Nie oglądam telewizji od pięciu lat. Niczego nie żałuję

Felieton/Media 01.03.2018
Nie oglądam telewizji od pięciu lat. Niczego nie żałuję

Nie oglądam telewizji od pięciu lat. Niczego nie żałuję

W tym roku mija pięć lat, odkąd w moim mieszkaniu nie ma telewizora. Odkąd nie oglądam telewizji. I choć telewizji w dużej mierze zawdzięczam to, kim dziś jestem, odstawienie jej było jedną z lepszych decyzji mojego życia.

Absolutnie nie przesadzam mówiąc o tym, jak wiele zawdzięczam telewizji. Większość moich „zajawek”, które przetrwały okres dojrzewania i poszły ze mną w dorosłość, zrodziło się właśnie z tego małego, kwadratowego pudełka ze świecącym ekranem.

Wiele osób pewnie pamięta taki twór, jak Hyper TV. To była jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza w Polsce telewizja o grach. Powstała w czasach, kiedy pomysł YouTube’a jeszcze nikomu nie zrodził się w głowie, internet był rarytasem dla zamożnych, a mimika Maxa Payne’a była przyklejoną na zlepek tekstur fotografią Sama Lake’a (pisarza Remedy).

„Telewizja” to nawet zbyt duże słowo. Hyper TV był blokiem tematycznym nadawanym wieczorem, po zakończeniu emisji kanału dla dzieci. Od 21:00 do 1:00 można było tam poznać najnowsze wieści ze świata gier, obejrzeć profesjonalnie przygotowane recenzje, programy publicystyczne o grach, czy po prostu kapitalnie zmontowane filmiki z gier (to były czasy, kiedy pod materiały prasowe można było podkładać inną muzykę, niż ta pochodząca z danej produkcji).

Ekipie Hyper TV, szczególnie Tadkowi Zielińskiemu, Miłoszowi Brzezińskiemu i Tomkowi Kreczmarowi będę wdzięczny pewnie do końca życia za to, jak bardzo wkręciłem się w gry, nowe technologie i wiele innych, pochodnych grom tematów. Moim skromnym zdaniem do dziś nie powstał drugi równie angażujący program recenzencki jak kultowe Review Territory, żaden z let’s playerów nie mówi o grach tak, jak mówił program Fresh Air. Chłopaki z Gry Online robią co prawda kapitalną robotę i chwała im za to, ale Hyper w pierwszych latach swojego istnienia miał jakąś taką… surowość. Niespotykane w telewizji połączenie profesjonalizmu i autentycznej pasji.

Jak łatwo się domyślić – byłem kupiony. Całymi dniami wyczekiwałem tych czterech godzin. Hyper TV zawdzięczam zresztą nie tylko afekt do gier, ale też irracjonalną fascynację anime, a nawet… gust muzyczny.

Każdy blok Hypera otwierał odcinek anime. Tam po raz pierwszy zobaczyłem Fullmetal Alchemist, Cowboy Bebop, Great Teacher Onizuka i dziesiątki innych serii, które do dziś z przyjemnością sobie od czasu do czasu odświeżam, bo nic a nic się nie zestarzały. Montażystom filmików, szczególnie serii Hyper Classic, zawdzięczam z kolei odkrycie solidnej muzyki. Mój Boże, usłyszeć po raz pierwszy Make me Bad Korna, podłożone pod klip z DOA 3, albo Sweet Noise towarzyszące szturmowi plaży Omaha w klipie do Medal of Honor… to było jak przebudzenie. I choć od tego czasu mój gustu muzyczny ewoluował, a wiedza ogromnie się rozrosła, to początkową fascynację ciężkim brzmieniem (i muzyką z gier również) zawdzięczam właśnie Hyper TV.

A później przyszedł Canal+ i wszystko zepsuł, ale to temat na zupełnie osobną historię. Dość powiedzieć, że od przejęcia Hypera przez medialnego giganta ten kanał stracił swoją magię, a w końcu po prostu umarł, i dziś możemy tylko wspominać go z nostalgią oglądając zripowane nielegalnie klipy na YouTubie.

Nie oglądam telewizji. Ale to jej zawdzięczam także inne pasje.

