Zostawiłem telefon w domu i wyszedłem pobiegać z muzyką. SanDisk Clip Sport Plus – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Sprzęt 14.03.2018
Zostawiłem telefon w domu i wyszedłem pobiegać z muzyką. SanDisk Clip Sport Plus – recenzja Spider’s Web

Zostawiłem telefon w domu i wyszedłem pobiegać z muzyką. SanDisk Clip Sport Plus – recenzja Spider’s Web

Rozmiar ma znaczenie. Szczególnie w sytuacji, kiedy do słuchania muzyki podczas biegania, zamiast wielkiego telefonu, możemy zabrać ze sobą miniaturowe pudełeczko.

Tak, na pewno mamy 2018 r. I tak, to jest recenzja… odtwarzacza MP3. Ale nie takiego całkiem zwykłego.

Co to właściwie jest?

SanDisk Clip Sport Plus to – uwaga, uwaga – odtwarzacz MP3. Niemal dokładnie taki, jaki mogą znać niektórzy z niezbyt odległej przeszłości, kiedy o Spotify, Deezerze czy Apple Music jeszcze nikt nie słyszał. Taki, na którym utwory nie pojawiają się magicznie po wybraniu ich z ogromnej biblioteki – musimy je ręcznie przekopiować do pamięci urządzenia, łącząc je wcześniej kablem microUSB z komputerem.

I wreszcie taki, który trzeba ze sobą przeważnie nosić oprócz telefonu, a nie zamiast niego. Aplikacje? Gry? Zapomnijcie.

Dlaczego więc zamówiłem Clip Sport Plusa na testy?

Bo miałem już dość biegania z dużym telefonem. Bo nawet jeśli w trakcie biegania mi nie przeszkadzał, to wymuszał zakładanie dodatkowej obudowy i dodatkowej opaski. Bo irytowało mnie, że cały czas byłem na smyczy i miałem wewnętrzną potrzebę odebrania każdego połączenia przychodzącego.

Miałem wprawdzie pod ręką stare odtwarzacze, ale że nienawidzę biegać w kablowych słuchawkach, leżały w szufladach i zbierały kurz.

SanDisk Clip Sport Plus właśnie z tego powodu zwrócił na siebie moją uwagę – do korzystania z niego nie są niezbędne żadne kable (poza tym do ładowania i synchronizacji). Wbudowany moduł Bluetooth pozwala na bezprzewodowe połączenie ze słuchawkami, a co za tym idzie – pełną swobodę.

Do tego jest… po prostu niedrogi. Testową wersję, wyposażoną w pamięć 16 GB (bez możliwości rozszerzenia) można kupić już za około 230-240 zł. Sporo, biorąc pod uwagę fakt, że każdy ma darmowy odtwarzacz w telefonie. Niewiele, biorąc pod uwagę wygodę, jaka płynie z zostawienia telefonu w domu – chociażby na te kilkadziesiąt minut.

Pierwsze wrażenia bez zaskoczeń. Prawie.

Clip Sport Plus – jak może zresztą sugerować jego cena – nie powala przy pierwszym kontakcie. Spasowanie wszystkich elementów jest wprawdzie jak najbardziej poprawne i solidne, ale wykorzystane materiały nie należą raczej do tych z wyższej półki. Ot, po prostu trochę błyszczącego plastiku tutaj, trochę przezroczystego plastiku tam, dopełnionego plastikiem matowym i gumowanym wykończeniem ramki. Szkoda, że guma na krawędziach ma raczej wzorek, niż wyraźne wyżłobienia – w rezultacie jest ona niewielką pomocą, jeśli chodzi o pewny chwyt tego kompaktowego sprzętu.

To, co natomiast cieszy, to fakt, że choć Sport Plus upadł mi juz kilka razy na twarde podłoże (raczej testowo niż z niezdarności), to nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Przynajmniej nie na tyle, żeby cokolwiek odpadło od obudowy. Nie mam jednak wątpliwości, że na plastikowej osłonce ekranu z czasem pojawią się szpecące rysy – już teraz, po kilku tygodniach użytkowania jest ich od groma.

Ależ to jest małe! I grube.

Sport Plus jest po prostu malutki. Jest też nieprzyzwoicie wręcz lekki (niecałe 40 g – co trochę tłumaczy wykonanie obudowy z takiego a nie innego tworzywa). Przyczepiamy go klipsem gdziekolwiek (trzyma się świetnie) i całkowicie o nim zapominamy, nie tracąc dostępu do muzyki. Rewelacyjne uczucie.

Jedyny problem mam z grubością tego odtwarzacza. O ile bowiem jeśli przyczepiamy go do spodni czy bluzy, nie ma problemu, o tyle z wkładaniem go do kieszeni obcisłych spodni do biegania nie jest już tak dobrze. Warto też pamiętać o tym, żeby zablokować urządzenie przed wrzuceniem go do ciasnych kieszeni – inaczej może zacząć żyć własnym życiem.

Owszem, nie przeszkadza tak bardzo, zmieści się prawie wszędzie, ale trudno będzie zapomnieć o tym, że go mamy. Zauważalnie odstający od obudowy klips, a także grubość samego urządzenia robią swoje. Szkoda, że np. klipsa nie da się tymczasowo zdemontować.

A jak się z tego korzysta?

Pomimo wyposażenia Sport Plusa w wyświetlacz o przekątnej 1,44″ (128×128 pikseli), cała obsługa – na szczęście – realizowana jest z wykorzystaniem fizycznych przycisków.

Sześć z nich – zatwierdzenie, powrót, play/pauzę, następny i poprzedni utwór, a także menu umieszczono z przodu. Z wyjątkiem stosunkowo niewielkiego Powrotu, pozostałe są sporych rozmiarów, łatwo w nie trafić, a wyraźne wyniesienie centralnego przycisku ułatwia namierzenie pozostałych bez patrzenia.

Pozostałe dwa przyciski – od regulacji głośności – umieszczono na lewej krawędzi. I niestety do nich mam zastrzeżenia – w moim egzemplarzu przycisk zwiększania głośności działał bardzo opornie i trzeba było go wciskać pod nietypowym kątem. Rozwiązaniem było po prostu ustawienie głośności na maksimum (co niestety za każdym razem wymaga zaakceptowania ostrzeżenia o przekroczeniu zalecanego poziomu głośności) i jej późniejsza regulacja z poziomu słuchawek.

Na obudowie, pod gumowymi zaślepkami (na bardzo cienkich zaczepach – nie dam głowy, ile wytrzymają), ukryto jeszcze dwa złącza. Ładowania oraz… słuchawkowe. To drugie przyda się, jeśli będziemy chcieli skorzystać ze swoich słuchawek przewodowych lub tych, które producent dołącza do zestawu. Kiedy i po co? Na przykład wtedy, kiedy nasze słuchawki bezprzewodowe nagle się rozładują.

Ja znalazłem dla wyjścia audio jeszcze inne zastosowanie – podłączyłem je kablem do złącza AUX w samochodzie (niestety pozbawionym Bluetooth z A2DP).

Jak się na to zgrywa muzykę?

W dobrym, starym stylu – podłączając odtwarzacz do komputera i w eksploratorze kopiując treści do odpowiednich folderów.

To tyle. Po odłączeniu od komputera Sport Plus przez kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund odświeża bibliotekę i nic więcej nie trzeba juz robić.

Jak wygląda system?

Dość archaicznie, szczególnie w połączeniu z małym wyświetlaczem o niewielkiej rozdzielczości, ale za to obsługuje się go bezproblemowo – konieczna jest tylko chwila przyzwyczajenia, bo nie wszystko zorganizowane jest w pełni logicznie. Całość działa też sprawnie i szybko (uruchomienie zajmuje kilka sekund), choć na piękne animacje i wodotryski nie ma co liczyć.

Do nawigacji po systemie służą nam głównie cztery przyciski – poprzedni, następny, powrót oraz zatwierdzenie. To za ich pomocą poruszamy się po menu głównym zorganizowanym w postaci karuzeli, gdzie domyślnie ulokowano skróty do następujących aplikacji:

  • Muzyka
  • Radio (radio FM – wymaga podłączenia słuchawek)
  • Książki
  • Folder
  • Bluetooth
  • Sport
  • Ustawienia

Listą tą można przy tym zarządzać, usuwając rzadko używane pozycje lub dodając je znów, jeśli za nimi zatęsknimy.

