Detroit: Become Human to najlepsza gra na koncie twórców Heavy Rain, ale znowu przesadzono z QTE – recenzja

Recenzja/Gry 24.05.2018
Detroit: Become Human to najlepsza gra na koncie twórców Heavy Rain, ale znowu przesadzono z QTE – recenzja

Detroit: Become Human to najlepsza gra na koncie twórców Heavy Rain, ale znowu przesadzono z QTE – recenzja

Quantic Dream stworzyło grę jeszcze lepszą niż Heavy Rain oraz Beyond: Dwie Dusze. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z dziełem pozbawionym błędów. Detroit: Become Human potyka się w dokładnie tych samych miejscach, co dwa poprzednie hity francuskiego studia dla konsol PlayStation.

Na Spider’s Web mieliście już kilka okazji by odkryć, dlaczego futurystyczne Detroit: Become Human jest świetne i wciągające. Dlatego tym razem zacznę od drugiej strony. Od potknięć, błędów i elementów sprawiających, że przygodówka Quantic Dream wcale nie jest tak dobra, jak mogłaby być. Bo chociaż od Detroit: Become Human naprawdę ciężko się oderwać, to z tyłu głowy cały czas ma się wrażenie, że producenci po raz kolejny zjadają własny ogon. Do tego z wielką determinacją powtarzają błędy, których łatwo uniknąć.

Android odwiedza przybytek rozpusty w którym można wynająć wyłącznie androidy.

Nie mogę przeboleć, że Detroit: Become Human w pewnych obszarach wciąż jest parodią gry wideo.

Krytycy studia Quantic Dream podkreślają, że ci deweloperzy są w stanie zamienić w sekwencję Quick Time Event nawet mycie zębów. W hitach Francuzów gracz co chwila musi wciskać odpowiednie przyciski w odpowiednim czasie. Inaczej dochodzi do zabawnych konsekwencji nieudanych akcji. Komizm tych scen najlepiej widać przy błahych czynnościach takich jak otwieranie drzwi czy podawanie przedmiotów. Główny bohater szamoczący się kilkanaście sekund z klamką jest przeciwieństwem immersji. Gra wideo zamienia się w parodię samej siebie, a sekwencje QTE budzą skojarzenia z filmami Charliego Chaplina.

W Detroit: Become Human dochodzi do prawdziwej inwazji sekwencji Quick Time Event. Do tego z wykorzystaniem panelu dotykowego kontrolera DualShock. Gracz będzie brał udział w tak emocjonujących sekwencjach jak: mycie naczyń, otwieranie drzwi, przeskakiwanie przez krzesło, podawanie dłoni, wyciąganie batonika z plecaka, włączanie odkurzacza, szorowanie posadzki mopem, podnoszenie pudełek po pizzy czy (trzymajcie się mocno) ścielenie łóżka.

Quantic Dream gonna Quantic Dream

Nie chodzi o to, że QTE są złe z natury (chociaż znam wielu graczy o dobrym guście, którzy tak uważają). Gdy takie sekwencje pojawiły się w Resident Evil 4, byłem ich wielkim zwolennikiem. Quick Time Events potrafią przekazać to, na co nie pozwala standardowy wachlarz ruchów w grze wideo. To prosty środek narracyjny, nieco skrótowy, ale skuteczny i efektowny. Nie mam nic przeciwko QTE podczas sekwencji walk (których w Detroit zresztą nie brakuje). Kiedy jednak sekwencje dotyczą KAŻDEJ prozaicznej aktywności, takiej jak szorowanie talerzy, zaczyna być śmiesznie i bardzo nieporadnie. Quantic pokazuje tym samym, że wciąż nie ma pomysłu na potrzebną rewolucję w obszarze rozgrywki. Za czasów Fahrenheita studio było pionierem ciekawych rozwiązań. Dzisiaj stoją w miejscu.

Drugim mankamentem Detroit: Become Human jest karanie gracza za lojalność i wierność ludzkim panom.

W grze poznajemy losy aż trzech grywalnych androidów. W trakcie postępów fabularnych każdy z nich może się zbuntować przeciwko ludzkim architektom. To nie żaden spoiler, a element materiałów reklamowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy gracz NIE CHCE podnosić ręki na swoich białkowych twórców. Gra częściowo daje taką możliwość, ale na zasadzie „wypchaj się i daj mi spokój“. Gdy zdecydowałem się słuchać poleceń tyranicznego właściciela, mój bohater został zniszczony, tak samo jak łapiąca za serducho postać poboczna.

