Coraz trudniej jest być dziennikarzem w dzisiejszej Polsce

Felieton/Media 09.05.2018
Coraz trudniej jest być dziennikarzem w dzisiejszej Polsce

Coraz trudniej jest być dziennikarzem w dzisiejszej Polsce

Nie jestem dziennikarzem, nie czuję się dziennikarzem, nigdy nie aspirowałem do miana dziennikarza i może dlatego trochę łatwiej jest mi patrzeć na to wszystko z boku. 

Grzegorz Braun, mam nadzieję, że publicystycznie, mówił o “niemiecko-rosyjskim kondominium pod żydowskim zarządem powierniczym”. Rynek mediów quasi-politycznych w Polsce każdego dnia zmierza w kierunku takiego kondominium, podzielonego na dwa obozy beneficjentów konkretnych układów politycznych. Być może to pozwoli wam nieco lepiej zrozumieć, dlaczego niektórzy dziennikarze relacjonując wydarzenia ze świata, zachowują się jak kibic FC Barcelony 20 sekund po tym, gdy dowiedział się, że Leo Messi kończy karierę.

Naddziennikarze i spółki Skarbu Państwa

Wydaje mi się, że od kilku lat rynek mediów politycznych psuje fakt, iż wytworzyli nam się naddziennikarze będący jednocześnie wydawcami serwisów. Dawniej redaktor naczelny na ogół pracował dla jakiegoś biznesmena, miał swoją z góry ustaloną pensję i póki zarząd nie zakomunikował mu, że właśnie bankrutują, niespecjalnie przejmował się przychodami. Dziś w wielu politycznych mediach wygląda to jednak inaczej. Dziennikarz jest jednocześnie biznesmenem, a w kwestii jego zarobków tylko sky is the limit.

Kiedy kupuję sobie smartfon albo komputer, wybieram go 3 miesiące. Czytam testy, porównania, bawię się nim w Media Markt, każdą złotówkę starannie oglądam z dwóch stron. Kiedy wybieram smartfon koledze, trwa to do 8 minut. Kto ma w kraju władzę, ten ma spółki Skarbu Państwa, a z kolei SSP mają bardzo dużo pieniędzy do wydania. Zarządzają nimi ludzie z nadania politycznego, którzy przychodzą i odchodzą najdalej po kilku latach. Zarządzanie SSP to takie wybieranie smartfona koledze. Raczej nie robi się tego z nastawieniem „misja życia”. I wydaje się też lekkomyślnie – najlepiej w przychylnych swojemu obozowi politycznemu mediach, a presja idzie z góry. Oczywiście ze swoimi poglądami nie zdziwię nikogo przekonaniem, że 90 proc. SSP już dawno powinno zostać sprywatyzowane.

Popatrzcie, jak ta medialna koniunktura zmienia się po wyborach. Portale zachwalające najsmaczniejsze parówki am, am, am, dorabiają sobie na afiliacjach Ubera. Portale sprzedające dotąd medaliki z Medjugorie, teraz bawią się w high life z jakimiś kampaniami o środowisku. Dla mediów zaangażowanych politycznie korzyści reklamowe ze SSP stanowią istotną część budżetu. A do tego dochodzą jeszcze granty, dotacje, prenumeraty do instytucji państwowych. Jak sobie to przeliczymy, to można się zaangażować emocjonalnie, prawda?

To nie do końca są moje domysły. Ja to wiem. Na Bezprawniku i Spider’s Web mamy działy sprzedaży reklam. Zatrudniamy ludzi, których nawet nie znacie, a ich jedyną pracą jest każdego dnia, po kilka godzin, pisać, dzwonić, przekonywać domy mediowe dlaczego warto się reklamować właśnie u nas. Najczęściej i z największym powodzeniem docierają jednak do podmiotów prywatnych. Co nie znaczy, że SSP się nie reklamują. Ale nawet jeśli nas lubią i cenią, to mają… związane ręce.

Dlaczego się tak dzieje? Pan z marketingu dużej, państwowej firmy w przypływie szczerości wyznał mi kiedyś, że chętnie wszedłby z nami w akcję, ale do dyspozycji na media wedle kompetencji, atrakcyjności i konkurencyjności mają 20 proc. budżetu, bo pozostałe 80 proc. zostało już rozdysponowane politycznie, a jeszcze muszą do końca roku zasponsorować 600 Jezusków w stajence.

Przegraliśmy rywalizację o te 20 proc. i nie mam tego nikomu za złe, bo czasem się wygrywa, czasem się przegrywa – tak już jest w biznesie. Denerwuje mnie to, że 80 proc. było odgórnie zarezerwowane dla klakierów politycznych.

Zmieniają się rządy, zmieniają się partie, stajenki zastępują np. tęcze czy kamienice, ale mechanizm zostaje ten sam. Dlatego też trudno się dziwić, że rynek mediów politycznych jest przesiąknięty aż tak wielkimi emocjami. Im naprawdę robi różnicę kto rządzi, nie tylko w takim kontekście, że trochę strach iść do upolitycznionego sądu.

Strach być dziennikarzem w dzisiejszej Polsce

Straszne rzeczy porobiły się z mediami. W TVP puszczają goebbelsowską propagandę, nawet się z tym specjalnie nie kryją i nie próbują udawać, że tak nie jest. Tłumaczą to słowem: pluralizm. Bo skoro w TVN mówią, że trzecią planetą od Słońca jest Mars, to oni mają święte prawo mówić, że to Wenus.

Inna sprawa, że oni już odnieśli sukces, wmawiając ludziom, że robią to samo co TVN. Nie, nie. To zupełnie inna kategoria wagowa. TVN to może niepozbawione wad, ale jednak dziennikarstwo. TVP to już po prostu public relations.

PR-owcy z TVP żyją w przeświadczeniu, że historia się właśnie skończyła. Że już nigdy nie wylecą z ekranu Jedynki, że nie zostaną skazani na wieczną infamię w TV Łepublika (jak mawia gwiazda stacji). Ale i w obozie im przeciwnym – co martwi – zaczyna pojawiać się niebezpieczne przekonanie, że jesteśmy na wojnie. Że beznadzieja obozu władzy, która jest niezaprzeczalna, usprawiedliwia wstąpienie na ścieżkę wojny, zabawę w spin doctorów Platformy Obywatelskiej i świętą krucjatę przeciwko wszystkiemu, co PiS-owskie.

A Bogdan Rymanowski o tym nie wie i na antenie TVN lubi powiedzieć od czasu do czasu, że trzecią planetą od Słońca jest Ziemia. I bywa dyscyplinowany na Twitterze, że zachciało mu się bawić w dziennikarza. Coraz trudniej jest być dziennikarzem w dzisiejszej Polsce. Z wielu powodów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement