Motywacja nie musi być droga. Opaska Goclever Smart Band Maxfit Premium – recenzja

Recenzja/Sprzęt 10.04.2018
Motywacja nie musi być droga. Opaska Goclever Smart Band Maxfit Premium – recenzja

Motywacja nie musi być droga. Opaska Goclever Smart Band Maxfit Premium – recenzja

Mierzy kroki, tętno, ciśnienie krwi, kalorie, monitoruje sen, wyświetla powiadomienia, jest wodoodporna, działa do 10 dni bez ładowania i kosztuje wyraźnie mniej niż 200 zł. Taka w teorii jest opaska Goclever Smart Band Maxfit Premium. A jaka jest w praktyce?

Ciekawie jest już od samego początku.

Goclever w przypadku tego produktu nie zdecydował się na powszechnie spotykany sposób ładowania. Nie ma tu dodatkowego przewodu – zamiast tego zdejmujemy jedną z części opaski i połączamy się bezpośrednio do ładowarki lub gniazda USB w komputerze.

Żadne kable nie są potrzebne. Wystarczy port USB, żeby naładować opaskę.

Proste, wygodne i świetne – jeśli wyjeżdżamy gdzieś na dłużej (Maxfit Premium teoretycznie wytrzymuje 10 dni bez ładowania – u mnie było to raczej około 7), nie musimy zabierać ze sobą dodatkowych kabli. Co najciekawsze, pomimo takiego systemu ładowania opaska zachowuje klasę wodoodporności IP67. Nie nurkowałem wprawdzie z Maxfit Premium, ale kąpiele czy intensywne aktywności przeżyła bez najmniejszych problemów.

Pozostaje tylko pytanie, czy regularne odpinanie paska nie wpłynie na solidność łączenia. Po kilku tygodniach użytkowania niewiele jednak na to wskazuje.

Drobne rozczarowanie przychodzi w momencie, kiedy naładujemy opaskę i chcemy ją założyć.

Nie, nie chodzi tu o materiał, z jakiego wykonano pasek. Guma może i nie jest najwyższych lotów, ale nie jest przesadnie sztywna, nie przeszkadza przy dłuższym noszeniu i szkoda tylko, że otwory wentylacyjne nie są odrobinę większe.

Nie chodzi też o samą konstrukcję opaski, które wykonana jest poprawnie, choć można było sobie darować te pseudo aluminiowe wstawki i popracować nad osłoną ekranu, która niestety rysuje się dość szybko. Nie to jest problemem.

Klips trzyma się bardzo solidnie, ale szkoda, że brakuje szpili ułatwiającej zapięcie opaski na ręce.

Problemem jest… brak szpili w sprzączce. Teoretycznie to niewielki brak, ale przy moich raczej chudych rękach utrzymanie całości tak, żeby dało się ją wygodnie i względnie ciasno zapiąć, nie należało do najłatwiejszych zadań.

Na szczęście kiedy już założymy opaskę na rękę, trzyma się na niej pewnie, stabilnie i nie przesuwa zbyt mocno nawet przy intensywnych aktywnościach.

Do tego jest… po prostu wygodna.

I to nawet w porównaniu z moim – leciwym, ale i tak dużo droższym w momencie premiery – Vivosmart HR. Maxfit Premium jest stosunkowo cienki i wąski, ale pojedynczą diodę do pomiaru tętna (i dodatkowych parametrów) umieszczono na płasko, przez co nie uwiera i nie zostawia odcisków.

Ekran nie jest dotykowy. Całą obsługą zajmuje się pojedynczy przycisk pojemnościowy pod wyświetlaczem.

Jeśli dodać do tego niewielką masę urządzenia, otrzymujemy opaskę niemal dokładnie taką, jaką być powinna – prawie niezauważalną podczas wielodniowego noszenia bez zdejmowania.

Problemów nie sprawi bez wątpienia obsługa.

Do nawigacji po menu opaski wystarczy nam jeden pojemnościowy klawisz ulokowany pod całkiem sporym, kolorowym wyświetlaczem. Jedno kliknięcie wybudza urządzenie (jeśli nie aktywujemy automatycznego wybudzania przy podnoszeniu ręki), a kolejne przełączają nas pomiędzy następnymi ekranami.

Wskazania dotyczące kalorii są odrobinę zbyt wysokie w porównaniu do innych sprzętów.

Jedyne, co możemy zmienić, to wygląd zegara – trzeba w tym celu przytrzymać dłużej jedyny przycisk na obudowie.

