Obowiązkowy element arsenału pracującego fotografa. Miesiąc z obiektywem Sigma A 24-70 mm f/2.8

Recenzja/Foto 23.03.2018
Obowiązkowy element arsenału pracującego fotografa. Miesiąc z obiektywem Sigma A 24-70 mm f/2.8

Obowiązkowy element arsenału pracującego fotografa. Miesiąc z obiektywem Sigma A 24-70 mm f/2.8

Obiektyw o zakresie ogniskowych 24-70 mm i świetle f/2.8 znajduje się w torbach większości pracujących fotografów, szczególnie tych zajmujących się reportażem. A mi właśnie wpadł w ręce jeden z najnowszych modeli tej kategorii – Sigma A 24-70 f/2.8. Okazał się tak dobry, że… postanowiłem go kupić.

Od dłuższego czasu rozglądałem się za solidnym, uniwersalnym zoomem. Dotychczas fotografowałem wyłącznie obiektywami stałoogniskowymi, ale podczas ostatniej fali wyjazdów powiedziałem „dość”. Stałki są super, jak ma się czas i miejsce na ich zmianę, lub dwa korpusy z dwoma obiektywami o różnych ogniskowych na bagnecie. W czasie konferencji, eventów i innych wyjazdów branżowych niestety ograniczają pole manewru. W jak najbardziej negatywnym tego słowa znaczeniu.

Zacząłem się więc rozglądać za obiektywem 24-70 mm f/2.8, obowiązkowo wyposażonym w stabilizację obrazu (wideo, rozumiecie). Wiedziałem od razu, że systemowy Nikkor nie wchodzi w grę. Nie dość, że kosztuje blisko 10 tys. zł., to jeszcze widziałem, jak taki Nikkor wygląda po kilkunastu miesiącach intensywnego użytkowania – nie jest to zbyt piękny widok i na pewno nie prezentuje on jakości wykonania, jaką powinno się cechować szkło za 10 tys. zł.

Długo oglądałem starszego Tamrona 24-70 mm f/2.8, którym przez długi czas fotografował mój redakcyjny kolega, Marcin Połowianiuk. To dość kusząca propozycja, ale plasująca się cenowo relatywnie niewiele poniżej nowej wersji G2. Finalnie więc padło na wybór między dwoma modelami – nowym Tamronem 24-70 mm f/2.8 Di VC USD G2, a bohaterem tego materiału, Sigmą A 24-70 mm f/2.8 DG OS HSM.

Z obiektywów Tamrona korzystam od dawna i prawdę mówiąc, po marnych doświadczeniach ze stałką 45 mm f/1.8 nabrałem do marki nieco dystansu. Została więc Sigma. Poprosiłem zatem polski oddział producenta o udostępnienie obiektywu na testy i po miesiącu naprawdę trudno było się z nim rozstać. Nie tylko mnie, ale także mojej fotografującej profesjonalnie żonie.

I powiem to już teraz – nie szukam dalej. Sigma 24-70 mm f/2.8 z serii ART spełniła wszystkie nasze oczekiwania i po wykonaniu testu postanowiliśmy ją po prostu kupić.

W tym miejscu chciałem uprzedzić, że nie jest to laboratoryjny test oglądający każdy piksel ze wszystkich stron. To opis użytkowania obiektywu w prawdziwym świecie, w zastosowaniach sięgających od fotografii noworodkowej poprzez reportaż aż po fotografię produktową i krajobrazową. Wszystkie zdjęcia zrobione w teście zostały wykonane Sigmą A 24-70 mm f/2.8 podłączoną do Nikona D750 i poddane obróbce w Lightroomie, bez użycia korekty profilu.

Sigma A 24-70 mm f/2.8 to mistrz uniwersalności.

Zasadniczo szkła o tym zakresie ogniskowych są wołami roboczymi, bo można na nich „ukręcić” praktycznie wszystko. Na szerokim kącie spiszą się świetnie w fotografii krajobrazu. Pośrodku zakresu znajdą zastosowanie w niemal każdym rodzaju fotografii. Na końcu zakresu doskonale sprawdzą się zaś przy portretach czy fotografii produktu w tych sytuacjach, gdy pożądane jest zachowanie właściwych proporcji.

Nie bez powodu 24-70 mm to ulubiony zakres ogniskowych fotografów ślubnych i eventowych. Jednym, względnie jasnym szkłem mogą sfotografować praktycznie wszystko bez konieczności zmiany obiektywu.

Sam też szukałem właśnie tej uniwersalności. Sigma A 24-70 mm f/2.8 zaoferowała mi ją z nawiązką, oferując doskonałą jakość w praktycznie każdym zastosowaniu.

Obraz w centrum kadru jest ostry niezależnie od ogniskowej. Dopiero przy 70 mm robi się „miękko” na brzegach kadru, ale nie w sposób, na który zwrócimy uwagę w czasie pracy.

