Jeśli taka będzie pełna gra, to czapki z głów dla polskiego studia. Horror The Beast Inside – pierwsze wrażenia

Recenzja/Gry 21.03.2018
Jeśli taka będzie pełna gra, to czapki z głów dla polskiego studia. Horror The Beast Inside – pierwsze wrażenia

Jeśli taka będzie pełna gra, to czapki z głów dla polskiego studia. Horror The Beast Inside – pierwsze wrażenia

Przyznaję się – podskoczyłem w fotelu. Nie raz, nie dwa, ale trzykrotnie. Wystraszyć tak weterana survival horroru, który zjadł zęby na pierwszych Silent Hillach, to nie lada osiągnięcie. The Beast Inside nie jest kolejną generyczną produkcją grozy, jakich masa. Szykuje się nam produkt na światowym poziomie. Bez cienia przesady.

Wydawniczo-inwestorsko-produkcyjny konglomerat PlayWay macza palce przy kolejnym polskim projekcie. The Beast Inside wyróżnia się na tle innych gier z portfolio tej firmy, takich jak Car Mechanic Simulator czy Operator Numeru Alarmowego. Horror słupskiego studia Illusion Ray posiada własnego dystrybutora, a także został pozytywnie zweryfikowany na Kickstarterze, zyskując 50 000 tys dol dodatkowego finansowania.

Chociaż gra pojawi się dopiero w 2019 roku, już teraz przetestowałem grywalne demo.

The Beast Inside rozpoczyna się do bólu sztampowo. Młoda, zakochana po uszy para przeprowadza się do wielkiego amerykańskiego domu z białej deski. Oczywiście budynek został zbudowany na niemal kompletnym odludziu. Model posiadłości pamiętającej czasy Wojny Domowej wygląda fatalnie. Pierścień drzew doczytuje się na moich oczach, pomimo odpalenia gry na topowym sprzęcie Razera. Produkcja wydaje się drętwa, sterylna i grubo ciosana. Do momentu, aż nie trafiam na strych posiadłości.

To właśnie zaraz pod więźbą dachową gra ma swój prawdziwy początek. Główny bohater znajduje coś niecodziennego pod jedną ze skrzypiących desek. Pudełko jest zamknięte na wymyślny zamek, który równie dobrze mógłby się pojawić w serii gier Syberia. Producenci rzucili mi w twarz bardzo ciekawą zagadką logiczną w starym stylu, która wymagała przełączania się między ekranami. Doskonałe wyzwanie, które już na wstępnie filtruje bardziej dociekliwych graczy od całej reszty.

Wizyta na strychu to pierwszy raz, kiedy mogłem podziwiać prawdziwy kunszt architektów lokacji. The Beast Inside ugina się w tamtym pomieszczeniu od detali oraz ozdobników. Przez okno pięknie wpada światło zachodzącego słońca, zwiastującego długą i zapewne niezwykle makabryczną noc. Wściubiając nos w każdy ciemny zakamarek znalazłem kilka niepokojących przedmiotów, co by wymienić siekierę zamkniętą w starym kufrze.

Wróciłem jednak do zagadki. Korzystając ze specjalnego klucza, rozszyfrowałem hasło do zamka. Świetnie się przy tym bawiłem, dowolnie obracając trójwymiarowym obiektem przy pomocy myszki. W końcu usłyszałem trzask zapadek wskakujących na swoje miejsce. W pudełku znajdował się zakurzony dziennik, napisany około 100 lat temu przez wcześniejszego mieszkańca domu.

W tym momencie The Beast Inside staje na głowie, przenosząc gracza w czasie do 1864 roku.

Wylądowałem w tym samym miejscu, lecz zupełnie innym czasie. Ciemna noc, potężny wicher, dudnienie w szyby i brak elektryczności – posiadłość z 1864 roku wyglądała od środka zupełnie inaczej. Niemal nie do poznania. Zamiast kartonów i zakrytych mebli wszędzie znajdowały się drobne elementy, o które łatwo się potknąć. Każdy z nich interaktywny, możliwy do przesunięcia, podniesienia lub rzucenia za pomocą myszy komputerowej.

Nawet ciężkie obiekty, takie jak fotele czy stoły, można swobodnie przesuwać (oczywiście powoli i z wysiłkiem). Niezwykle ciekawy mechanizm, który w tak swobodnej formie spotykam po raz pierwszy. Twórcy mogą go bardzo sprytnie wykorzystać, na przykład zachęcając gracza do barykadowania drzwi i okien. Aż mi się przypomniała kultowa scena z Resident Evil 4, w której trzeba było bronić domu przed hordą zombie, pomagając sobie właśnie meblami.

Retrospektywna sekwencja w The Beast Inside znacząco różni się od przygód zakochanej pary z prologu. Od samego początku robi się niepokojąco. Bez elektryczności jesteśmy zdani na świece oraz lampę oliwną. Wszędzie panuje ciemność, a wszechobecny wiatr non stop płata figle. Aż do czasu, gdy stojąc przy jednym z okien poczułem, że ktoś mnie obserwuje… Zaraz przy studni, na zewnętrz domu, humanoidalny kształt wlepiał swoje ślepia dokładnie we mnie. Gęsia skórka pojawiła się na moim karku.

The Beast Inside jest rewelacyjnie wyreżyserowany. Sceny grozy są naprawdę pierwszej próby.

Mam za sobą dziesiątki, jak nie setki horrorów. Potrafię wyczuć, gdy producentom kończą się pomysły na straszenie. Entuzjaści z Illusion Ray mają ich cały worek. Metody wprowadzania w stan przedzawałowy nie są rewolucyjne, ale Polacy uprawiają solidne rzemiosło. To nie poziom wyjątkowego P.T, lecz pomiędzy The Beast Inside oraz generycznymi horrorami znajduje się gruba linia. Polacy od razu grają w wyższej lidzie.

Nie będę ukrywał, że zdarzało mi się podskoczyć. W Illusion Ray mają świetne wyczucie czasu oraz potrafią grać w odpowiednim tempie. Napięcie kapitalnie narasta, chociaż pod koniec miałem poczucie lekkiego przesytu. Na szczęście atmosfera została nieco obniżona kolejną zagadką. Tym razem było to otwieranie zamku wytrychem. Cóż za świetny mechanizm! Z chęcią przywitałbym takie rozwiązanie w Skyrim, Kingdom Come albo jakiekolwiek innej grze cRPG. Świetnie to sobie wymyślili.

Po nieco ponad godzinie intensywnej przygody grywalna wersja zostawia mnie z głodem dalszej historii. The Beast Inside to jedna z tych gier, którym wersja demonstracyjna naprawdę pomaga. Gdyby nie ona, do teraz miałbym tytuł za przeciętniaka robionego niskim kosztem przez niedoświadczonych producentów. Przygoda w wielkim domu diametralnie zmieniła moje podejście. Nie mogę się doczekać pełnej wersji i nie wyobrażam sobie, aby ten tytuł ominął stacjonarne konsole.

Boję się tylko jednego. Mam nadzieję, że cały zapał twórców nie poszedł w przygotowanie dema.

Wersja demonstracyjna jest kluczowym elementem marketingowym The Beast Inside. To nią kuszono podczas kampanii na Kickstarterze. Pokazowa porcja kodu rozgrywa się w wielkim domu, wykorzystując większość jego pomieszczeń. Nie wyobrażam sobie, aby akcja gry trzymała mnie w tym miejscu przez kolejne dwie albo trzy godziny. Horror musi przenieść gracza na otwartą przestrzeń. Wypuścić go w pobliski las, na cmentarz albo na bagna. W ten sposób tytuł pozostanie świeży oraz interesujący. Tylko nie wsadzajcie mnie do amerykańskiej kopalni. To takie sztampowe.

Boję się, że twórcom nie starczy środków albo czasu, aby stworzyć kilka razy tyle zawartości co dotychczas, na tym samym lub wyższym poziomie. Co prawda gra jest zapowiedziana dopiero na 2019 rok, lecz Illusion Ray nie jest przesadnie wielkim studiem. Jeżeli ta sama szczegółowość oraz dbałość o detale ma zostać zachowana, producentów czeka masa, masa pracy. Potencjał jest gigantyczny i liczę, że nie zostanie zmarnowany zbyt skromnym finansowaniem albo złą organizacją.

Jeżeli również jesteście amatorami horroru, koniecznie zapamiętajcie ten tytuł. The Beast Inside to jedna z najprzyjemniejszych (i najstraszniejszych) niespodzianek ostatnich miesięcy. Chociaż to pierwsza gra Polaków z Illusion Ray, specjaliści pracujący dotychczas przy animacjach 3D wykazują niesamowitą smykałkę do wirtualnych światów. Liczę, że o tym studio będziemy w przyszłości pisać często i zawsze w podobnych superlatywach.

PS Przepraszam za grafikę tytułową. Nie mogłem się powstrzymać.

Dołącz do dyskusji

Advertisement