I, jeśli chodzi o obsługę opaski z poziomu opaski, to tyle. Nie ma tu żadnych ustawień, żadnych pod-menu i podobnych. Klikamy i widzimy godzinę, klikamy znowu i widzimy liczbę pokonanych kroków, a potem spalone kalorie, pokonany dystans, czas snu, dane zdrowotne (tętno, etc.), powiadomienia, aktywujemy wyszukiwanie telefonu lub możemy wyłączyć opaskę.

Całą resztę ustawiamy i sprawdzamy już z poziomu telefonu i aplikacji. Tam też możemy zmienić m.in. to, które informacje pojawiają się kolejno na karuzeli.

Do wyboru mamy dwa style ekranu głównego – zegar cyfrowy lub analogowy. Ten drugi jest umiarkowanie czytelny.

Trochę tylko szkoda, że zabrakło dwóch rzeczy. Po pierwsze nie można zmienić orientacji treści wyświetlanych na ekranie, co znacznie podniosłoby ich czytelność. Nie jest wprawdzie źle, ale standardowo ikona danych (np. animowane ślady kroków) są kilkukrotnie większe od tego, co nas interesuje, czyli ich dokładniej liczby.

Za pomocą opaski możemy oczywiście odszukać nasz telefon – zaczyna on dzwonić i wibrować.

Odrobinę brakuje też czytelności w słońcu. Jeśli znajdziemy się w mocnym świetle, będziemy musieli albo trochę obrócić opaskę, albo przesłonić ją ręką, żeby sprawdzić dokładnie, co jest na niej wyświetlane.

Wszystkie szczegółowe ustawienia i historię aktywności znajdziemy w aplikacji dla smartfonów.

Niestety nie jestem w stanie napisać, że jestem jej przesadnym fanem.

Zaczyna się wprawdzie dobrze, bo aplikacja nie wymaga od nas rejestracji (duży plus) i integruje się z systemowymi rozwiązaniami do gromadzenia danych zdrowotnych (np. Apple Health), a do tego jest prosta w obsłudze, przejrzysta i lekka. Pierwsze parowanie i późniejsze synchronizacje również – co zaskakujące w tej klasie cenowej – przebiegają błyskawicznie i całkowicie bezproblemowo.

Wielki ekran, a i tak nie wszystko się na nim mieści. Na szczęście poza tym jest prosto i czytelnie.

Daje nam też dostęp nie tylko do bieżących danych, do opcji manualnego wywołania pomiarów, ale też do danych historycznych. Możemy np. sprawdzić, jakie średnie tętno mieliśmy kilka dni temu, jakie było nasze ciśnienie krwi w zeszłym miesiącu, czy jakie jest nasze obecne wysycenie krwi tlenem albo ile oddechów wykonujemy w ciągu minuty.

Do każdego z tych parametrów mamy odpowiedni komentarz, opis i normy, w których powinniśmy się znajdować. Super.

Z poziomu aplikacji możemy też ustawić częstotliwość powiadomień o konieczności napicia się wody i o ruchu. Co ważne, dla każdego z tych parametrów możemy ustawić godziny aktywności, czyli np. o 24 nie zostaniemy obudzeni przypomnieniem o przejściu się na spacer.

Na tym niestety zalety się kończą. Aplikacja FitCluod jest pod wieloma względami przygotowana po prostu bardzo, bardzo niedbale (podobnie jak instrukcja, która została przetłumaczona tylko cześciowo…).

Statystyki dotyczące snu – na tyle, na ile mogę to zweryfikować – są zaskakująco precyzyjne.

Nawet ekran główny, na smartfonie o przekątnej 5,8″ i wysokiej rozdzielczości, nie jest w stanie pomieścić w komfortowy sposób wszystkich elementów. A tych są całe dwa – koło kroków (cel możemy zmienić według naszego uznania) i wykres (dzienny, tygodniowy, miesięczny) tychże kroków. Problem w tym, że ktoś postanowił to koło zrobić olbrzymie, przez co wykres spychany jest na dół. Bez sensu.

Dalej też nie jest pod tym względem dużo lepiej. Na wykresach nie możemy sprawdzić godzin danych pomiarów (oś X opisana jest godzinami tylko na początku i końcu), wyliczane jest mało interesujące tętno średnie, a nie spoczynkowe, opisy (w języku angielskim) przygotowane są byle jak i nikt nawet nie zadbał o to, żeby po przecinkach czy kropkach były spacje.

Tak, można z poziomu aplikacji zarejestrować trening z GPS. Ale… bez pomiaru tętna.