Fascynację motoryzacją bezsprzecznie zawdzięczam programowi „Wheeler dealers”, czyli „Fanom czterech kółek”. Kanał Discovery ogólnie był niegdyś prawdziwym bastionem wspaniałych treści. Każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie – od wspomnianych programów motoryzacyjnych, poprzez angażujące survivale Beara Gryllsa, aż po dokumenty historyczne i Pogromców Mitów; oglądając Discovery nie sposób było się nie nauczyć czegoś nowego.

I tak jak “zajawki” zrodzone z Hyper TV zostały ze mną do dziś, tak np. oglądanego na Discovery Adama Savage’a również do dziś obserwuję, śledząc jego kanał YouTube – Tested.

Nawet telewizja „masowa” kiedyś potrafiła coś wnieść do szeroko rozumianej kultury. Owszem, istniał już Klan, Złotopolscy i M jak Miłość, ale obok serialowych tasiemców emitowane były też produkcje wysokiej jakości, a nawet polskie seriale (ktoś tu pamięta Kryminalnych?) miały w sobie jakąś iskrę, której dziś po prostu nigdzie nie widać.

A potem przyszedł okres załamania i z polską telewizją zaczęło się dziać po prostu źle.

Nagle pojawiły się Trudne Sprawy i TVN, mający do tej pory w swojej ramówce relatywnie niewiele absurdu (prócz Rozmów w Toku), stał się stacją emitującą treści po prostu rynsztokowe. Dziś połowa ramówki stacji to Trudne Sprawy w różnych wariantach: szkolnych, szpitalnych, wakacyjnych… wiecie, o czym mówię. Nie żeby wcześniej takich treści niskich lotów nie było, ale do pewnego momentu nie były one nadmiernie eksponowane. A potem ktoś zauważył, że to, co głupie, najlepiej się sprzedaje.

Discovery Channel z najlepszego kanału w Polsce zmieniło się po prostu w śmietnik. Gdy czasem zdarza mi się włączyć telewizor w domu rodziców, widzę, że stacja pokazuje albo powtórki programów, które sam pamiętam z czasów, gdy jeszcze miałem telewizor, albo przeplatankę potworków z tematyki aukcje/jak oni pracują/kierowcy wożą drewno przez Alaskę. Okropność.

Pewnie, nadal jest kilka stacji, w których można znaleźć fajne treści. Koronnym przykładem jest grupa Fox, nieustannie trzymająca poziom, zarówno po stronie programów przyrodniczych/historycznych/dokumentalnych na National Geographic, jak i seriali oraz filmów na Fox i AXN.

Co by nie mówić o HBO, tam również znajdziemy bodajże najlepszą selekcję filmów dostępną obecnie w linearnej telewizji. Polskie Ale Kino regularnie raczy widza ciekawymi, zapomnianymi już filmami. Nawet w tak bardzo znienawidzonej obecnie TVP pojawiają się ciekawe treści – choćby najlepszy polski program muzyczny, The Voice of Poland oraz jego dziecięca wersja, Voice Kids. Tak, telewizja nadal ma do zaoferowania kilka perełek.

Nie zmienia to jednak faktu, że znakomita większość treści emitowanych w linearnej telewizji to reklamy przeplatane śmieciem.

Dlatego też gdy z czasem zauważyłem, że coraz częściej nudzę się przed telewizorem, postanowiłem przy którejś przeprowadzce do nowego mieszkania po prostu nie podłączać telewizji. I tak już zostało.

Dziś nie mam ani nie zamierzam w przyszłości podłączać telewizji, a jeśli kiedykolwiek kupię telewizor, to wyłącznie po to, by podłączyć do niego konsolę i móc oglądać VOD na dużym ekranie.

Z perspektywy pięciu lat pozbycie się telewizji było jedną z najlepszych decyzji mojego życia.

Gdy czasem włączam telewizor w domu rodziców widzę, jak bardzo nic nie tracę. Czuję nudności, oglądając telewizje informacyjne i polityczną publicystykę (niezależnie od stacji). Dostaję spazmów na widok Pamiętników z wakacji, Szkoły i Trudnych spraw. Nie mówiąc już o tym, że nawet krótkiego dokumentu nie da się zobaczyć bez regularnych, codziesięciominutowych przerw na obowiązkową reklamę środków na erekcję lub upławy z pochwy.