Wbrew niektórym testom laboratoryjnym mój egzemplarz Sigmy nie okazywał też jakiegoś przesadnego winietowania poza najszerszą ogniskową. Przy 24 mm każdy obiektyw winietuje. Natomiast od 35 mm wzwyż ta winieta w Sigmie była praktycznie niedostrzegalna, nawet gdy fotografowałem z przysłoną f/2.8. Przy f/4.0 nawet na najszerszym kącie winietowanie niemalże zniknęło.

Dla porównania – na początku tego roku przez kilka tygodni fotografowałem Canonem 5D mk IV z systemowym obiektywem 24-70 mm f/2.8 L. Tam winietowanie było dotkliwe nawet przy 70 mm, a – co gorsza – nie w każdej sytuacji można było je zniwelować korektą profilu w Lightroomie bez dziwnych artefaktów. W Sigmie takiego problemu nie miałem. Przy 24 mm w Sigmie pojawia się za to lekka “beczka”, czyli dystorsja, lecz nie jest ona w żaden sposób dotkliwa i znika po kliknięciu korekty profilu w Lightroomie. Ponownie – pod tym względem Sigma również wypadła znacznie lepiej od Canona, gdzie dystorsja na szerokim kącie była znacznie bardziej zauważalna.

Czymś, na co szczególnie jestem wyczulony, jest aberracja chromatyczna. Niestety, posiadane przeze mnie obecnie obiektywy mają z nią spory problem, co przekłada się na mnóstwo straconego czasu przy obróbce zdjęć, aby ową aberrację usunąć. Fotografuję głównie elektronikę, a tam – zwłaszcza przy ekranach smartfonów i aluminiowych obudowach – aberracja to koszmar. Zielone i fioletowe obwódki nie wyglądają estetycznie i bardzo rzucają się w oczy.

I tym Sigma mnie wygrała. Kupiłbym ją choćby dla tej jednej cechy – aberracja chromatyczna po prostu w niej nie występuje.

Miałem jednak wiele innych powodów, by chcieć ten obiektyw.

Autofocus? Szybki i bezbłędny, nawet w kiepskich warunkach oświetleniowych. Co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie (jak na niesystemowe szkło) to fakt, iż obiektyw nie wymagał kalibracji. Idealnie współpracował zarówno z Nikonem D750 jak i D610, nie okazując najmniejszych oznak back- czy front-focusu.

Jakość wykonania? Bez porównania lepsza od systemowego Nikkora i bardzo porównywalna z canonowską „elką”. Jakość optyczna – kapitalna w prawdziwym użytkowaniu.

Podkreślam to „prawdziwe użytkowanie”, gdyż przeglądając testy laboratoryjne przed podjęciem decyzji zakupowej zauważyłem, że w syntetycznych testach ten obiektyw nie wypadł najlepiej. Większość z nich była jednak przeprowadzona na obiektywie z bagnetem Canona. Możliwe też, że to kwestia konkretnego egzemplarza. Testerzy zwracają uwagę szczególnie na dystorsję, utratę rozdzielczości w brzegach kadru i „rozwarstwione” krążki bokehu – w codziennym użytkowaniu żaden z tych problemów nie rzucił mi się w oczy.

Zadowalająca okazała się też minimalna odległość ostrzenia. Ta według specyfikacji wynosi 37 cm, co nie brzmi imponująco, lecz w praktyce okazała się dość dobra, żeby łapać kadry z bliskiej odległości bez trudu. Choć oczywiście – nie jest to macro.

W codziennym użytkowaniu Sigma spisywała się wzorowo. Co nie znaczy, że obyło się bez wad.

Sigma A 24-70 mm f/2.8 nie jest jednak obiektywem idealnym. Chociaż zarówno mi, jak i mojej żonie nie dały się we znaki żadne z wad wyszczególnianych w syntetycznych testach, zwróciliśmy uwagę na dwie inne kwestie, które dla niektórych mogą okazać się przeszkodą w decyzji zakupowej.

Pierwsza z nich to praca pod światło. Mówiąc wprost – jest źle. Bardzo źle. Jak możecie zobaczyć na przykładowych zdjęciach, już od f/16 Sigma robi piękną „gwiazdkę” ze słońca, ale za to emituje też znacznie mniej piękną flarę.

Nie ma chyba obiektywu, który w czasie pracy pod słońce nie produkował choć minimalnej flary, ale ta w Sigmie jest wyraźna, uciążliwa i trudna do usunięcia w postprodukcji. Celując Sigmą w słońce pierwszy raz zrobiłem zdjęcia, których jakość optyczna nie była moim zdaniem zadowalająca.