FitCloud oferuje przy tym opcję śledzenia aktywności (wykorzystuje GPS telefonu), ale… nie wykorzystuje przy tym do pomiarów tętna podłączonej opaski. Czyli równie dobrze można uruchomić Endomondo czy podobny program i to w nim monitorować nasze biegi czy jazdy na rowerze.

Muszę się przyznać, że o wiele lepszym wyborem wydało mi się korzystanie z systemowej na iOS aplikacji Health, gdzie dane pobierane z FitClouda prezentowane są o wiele przystępniej i atrakcyjniej.

Możemy ustawić, żeby opaska przypominała nam o ruchu i… o piciu.

Tylko pytanie – na ile te dane są wiarygodne.

Zacznijmy od kroków – czy są dokładnie zliczane?

Ogólnie rzecz biorąc – tak. Przy jednoczesnym noszeniu opaski Goclever i Garmina, a także Goclevera i zegarka Garmina, wyniki pod koniec dnia przeważnie były tożsame. I to zarówno w dni, kiedy niewiele się ruszałem, jak i wtedy, kiedy chodziłem sporo, a dodatkowo zdecydowałem się przez chwilę pobiegać.

Różnica, nawet przy ponad 20 tys. kroków, wynosiła zaledwie kilka procent. I też nie wiadomo, który ze sprzętów był bliżej prawdy. Ogólny poziom aktywności Maxfit Premium oddaje właściwie.

Niedroga opaska miała problem tylko z jednym typem aktywności – jazdą na rowerze. Po godzinnej porannej przejażdżce na liczniku miałem już ponad 4 tys. kroków, których na pewno nie wykonałem. Co zresztą potwierdził Garmin, wyświetlając ich zaledwie 750.

Jeśli jednak ktoś przymknie okno na problemy rowerowe (masa innych opasek też ma z tym problem), to Maxfit Premium spokojnie da radę z określaniem poziomu naszej dziennej aktywności ruchowej.

Przynajmniej jeśli chodzi o liczbę kroków, bo z dystansem miałem już spory problem. Najwyraźniej moja długość kroku jest niższa niż standardowo przyjęta, w związku z czym przebyty w ciągu dnia dystans potrafił być o kilka kilometrów (!) dłuższy, niż ten zmierzony na sprzętach Garmina. Szkoda, że nie da się ręcznie ustawić w aplikacji długości kroku, co zdecydowanie poprawiłoby jakość wyników.

Trudniejsze zadanie – pomiar tętna.

W tej kwestii już w instrukcji producent uprzedza, że pomiar powinien być dokonywany w bezruchu, co jasno określa, że ten sprzęt np. przy treningu interwałowym nie zda się na wiele.

Pomiary „statyczne” wypadają bardzo dobrze. Te w ruchu – kiepsko.

I niestety muszę to potwierdzić. Opaska założona na czas biegania nie nadaje się do pomiaru naszego chwilowego tętna. Po części dlatego, że pomiar w trybie ciągłym realizowany jest co 5 minut (nie ma specjalnego trybu aktywności, gdzie pomiar dokonywany byłby częściej). A po części dlatego, że przy intensywniejszym ruchu pomiary są zupełnie bezwartościowe.

Przykład świeży, bo z wczoraj – spokojny, 45-minutowy bieg, tętno średnie według HRM-Run w okolicach 140, ale momentami zauważalnie wyższe. Maxfit Premium dokonał więc około 7 pomiarów w trakcie aktywności i żaden nie był wyższy niż 115 BPM.

Opaska zapisuje w aplikacji dane na temat tętna w 5-minutowych interwałach.

Sytuacja zdecydowanie poprawia się jednak w trakcie marszu. Tutaj już Goclever ze swoimi 5-minutowymi interwałami pomiarowymi i przy ograniczonym machaniu łapami jest w stanie wygenerować o wiele bardziej wiarygodny wykres.

Przy pomiarach stacjonarnych wyniki są natomiast niemal tożsame z tym, co serwują dużo droższe urządzenia. Jaki jest sens takich pomiarów? Chociażby wyznaczenie tętna spoczynkowego.

Co ciekawe, pomimo dość regularnych pomiarów i zaniżania tętna w trakcie intensywniejszych aktywności, aplikacja FitCloud przyznaje nam całkiem sporo spalonych kalorii. Jeśli np. w odniesieniu do nich będziemy układać naszą dietę czy planować przekąski, radziłbym te wyniki traktować z pewnym dystansem.

Pomiar snu.

Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń, tym bardziej, że wyniki z Goclevera są zaskakująco podobne do tych, które generuje Garmin. Maxfit Premium zdaje się jedynie odrobinę częściej uznawać, że jesteśmy obudzeni (Garmin traktuje to wciąż jako lekki sen). Natomiast fazy głębokiego snu pokrywają się niemal 1:1.

Niestety trudno jest zweryfikować te dane (poza godziną zaśnięcia i obudzenia). Do tej pory też nie wpadłem na to, do czego te dane mogłyby mi się przydać. Poza ewentualną obserwacją trendu.

Pomiar ciśnienia krwi, wysycenia krwi tlenem i liczby oddechów.

Tak, opaska Goclevera jest w stanie dostarczyć nawet takie dane. Nie można ich oczywiście traktować jak pomiarów z odpowiednich urządzeń medycznych, ale zawsze jest to jakiś kolejny trend do monitorowania.

Każdy z parametrów jest opisany i podane są standardowe przedziały. Niestety niektóre opisy są niechlujne.

Dla każdej z tych statystyk otrzymujemy oczywiście dość szczegółowy wykres i opis tego, w jakich przedziałach powinniśmy się mieścić.

Poziomu wysycenia krwi tlenem niestety nie miałem jak sprawdzić. Pomiar prostym ciśnieniomierzem dawał jednak wyniki zbliżone do tego, co wyświetlał Maxfit Premium. Wciąż jednak nie traktowałbym tego jako diagnozy, z którą mógłbym się udać do lekarza.

Co ciekawe, monitorowanie liczby oddechów na minutę (nie wiedzieć czemu wyniki podawane są w jednostce bpm) zdaje się działać naprawdę dobrze, informując o zmęczeniu wtedy, kiedy faktycznie jestem zmęczony np. treningiem.

Z drugiej strony, przeważnie sam z siebie wiem, kiedy jestem zmęczony.

Goclever Smart Band Maxfit Premium – warto czy nie?

Jeśli szukacie czegoś do zliczania np. treningów biegowych – raczej nie. Chociażby z tego powodu, że monitorowanie tętna w takcie takiego wysiłku nie zda się nam na wiele.

Domyślnie założona jest czarna opaska. W zestawie znajdziemy jednak drugą – niebieską.

Jeśli natomiast szukacie czegoś do monitorowania ogólnej całodziennej aktywności (z kilkoma dodatkowymi parametrami), co dodatkowo będzie pełnić rolę zegarka i powiadamiacza, w tej cenie jest to całkiem przyzwoita propozycja. Goclever Smart Band Maxfit Premium jest wygodny w codziennym użytkowaniu, wodoodporny, świetnie rozwiązano kwestię ładowania, a nasze dane (w większości zbierane bardzo skutecznie), możemy bez problemu zsychronizować z systemowymi aplikacjami zdrowotnymi.

Tym bardziej, że cena nie przeraża. Więc jeśli 180 zł może nas zmotywować do aktywności, to po co na start wydawać np. 1500 zł.

Zalety:

  • Ma wszystko, co powinna mieć podstawowa opaska (i jeszcze trochę)
  • Niska cena
  • Solidne wykonanie
  • Ładowanie bezpośrednio z USB
  • Sensowny pomiar kroków
  • Skuteczny pomiar tętna stacjonarnie
  • Synchronizacja z systemowymi aplikacjami zdrowotnymi
  • Akumulator na około tydzień użytkowania
  • Wygodna konstrukcja do wielodniowego noszenia
  • Łatwa obsługa
  • Możliwość własnej konfiguracji powiadomień i przypomnień
  • Dobra i sprawna współpraca opaski z aplikacją
  • Dwa paski w zestawie

Wady:

  • Kiepski dynamiczny pomiar tętna
  • Brak możliwości ustawienia własnej długości kroku
  • Aplikacja (przynajmniej w wydaniu dla iOS) powinna być zdecydowanie lepsza
  • Instrukcję też wypadałoby do końca przetłumaczyć

Nie jestem natomiast w stanie stwierdzić, czy pomiar parametrów takich jak nasycenie krwi tlenem i ciśnienia krwi doliczyć do listy zalet. Owszem, wygląda to dobrze na ulotce i opakowaniu, ale są to dane, z którymi – o ile nie pochodzą z profesjonalnych sprzętów medycznych – nie bardzo wiadomo co zrobić. Jeśli jednak ktoś uważa, że takie orientacyjne wyniki mu wystarczą – może je dopisać do i tak całkiem pokaźnej listy plusów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement