Tesla może mieć duży problem. Dinozaury, z których do tej pory się śmiała, w końcu się obudziły

Felieton/Motoryzacja 14.03.2018
Tesla może mieć duży problem. Dinozaury, z których do tej pory się śmiała, w końcu się obudziły

Tesla może mieć duży problem. Dinozaury, z których do tej pory się śmiała, w końcu się obudziły

Niektórzy twierdzą, że gdyby nie Tesla, samochody elektryczne jako popularny środek transportu byłyby dla nas wciąż nieco nierealną wizją przyszłości. Wiedzielibyśmy, że jakieś może istnieją, jakieś może da się kupić, ale poza tym nic, a już na pewno nie marzylibyśmy o tym, żeby któryś z nich nabyć.

Może to prawda. A może elektryki i tak w końcu wjechałyby tłumnie na ulice, biorąc pod uwagę coraz ostrzejsze i trudniejsze do spełnienia normy emisji zanieczyszczeń. Jedno jest jednak pewne:

Tesli rośnie gigantyczna konkurencja.

Do niedawna ta niemal nie istniała. Samochody Tesli były atrakcyjne, szybkie, przeładowane gadżetami i po prostu cool. Te pojedyncze auta elektryczne innych firm, nie miały ani jednej z tych cech. Do tego były, no właśnie, pojedyncze.

Elektryczny SUV? Tesla. Elektryczna limuzyna? Tesla. Elektryczne auto w sensownej cenie, które nie wygląda jak napuchnięte mydło? Tesla. A giganci branży motoryzacyjnej budzili się – przynajmniej pozornie – w większości powoli. Tu pokazali jakiś model koncepcyjny, tam plany elektryfikacji, gdzie indziej z dumą ogłosili włączenie hybryd do oferty.

Przechadzając się pomiędzy stoiskami na Geneva Motor Show 2018 było jednak widać gigantyczną zmianę.

Tak, jak jeszcze kilka lat temu trudno było znaleźć stoisko, na którym prezentowany był (najlepiej w wersji produkcyjnej) choć jeden zelektryfikowany samochód, tak w tym roku niełatwo było znaleźć stoiska bez takich pojazdów. I niektóre już są w sprzedaży, a część trafi do niej niedługo.

Hybrydy, w różnych wydaniach, ale przeważnie typu plug in, widoczne były niemal wszędzie.

Mercedes? Niemcy uhybrydyzowali nawet diesla, byleby tylko jeszcze odrobinę przedłużyć jego żywot. Audi? A6 oferowane jest wyłącznie jako hybryda. Nowa Honda CR-V? Tak, dostępna w wersji hybrydowej. Nowa Toyota Auris? Do wyboru z dwoma silnikami hybrydowymi. Skoda? Vision X to na razie model studyjny, ale oczywiście z opcją hybrydową. Nowe Volvo V60? Też w hybrydzie. Sportowy Polestar 1? Oczywiście hybrydowy. Lexus UX? Śmieszne pytanie. Ba, nawet Bentleya postanowiono podłączyć do gniazdka i Bentayagę można od teraz kupić z benzynową V6, współpracującą z silnikiem elektrycznym.

Hybrydowe odmiany w nowych samochodach stały się tak oczywiste, że aż nudne. Nawet pomimo tego, że w obecnej chwili – gdy infrastruktura jeszcze kuleje – jest to najlepszy i najrozsądniejszy pomost pomiędzy silnikami w pełni spalinowymi, a w pełni elektrycznymi.

Nawet jeśli jednak nie traktować hybryd jako konkurentów Tesli, to Elon Musk ma o czym myśleć.

Tani, sensowny i dostępny bez śmiesznych kolejek z nieznanym terminem realizacji samochód elektryczny z dobrym zasięgiem? Proszę bardzo – Nissan Leaf.

Jest też odświeżone i3 z bardziej pojemnymi akumulatorami i Honda Urban EV – to drugie auto trafi do sprzedaży w Europie w przyszłym roku.

Mały SUV, czyli coś, co na całym świecie sprzedaje się jak szalone? W wersji elektrycznej do tej pory nikt tego nie miał, nawet Tesla. Ma to natomiast… Hyundai. I jeśli Koreańczycy nie przestrzelą z ceną, Kona Electric może się ponieść po całym świecie. Tym bardziej, że to już drugi sensowny elektryk w gamie tego producenta.

Elektryczne kombi? Coś, czego Tesla nie zrobiła, planuje zrealizować Porsche. Do tego – być może – w wersji lekko uterenowionej.

Elektryczny średni SUV? Jaguar zaprezentował finalną wersję I-Pace i od razu wprowadził ją do sprzedaży. A za nim w kolejce czai się elektryczny odpowiednik GLC od Mercedesa i Audi E-Tron w różnych wersjach nadwoziowych od Audi.

Nawet samochody supersportowe, takie jak Rimac C_2, napędzane są elektrycznością.

To, że modele studyjne w zdecydowanej większości planuje się jako napędzane prądem, nie jest natomiast żadnym zaskoczeniem. IMx od Nissana, I.D. Vizzion od Volkswagena, EZ-GO od Renault, Hyundai Le Fil Rouge (przynajmniej sądząc po wnętrzu), Concept-i i pochodne od Toyoty, a także cała masa innych projektów – większość z nich zatankujemy nie na stacji, ale przy domowym gniazdku.

Do świadomości publiki starają się przebić też samochody elektryczne, ale te zasilane z ogniw paliwowych, a nie z akumulatorów. Toyota do Genewy ponownie przywiozła Mirai, natomiast Hyundai zaprezentował wykorzystującego wodór futurystycznego SUV-a Nexo.

Show piękne, auta cudowne, a potem pójdziemy i kupimy auta z silnikiem spalinowym.

Na razie bowiem jesteśmy dopiero na wczesnym etapie pobudki gigantów motoryzacyjnych. Może zaskoczył ich sukces Tesli, a może po prostu uznali, że – biorąc pod uwagę okoliczności – wcale nie muszą się spieszyć.

Nie zmienia to jednak faktu, że przystąpili do ofensywy. A że doświadczenie mają większe, podobnie jak zasoby finansowe i ludzkie – mogą po prostu więcej. Ba, być może mogą nawet lepiej. Albo taniej.

W tym wszystkim są jednak dwa haczyki. Po pierwsze, o ile powoli oferta rynkowa samochodów elektrycznych od producentów innych niż Tesla staje się coraz bogatsza, o tyle nadal nikt nie ma oferty aż tak rozbudowanej. Tak, brzmi to śmieszne, ale jak na razie nikt nie pokrywa elektrykami – poza Teslą – więcej niż dwóch segmentów. Nie możemy wejść do Hyundaia i poprosić o elektryczne auto miejskie. Nie możemy wejść do Jaguara i poprosić o elektrycznego XJ (przynajmniej na razie). Nie możemy wejść do Porsche i poprosić o elektryczne Cayenne.

A jeśli już gdzieś trafimy na dokładnie taki model, jakiego potrzebujemy, będziemy musieli przełknąć fakt, że za naszą elektryczną fantazję będziemy musieli słono dopłacić.

Dobrze więc, że producenci próbują i nie skazują nas na Teslę albo alternatywę w postaci zbyt drogich aut o zasięgu 120 km. Ale jeszcze zbyt wcześnie, żeby na dobre przejść na elektryki. Zdecydowanie zbyt wcześnie.

Dołącz do dyskusji

Advertisement