Co istotne, możemy uruchomić jedną aplikację, po czym wrócić do menu głównego bez jej faktycznego zamykania czy pauzowania.

To, co martwi, to niedopracowanie niektórych elementów systemu od strony użytkowej i wizualnej. I choć są to drobiazgi, to zdecydowanie drażnią.

Polskie znaki? Są, ale w formie zdecydowanie niepięknej. Niektóre pozycje z menu, które nie mieszczą się na ekranie, nie przewijają się, pozostając do końca świata ciekawostką. W ustawieniach wejście w podmenu i wciśnięcie przycisku Powrót nie powoduje przejścia do menu głównego ustawień, a do ekranu głównego urządzenia. Korektor dźwięku jest w ustawieniach głównych, w ustawieniach aplikacji Muzyka, ale nie ma go za to w Opcjach muzyki. Przy zatwierdzaniu przekroczenia zdrowego poziomu głośności pozycje do wyboru nie są przetłumaczone na język polski.

A Sport? Folder? Książki?

To pierwsze to po prostu ładnie opisany timer i minutnik, jeśli ktoś np. chce mierzyć okrążenia na bieżni. To drugie to prosta przeglądarka plików (np. jeśli chcemy odtwarzać muzykę z folderów), natomiast Książki to prosty odtwarzacz audiobooków i podcastów.

I przez “prosty” trzeba tu rozumieć “naprawdę prosty”. Nie ma tu żadnych udogodnień np. w postaci zakładek czy zmiany prędkości odtwarzania. Można wznowić w poprzednio odtwarzanym momencie lub rozpocząć od nowa – to tyle. Z wznawianiem od wybranego fragmentu jest jeszcze jeden problem – jeśli zaczniemy słuchać drugiego audiobooka, postęp w poprzednim zostanie zapomniany.

Dobrze jednak, że w ten sposób udało się rozdzielić pliki audio z muzyką, od tych z książkami.

A z muzyką jak jest?

O wiele lepiej, choć raczej standardowo. Możemy sortować naszą bibliotekę według wykonawców, albumów, utworów, list odtwarzania albo zdać się na algorytm losujący je dowolnie.

Pomimo niewielkiego ekranu SanDiskowi udało się też podczas odtwarzania wyświetlić wszystkie niezbędne szczegóły – informacje o wykonawcy i utworze, tryby odtwarzania oraz czy podpięte są słuchawki bezprzewodowe. Wszystko w jednym miejscu. Choć też nie narzekałbym, gdyby okładki albumów dało się wyłączyć i wygospodarować więcej miejsca na np. tytuły.

Z drugiej strony, podczas biegania ani razu nie sięgałem do odtwarzacza, żeby zerkać na jego ekran. Bo i po co? Tym bardziej, że ze względu na umiarkowanie wysoki poziom maksymalnej jasności nawet niezbyt intensywne światło czyni go umiarkowanie czytelnym.

Ale odtwarzacz jest od grania, nie od wyświetlania.

A jak to gra?

Jeśli chodzi o słuchawki dołączane do zestawu, to możecie traktować je głównie jako słuchawki awaryjne. Są głośne i dają satysfakcjonujący bas, ale poza tym nie wyróżniają się niczym specjalnym.

Sam odtwarzacz – co powinno cieszyć wszystkich planujących wykorzystywać go sportowo – gra (przez słuchawki) przede wszystkim głośno. Po raz pierwszy od dawna maksymalny poziom głośności podczas treningu był dla mnie zbyt wysoki i musiałem go nieco zmniejszyć.

Sposób odtwarzania muzyki przez Sport Plusa też jest podobny. Jest mocno, ostro, wyraźnie. W dobywającym się z niego dźwięku nie ma przesadnie wielu subtelności ani głębi – co nie znaczy, że dźwięk jest głuchy i przytłumiony. Wręcz przeciwnie – jest nawet trochę przeostrzony i bezpośredni. Do biegania – w sam raz. Na co dzień – trzeba pobawić się trochę korektorem, żeby uzyskać satysfakcjonujące brzmienie.

A warto popróbować, bo poza formatem MP3, odtwarzacz poradzi sobie też z WMA, AAC, WAV i FLAC. Nie liczmy jednak na żadne doznania audiofilskie (chyba że ktoś rozumie przez to po prostu cieszenie się muzyką). To odtwarzacz stworzony dla osób takich jak ja – szukających małego, lekkiego i prostego urządzenia do odtwarzania muzyki przez Bluetooth. I ja jestem w 100 proc. usatysfakcjonowany.

Żadnych zastrzeżeń nie mam też do łatwości łączenia odtwarzacza ze słuchawkami i stabilnością samego połączenia. Przypinałem Sport Plusa na czas biegania w różnych miejscach i ani razu nie przerywał, ani nie trzeba było ponownie łączyć obu sprzętów.

A akumulator?

Według producenta wystarczy na 20 godzin odtwarzania. Tyle tylko, że to dane dla odtwarzania przewodowego. W przypadku odtwarzania bezprzewodowego ten wynik jest prawie trzykrotnie niższy i wynosi 7 godzin. W rzeczywistości nawet mniej, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby Sport Plus nie wytrwał kilku godzinnych biegów pod rząd, bez dodatkowych ładowań.

Coś jeszcze?

Tak. Wodoodporność. Nie jest to wprawdzie urządzenie, z którym można pływać, (IPX5), ale treningi podczas lekkiego deszczu czy śniegu Sport Plus przetrwał bez najmniejszych problemów.

Choć też po każdym takim przypadku starałem się go dokładnie wytrzeć szmatką do sucha. Ot, na wszelki wypadek.

Warto czy nie?

Gdyby Sport Plus był zwykłym odtwarzaczem MP3, nawet bym się nim nie zainteresował, a cenę na poziomie 240 zł uznałbym za absurdalną. Niewielkie rozmiary i wbudowany Bluetooth zmieniają jednak wszystko – przynajmniej jeśli szukamy sprzętu do treningów.

Małe rozmiary, solidny montaż na klips, brak konieczności noszenia opaski na telefon w trakcie biegania, wolność od kabli, solidna jakość muzyki, wysoka głośność, prosta synchronizacja danych (bez żadnych dodatkowych aplikacji) i dobry czas pracy na jednym ładowaniu zdecydowanie przemawiają za tym, żeby – jeśli macie potrzeby podobne do moich – jak najbardziej zainteresować się tym produktem. Tym bardziej, że konkurencja w tym segmencie jest raczej ograniczona.

Natomiast jeśli szukacie czegoś, co zapewni wam doskonałą jakość dźwięku na kablu, to po co dopłacać do Bluetootha?

Ja szukałem czegoś, co będzie małe, lekkie, bezprzewodowe, będzie grało głośno, mocno i bez problemów. I Clip Sport Plus taki jest.

Zalety:

  • Niewielkie rozmiary i niska masa
  • Bluetooth!
  • Wygodne przyciski do obsługi
  • 16 GB powinno wystarczyć nawet na muzykę na maraton
  • Solidny klips
  • Dobra jakość dźwięku
  • Odporność na zachlapania (wytrzyma też lekki deszcz)
  • Niezbyt wygórowana cena za takie urządzenie
  • Dedykowana aplikacja do audiobooków
  • Awaryjne słuchawki w zestawie
  • Radio FM (jak ktoś nie ma empetrójek)
  • Rozsądna cena

Wady:

  • Mocno plastikowe wykonanie
  • Niezbyt dobrej jakości ekran
  • Wpadki w archaicznie wyglądającym menu
  • Mocno ograniczona funkcjonalnie aplikacja do audiobooków
  • Plastikowa osłona ekranu chyba nawet prosto z fabryki wychodzi już porysowana
  • Irytujące potwierdzenie chęci przekroczenia zalecanych norm głośności
  • Kiepska widoczność w mocniejszym słońcu

Dołącz do dyskusji

Advertisement