Drugi problem to bardzo niewydolna stabilizacja obrazu. Z natury mam dość rozedrgane dłonie, więc dla mnie stabilizacja w obiektywie do podstawa. Sigma niestety radziła sobie tutaj mocno przeciętnie i nawet na najszerszym kącie nie mogłem sobie pozwolić na zejście z czasem naświetlania poniżej 1/50s bez obawy o utratę ostrości.

Jeszcze gorzej jest w wideo, gdzie stabilizacja jest nie tylko niezbyt wydajna, ale też szarpie przy ruchach zarówno w pionie, jak i w poziomie. A to skutkuje ujęciami, które naprawdę trudno później wykorzystać przy montażu. Dopóki się nie poruszamy, obiektyw całkiem znośnie stabilizuje kadr. Wystarczy jednak dodać nawet krótki panning „z ręki” i już wkrada się niepożądane szarpnięcie.

Skoro mowa o wideo, to Sigma nie jest do niego idealna jeszcze pod innym względem – pierścień ostrości nie należy do najpłynniejszych i jest po prostu za mały. W czasie manualnego ostrzenia trudno nim operować, a płynne przejścia ostrości wymagają wielu prób.

No i nie ukrywajmy – choć Sigma jest mniejsza od swoich systemowych odpowiedników, to nadal wielki, dość ciężki obiektyw. Przy masie 905 g, średnicy filtra 82 mm i długości wynoszącej blisko 11 cm (przy złożonym tubusie) tego obiektywu nie da się nie czuć w torbie i w dłoniach. Z drugiej strony… 19 elementów optycznych w 14 grupach musi swoje ważyć. Wewnątrz solidnej konstrukcji skrywa się naprawdę sporo szkła.

Mam też kilka obaw.

Wszyscy chwalą obiektywy Sigmy z serii ART. Są tańsze od systemowych szkieł, są lepiej wykonane od systemowych szkieł i generalnie mają o wiele lepszą specyfikację oraz jakość optyczną od systemowych szkieł. Dlatego tak wiele osób się na nie decyduje.

Znam jednak wielu pracujących fotografów, których początkowy zachwyt Sigmą Art szybko przeszedł w rozczarowanie, gdy po roku/dwóch okazywało się, że obiektyw przestaje należycie ostrzyć i zaczyna wymagać regularnych wizyt w serwisie.

Sigma A 24-70 mm f/2.8

To chyba jednak urok szkieł niesystemowych, bo z posiadanymi przeze mnie Tamronami zaczęło dziać się dokładnie to samo. Początkowy zachwyt jakością optyki i stosunkiem ceny do jakości ustąpił frustracji spowodowanej fatalnym ostrzeniem, koniecznością częstej kalibracji i innymi przygodami, których tu nie opiszę, aby nie przekraczać przyswajalnej dla internetu długości artykułu.

Przez ten miesiąc, w czasie którego Sigma 24-70 mm f/2.8 była bardzo intensywnie wykorzystywana, nie miałem jednak powodów do narzekań. I mam nadzieję, że ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze na długo po zakupie.

A skoro o zakupie Sigmy A 24-70 mm f/2.8 mowa…

To nie jest tanie szkło. Poprzednia generacja, zarówno Sigmy, jak i Tamrona, kosztowała około 4000 zł. Tymczasem za nową Sigmę A 24-70 mm f/2.8, podobnie jak za Tamrona G2, przyjdzie nam zapłacić blisko 5500 zł.

Nadal jest to połowa ceny nikonowskiego 24-70 mm f/2.8 VR, ale już niebezpiecznie blisko wersji bez stabilizacji oraz canonowskiej „elki”, które kosztują około 7500 zł.

Prawdę powiedziawszy, uważam jednak, że Sigma Art jest od nich lepszym obiektywem, a 2000 zł to nadal spora oszczędność.

Czy poleciłbym ten obiektyw dla fotografa-hobbysty? Nie. Dla kogoś, kto fotografuje okazjonalnie, najlepszym wyborem w mojej opinii zawsze będą uniwersalne spacer-zoomy i tanie stałki f/1.8. Chyba że pieniędzy mu nie zbywa, to kto bogatemu zabroni.

Czy poleciłbym ten obiektyw profesjonaliście? Zdecydowanie tak. Pracującemu fotografowi wydatek 5500 zł szybciutko się zwróci, szczególnie gdy uwzględnić w równaniu odliczenie VAT-u i wrzucenie zakupu w koszt prowadzenia działalności. Obiektyw kosztuje mniej od systemowych szkieł, oferując lepszą od nich jakość wykonania i jakość optyki. Pracuje bezproblemowo (przynajmniej jako nowy) i daje sobie radę w niemal każdych warunkach, w jakich przyjdzie pracować obiektywowi o tym zakresie ogniskowych.

W realnym użytku i różnych zastosowaniach, w jakich używałem tego szkła, Sigma A 24-70 mm f/2.8 spisała się wzorowo.

Zdjęcia: Aga Skorna Fotografia

Dołącz do dyskusji

Advertisement