Wierność i pracowitość dla ludzkich panów nie zdała mi się na wiele…

Nie mogę zaprzeczyć, że scenariusz posiada wiele odnóg i wariantów. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że główny korzeń historii jest jeden i nie opłaca się od niego odrywać. To świetne, że już po kilkudziesięciu minutach można stracić jednego z bohaterów, a gra toczy się dalej. Uwielbiam takie smaczki. Problem polega na tym, że te najbardziej skrajne i alternatywne drogi są tak nieciekawe, tak krótkie i tak pospiesznie zamykane, że nie opłaca się nimi podróżować. Lepiej płynąć z głównym nurtem.

W praktyce bunt grywalnych androidów jest nieunikniony. Pytanie „czy?“ przestaje mieć znaczenie, a kluczowe staje się pytanie „jak?“. W Detroit: Become Human bardzo ważny jest dobór narzędzi. Cel wcale nie uświęca środków, a od makiawelistycznego gracza prędzej czy później odwróci się większość postaci pobocznych. Gdy z kolei zrobimy coś naprawdę złego albo zbyt daleko odpłyniemy od głównego nurtu, gra potrafi za to zrugać gracza z poziomu głównego menu. To nie żart.

Podczas sekwencji akcji również nie mamy pełnej swobody poruszania

Mam na co narzekać, ale Detroit: Become Human jest najlepszą grą Quantic Dream od czasu Fahrenheita

Co za niesamowita historia! Co za kapitalnie poprowadzone postacie! Co za ciekawa wizja niedalekiej przyszłości! Każda godzina spędzona przy tym tytule to absolutna przyjemność. Grając w Detroit czułem się rozpieszczany. W przeciwieństwie do Beyond: Dwie Dusze, nigdy nie dochodzi do momentu przesytu. Wielka w tym zasługa aż trzech grywalnych postaci, których rozdziały trwają od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

W Detroit nieustannie trwa narracyjna żonglerka nastrojami, klimatami oraz bohaterami. Dzięki temu przy grze nie da się nudzić. W jednym momencie organizujemy rewolucję androidów, by chwilę później zamienić się w uciekiniera z ludzkim dzieckiem pod opieką, a zaraz potem w syntetycznego detektywa odwiedzającego klub gogo. Walka, pościgi, rozmowy, eksploracja – wszystko zostaje świetnie wymieszane i nigdy nie dochodzi do przesadnej dominacji któregoś składnika.

Connor na tropie zbuntowanego androida

Co ciekawe, najgorzej z trójki grywalnych androidów wypada Kara – model będący personifikacją bohaterów wcześniejszych gier Quantic Dream. Uciekinierka jest w pewnym sensie archetypem francuskiego studia, czerpiącym garściami z Dwóch Dusz. O wiele ciekawiej sprawuje się Connor, czyli absolutna perła w koronie Detroit. To nowoczesny, prototypowy model stworzony z myślą o polowaniu na zbuntowane androidy. Misje z jego udziałem to rasowy prequel Blade Runnera. Uwielbiam tę postać. Pięknie rozpisana i jeszcze lepiej zagrana.

Detroit: Become Human potrafi zachwycić również w warstwie wizualnej. Mimika w tej grze to kompletnie nowy poziom.

Ludzkie twarze to jedne z najtrudniejszych obiektów do odtworzenia. Facjaty mogą być do bólu szczegółowe i realistyczne, ale większości z nich brakuje najważniejszego pierwiastka. Brakuje życia. Widać to zwłaszcza w pustych, pozbawionych duszy oczach, a także przerysowanych i zbyt mocno akcentowanych emocjach. Śmiech, radość czy złość podciąga się do ekstremum, podczas gdy niuanse takie jak przeszywający wzrok, nieobecne spojrzenie lub zdezorientowanie są nie do odtworzenia.

Mimika w Detroit: Become Human to zupełnie nowa jakość

Detroit: Become Human jest jedną z kilku gier, gdzie ludzka paleta emocji została zrozumiana, okiełznana i odtworzona z należytą dbałością o detale. Znam niewiele produkcji, w których od razu wiesz, że postać niezależna chce zabić cię wzrokiem, mimo zachowania chłodnego wyrazu twarzy przy zwierzchniku. Producenci niesamowicie operują oczami, które są żywe, ruchliwe i pełne ludzkiego pierwiastka. Usta w końcu działają jak usta. Praca powiek została odtworzona z takim pietyzmem, jakiego nie widziałem w żadnej grze wideo. Androidy w Detroit: Become Human są bardziej ludzcy niż bohaterowie 90 – 95 proc. gier wideo.

Świetna jest również muzyka, chociaż efektom dźwiękowym brakuje obróbki z najwyższej półki w stylu Destiny, Uncharted albo Battlefielda. Jestem przekonany, że główny motyw dla androida Kary przejdzie do historii jako jeden z popularniejszych kawałków na playlistach muzyki z gier. W obszarze audio-wideo naprawdę ciężko jest się do czegoś przyczepić. Na PS4 Pro sporadycznie nie wczytywały się tekstury wysokiej rozdzielczości po wybudzeniu konsoli z trybu uśpienia, ale zdaje się, że przedpremierowa aktualizacja skutecznie wyeliminowała ten problem.

Momentami otoczenie zapiera dech w piersiach

Detroit: Become Human – obowiązkowy zakup posiadacza PlayStation 4?

Jeśli oczekujesz dynamicznej akcji, nieskrępowanej eksploracji, wymiany ognia ala Modern Warfare oraz sekwencji walk niczym w Matriksie, trafiłeś pod zły adres. Detroit to najciekawsza, najbardziej wielowątkowa i najładniejsza produkcja w portfolio Quantic Dream. Co nie oznacza, że każdy posiadacz PS4 lubi taki typ rozgrywki. To nie Uncharted. To nie God of War. Tytuł wypełnia niszę filmowych gier przygodowych i nie ma tak uniwersalnego formatu jak wymienione gry akcji. Trzeba zdawać sobie z tego sprawę, widząc wszechobecne reklamy przygodówki.

Jeżeli doskonale bawiłeś się przy Life is Strange, masz miłe wspomnienia z Heavy Rain, a na koncie posiadasz kilka gier Telltale, czeka cię wspaniała przygoda. Detroit: Become Human jest wyjątkową opowieścią i bardzo się cieszę, że wziąłem w niej udział. Gra momentami ociera się o solidny dramat, kiedy indziej zahaczając o artystyczne dzieło sztuki. To fantastyczna pozycja dla bardziej wrażliwych graczy, którzy uwielbiają takie filmowe doświadczenia i szukają w interaktywnych programach czegoś więcej. Może jeszcze nie uczłowieczonej sztucznej inteligencji, ale doświadczenia, które zapamięta się na długo.

Kampania Markusa rozkręca się najdłużej, ale jej finał! Majstersztyk!

Największe zalety:

  • Najlepsza gra Quantic Dream od czasu Fahrenheita
  • Aż trzech grywalnych bohaterów dzięki którym nawet na moment nie jest monotonnie.
  • Więcej wyborów niż w jakiejkolwiek poprzedniej grze Francuzów.
  • Zupelnie nowy poziom odwzorowania mimiki. W postacie udało się tchnąć dusze.
  • Rewelacyjna ścieżka dźwiękowa dla androida Kary.
  • Menu schematów pozwala zmienić podjęte decyzje bez ponownego przechodzenia całej gry
  • Connor <3

Największe wady:

  • Inwazja niepotrzebnych sekwencji QTE wynaturzających zabawę.
  • Quantic Dream wciąż nie znalazło nowego sposobu na prowadzenie rozgrywki
  • Dzieki schematom łatwo zerwać przyczynowo-skutkowy łańcuch wydarzeń, a gra nawet o tym nie informuje
  • System karze za wybory wspierające ludzi, nie androidów-bohaterów
  • Schematy są bardzo wygodne i stanowią świetny dodatek, ale sprawiają, że Detroit to gra na jeden raz

Mając PS4 i lubiąc przygodowki trzeba zagrać w Detroit. Może nie na premierę, może nie w pełnej cenie, ale trzeba zagrać.

Dołącz do dyskusji

Advertisement