości przegrywa z wieloma programami tego typu. Evernote przy nim to prawdziwy kombajn. Ale właśnie za tę prostotę cenię Wunderlista. Zdecydowanie mniej lubię go za wygląd, ten bowiem dawno stał się archaiczny i potrafi zniechęcić do korzystania z aplikacji. Mimo wszystko nadal trwam. Również dlatego, że aplikacja usługi dostępna jest również na macOS.

Problemem Wunderlista jest w istocie coś innego. To fakt, że trzy lata temu firmę 6Wunderkinder, która go stworzyła, kupił Microsoft. Gdy patrzy się dziś z perspektywy czasu na Wunderlista, można powiedzieć, że jego rozwój zakończył się mniej więcej w momencie, gdy projekt przejął gigant z Redmond.

Koncern przez ten czas zdążył stworzyć aplikację o wszystko mówiącej nazwie To-Do. Wunderlist jest już tylko sztucznie podtrzymywanym przy życiu bytem. I choć o tym, że jego dni są policzone, trąbi się od ponad roku, nie ma wątpliwości, że ten dzień rychło nadejdzie, a Microsoft nie okaże litości.

Dwa powyższe przykłady są znamienne, pokazują bowiem, że w cyfrowym świecie nie można zbytnio przyzwyczajać się do ulubionych rozwiązań. Ich użyteczność uzależniona jest od tego, jak długo będą wspierane. Gdy nadejdzie ich koniec, musimy żmudnie poszukiwać zamienników. Często nie jest to łatwe, mimo ogromnego wyboru w App Store i Google Play, a może właśnie z jego powodu. Z drugiej strony, warto powalczyć z przyzwyczajeniami, gdy tylko wyczujemy, że nasza usługa zmierza autostradą ku emeryturze. Uchroni to nas przed frustracją, gdy na gwałt będziemy szukać sensownego zamiennika.

Dołącz do dyskusji

Advertisement