SoulCalibur VI ocieka magią automatu. Ograłem bijatykę i czuję w kościach, że to najlepsza odsłona od lat

Relacja/Gry 18.04.2018
SoulCalibur VI ocieka magią automatu. Ograłem bijatykę i czuję w kościach, że to najlepsza odsłona od lat

SoulCalibur VI ocieka magią automatu. Ograłem bijatykę i czuję w kościach, że to najlepsza odsłona od lat

Miłośnicy wirtualnych bijatyk są rozpieszczani. Dragon Ball FighterZ, Injustice 2 oraz Tekken 7 to piekielnie dobre produkcje. Do listy kapitalnych gier niedługo dołączy SoulCalibur VI. Ten tytuł ma coś, czego poprzednim brakuje – magię automatów, którą być może pamiętacie z salonów gier.

** Zdjęcia nie są zrzutami z gry. Zostały wykonane za pomocą obiektywu wycelowanego we fragment ekranu. Pliki graficzne nie oddają prawdziwej warstwy wizualnej tytułu. **

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam zamiaru narzekać na nowe Injustice czy Mortal Kombat XL. To świetne, rozbudowane, poważne „komputerowe” produkcje. No i tutaj jest pies pogrzebany. SoulCalibur VI ma w sobie gen automatów, którego nie czułem od dłuższego czasu. Nawet Tekken 7 był go pozbawiony. Grając w SC6, ponownie przeniosłem się do lat 90. i salonu z grami. To największy komplement, jaki może uzyskać bijatyka w obszarze klimatu oraz generowanej atmosfery.

Na pokazie prasowym była dostępna zaledwie część wszystkich grywalnych wojowników

SoulCalibur VI pęka od automatowej przaśności, przesady oraz kiczu. To komplement.

Czułem się nieco skrępowany, gdy na prasowym pokazie rozbijałem potężnymi atakami pancerz powabnej Sophitii. Najpierw zniszczyłem jej fryzurę. Potem rozciąłem dekolt. Na koniec pozbawiłem obuwia sięgającego aż do ud. Wszystko przy akompaniamencie wiwatujących gapiów za moimi plecami. Bijatyka posiada silne azjatyckie fundamenty, z charakterystycznymi dla Japończyków ujęciami pod spódniczki. Wojowniczki jak zwykle zostały seksualnie przejaskrawione, kompletnie w poprzek europejskich oraz amerykańskich trendów.

No i dobrze. Azjatycki konserwatyzm będzie dla europejskiego gracza silnie odświeżający. Przaśny. Kiczowaty nawet. Ale właśnie takie były bijatyki lat 90., a Soul Calibur VI silnie nawiązuje do najgłębszych korzeni serii. Pod pewnymi względami szóstka to wręcz remake pierwszej części bijatyki, wyposażona w nowe i kapitalnie pomyślane elementy.

Żeby nie było – męskim wojownikom rownież można zniszczyć pancerz. Powoduje to bardzo ciekawe komplikacje. Dla fana serii to nie lada gratka, zobaczyć posępnego Nightmare’a bez hełmu, za to z zadziwiająco ludzkim obliczem. Grywalnego Geralta z Rivii pewnie też będziemy mogli rozebrać przynajmniej od pasa w górę, ale akurat na jego tors mieliśmy sposobność napatrzeć się naprawdę wielokrotnie. Kto grał w któregokolwiek Wiedźmina, ten doskonale wie, o co chodzi.

Mechanika “niszczenia pancerzy” jak zwykle najlepiej działa na kobiecych modelach 3D

Pod względem mechaniki, SoulCalibur VI zachwyca systemem Reversal Edge. Zapamiętajcie tę nazwę.

Reversal Edge to gra-w-grze, którą aktywujemy, gdy wykonujemy mocniejszy atak po przytrzymaniu jednego z przycisków akcji. Przeciwnik może zostać trafiony ostrzem, bądź je zablokować. Niezależnie od rezultatu ataku, rozpoczyna on filmową sekwencję, podczas której kamera znacznie przybliża się do wojowników, a akcja spowalnia na chwilę, niczym w Matriksie. Teraz rozpoczyna się prawdziwa zabawa.

W stanie Reversal Edge każdy z wojowników może wykonać trzy podstawowe ruchy – szybki atak, potężny atak oraz unik/blok. Każda akcja jest skuteczna przeciwko innej, ale słabsza wobec pozostałej. Szybki atak trafi w cel, nim samemu dostaniemy atakiem potężnym. Jednak to potężny atak rozbija gardę oponenta, nie atak szybki. Mamy do czynienia z typową grą w kamień, papier, nożyce, która została polana bardzo efektownym, filmowym sosem.

Reversal Edge sprawdza się w praktyce. System dobrze wpisuje się w tempo. Nie jest tak powolny i wybijający z rytmu, jak podobne rozwiązanie zastosowane w serii Dragon Ball Z: Tenkaichi Budokai. Skutecznie urozmaica rozgrywkę, a do tego pompuje emocje. Jeżeli bowiem obaj przeciwnicy zdecydują się na ten sam ruch, mamy remis, a Reversal Edge wchodzi na wyższe obroty. I znowu. I jeszcze raz. Świetna mechanika, która przypomina, czym Soul Calibur wyróżnia się od reszty bijatyk – to przede wszystkim walka na broń białą, nie pięści oraz kopniaki. Mniam.

Nightmare bez hełmu i zbroi to rzadki widok

SoulCalibur VI czerpie z dorobku serii, ale gra pozbywa się złych naleciałości zbieranych latami.

Znikają mechanizmy, które sprawiały, że poprzednie gry nie były tak dobre, jak mogły być. Na przykład Reverse Rage, które ordynarnie oszukiwało graczy i manipulowało paskami życia, aby walki były bardziej intensywne oraz wyrównane. Na szczęście podobnych sztuczek nie uświadczyłem na pokazie prasowym. Pod tym względem SC6 naprawdę wraca do czystych, automatowych korzeni sprzed 20 lat. No i to jest kapitalne. Właśnie ta bijatyka cieszyła się największym zainteresowaniem na prasowym pokazie Cenegi, co absolutnie mnie nie dziwi. Aż szkoda było odchodzić od komputera.

Będzie arcade-owo. Będzie azjatycko. Będzie przaśnie. Będzie niezwykle grywalnie. Po kilku godzinach z SoulCalibur VI czuję, że miałem do czynienia z najlepszą odsłoną od lat. Taką, która rozczarowującą piąteczkę zjada na śniadanie, wypluwa, a potem znowu przeżuwa. Nie mam bladego pojęcia, jak ten tytuł zostanie przyjęty przez profesjonalną scenę, ale fan serii o przeciętnych umiejętnościach będzie zachwycony. SoulCalibur powraca w pełnej krasie.

Dołącz do dyskusji