„Szklany cycek”, jak nazwał kiedyś telewizor Stephen King, ma to do siebie, że wciąga. Kiedyś siadając przed telewizorem potrafiłem – jak większość ludzi – dawałem się zahipnotyzować magii migającego ekranu. Skacząc po kanałach mogłem zmarnować całe godziny, często trafiając na jakieś dziwności, które oglądałem tylko z rozpędu.

Dziś włączając telewizję czuję w większości obrzydzenie. I absolutnie się nie dziwię, że Internet tak szybko zdominował to medium.

Netflix i inne platformy VOD zjadają linearną telewizję na śniadanie, oferując treści nie tylko znacznie lepsze, ale też dostępne, nomen omen, na życzenie. Do tego bez reklam. YouTube stał się nie tylko źródłem nieograniczonej rozrywki, ale i nieograniczonej wiedzy. Kanały muzyczne praktycznie przestały istnieć, bo po co one komu, skoro nową muzykę odkrywamy w serwisach streamingowych?

Przez ostatnich pięć lat cyfrowa rozrywka rozrosła się tak bardzo, że dziś wykupienie abonamentu na linearną telewizję traktuję po prostu jako głupotę. Przy całym szacunku do ludzi nadal pracujących w starych mediach, telewizja na tle treści internetowych nie ma nic do zaoferowania.

Pięć lat bez telewizora – czy czegoś w ogóle brakuje?

Ani odrobinkę nie żałuję decyzji o pozbyciu się telewizji ze swojego życia, ale jednak czasem brakuje mi w Internecie pewnych aspektów linearnych kanałów.

Przede wszystkim tego – paradoksalnie – że nie musiałem sam decydować, co obejrzeć. Mój proces decyzyjny ograniczał się do skakania po kanałach, przejrzenia programu TV. Wybór był ogromny, ale… ograniczony. Internet z kolei powoduje istny paraliż opcji. Treści jest tak wiele, że sam niejednokrotnie wyłączam komputer, nie wiedząc, po co właściwie sięgnąć.

Brak mi też dokumentów. Choć Netflix i inne platformy mają całkiem bogatą bibliotekę filmów dokumentalnych, telewizja linearna mimo wszystko bije je na głowę przekrojem poruszanych tematów i ogromem materiałów. Czy to prawdziwe filmy dokumentalne, czy dokumenty fabularyzowane – w telewizji znajdziemy ich znacznie więcej i zazwyczaj są one wyższej jakości niż to, co możemy spotkać w VOD.

Telewizja linearna miała też w sobie pewną… przewidywalność. Wiadomo było, w których godzinach nadawane są treści dla znudzonych gospodyń domowych, a kiedy i gdzie można natrafić na coś ciekawego. Łatwiej było sobie zaplanować czas spędzony na rozrywce i – znowuż, paradoksalnie – nie spędzać go nadmiernie dużo, jak dziś, przy tak powszechnym binge-watchingu. Jedyny binge-watching, jaki zdarzał mi się przed telewizorem, był wtedy, gdy stacja serwowała maraton jakiegoś serialu. Dziś dzieje się to średnio kilka razy w miesiącu.

I jestem też nieco skonfliktowany co do tego, które medium bardziej nas ogłupia. Mimo wszystko… w dobie Internetu jestem skłonny przyznać, że to Sieć bardziej robi z nas debili, niż robi to telewizja. Stopień politycznej propagandy również jest znacznie wyższy w Internecie, zwłaszcza w świetle ostatniego zalewu fake newsów.

Tutaj punkt dla telewizji. Choć Internet ma nad nią tę przewagę, że tam świadomy użytkownik może propagandę i głupie treści omijać. W telewizji, co najwyżej zmienić na inne.

Wyrzuć swój telewizor.

Red Hot Chili Peppers śpiewali o tym już w 2002 roku, na krążku „By the way”. Nie żałuję, że nie posłuchałem ich wtedy, bo w takim wypadku nigdy nie poznałbym Hyper TV i innych ciekawych programów, którym w dużej mierze zawdzięczam to, kim jestem dzisiaj.

Ale teraz rada Red Hotów jest bardziej aktualna niż kiedykolwiek. Nie ma już żadnego powodu, by mieć w domu tradycyjną telewizję. Z perspektywy pięciu lat spędzonych bez niej mogę tylko powiedzieć – „polecam ten stan rzeczy”.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement