Czekałem na tę grę całe życie i… mam mieszane uczucia. Wszystkie grzechy Kingdom Come: Deliverance

Felieton/Gry 14.03.2018
Czekałem na tę grę całe życie i… mam mieszane uczucia. Wszystkie grzechy Kingdom Come: Deliverance

Czekałem na tę grę całe życie i… mam mieszane uczucia. Wszystkie grzechy Kingdom Come: Deliverance

Od zawsze chciałem zagrać w symulator średniowiecznego rycerza. W „lochy bez smoków”. Dostać grę, w której system walki mieczem nie będzie łopatologiczny i w równej mierze zależeć będzie od umiejętności gracza, co od poziomu bohatera. I w końcu dostałem taką grę, lecz Kingdom Come wystawił mnie na nie lada próbę.

Gdy w 2014 roku Warhorse Studios ruszyło ze zbiórką na Kickstarterze, wiedziałem, że to może być to. Twórcy zajawiali grę właśnie taką, na jaką czekałem całe życie. Przewińmy cztery lata do przodu, a ja po ponad 20 godzinach z Kingdom Come daleki jestem od zachwytu, z jakim przyjąłem pierwszą zapowiedź gry.

Choć nie powiem – wciągnęła mnie jak bagno i pomimo wielu grzechów już teraz znalazła swoich wiernych fanów.

Kingdom Come wystawia gracza na próbę.

Pisał już o tym Szymon Radzewicz w swoim tekście, więc na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że w Kingdom Come na początku nie możemy nic. Dosłownie. Nasz bohater jest machającym mieczem jak cepem przygłupem, nie ma niczego, jest na samym dole drabiny społecznej i robi za parobka dla lepszych od siebie.

Już samo to, ile czasu trzeba poświęcić na rozwój postaci, by móc ze względną swobodą wykonywać questy, odrzuci wiele osób. Osobiście przywitałem taką mechanikę z otwartymi ramionami, powracając myślami do czasów Gothica, w którym co rozdział czyściłem mapę z potworów w poszukiwaniu cennych punktów doświadczenia.

Taki obrazek będziemy na początku oglądać bardzo często.

W Kingdom Come jest podobnie. Potrzeba wielu prób i wielu godzin, by zacząć jakkolwiek sensownie walczyć mieczem, o strzelaniu z łuku nie wspominając. Potrzeba wielu przeczytanych ksiąg i wielu odbytych rozmów, by przekonać kogokolwiek siłą retoryki. I wielu, naprawdę wielu niecnych czynów, by zarobić na (lub zdobyć) lepszy ekwipunek. To jest kapitalne.

Mniej kapitalne są dłużyzny fabularne, których nie da się niczym usprawiedliwić.

Nie zrozummy się źle – fabuła w Kingdom Come jest w porządku. Nie jest wybitna, ale ogólny zarys historii, mocno osadzony w prawdziwych realiach średniowiecza, ma logiczny sens i potrafi wciągnąć. Henryka, głównego bohatera, trudno na początku polubić, ale przez zawirowania, w które rzuca go los, nawet się z nim zżyłem.

Nawet drętwe i źle napisane dialogi można wybaczyć, nie tu leży clou problemu. Problemem jest to, że fabuła jest niepotrzebnie, nienaturalnie rozciągnięta, a questy zmuszają gracza do niepotrzebnej tułaczki po mapie, z której często nic nie wynika.

Jakby mało było grindu w pierwszych godzinach gry! Trudno się nie zniechęcić, gdy – aby znaleźć poszukiwanego NPC-a – musimy po kolei odwiedzać rozsiane po mapie obozy, tylko po to, by dowiedzieć się, że poszukiwanego nie ma w żadnym z nich. To bardziej irytujące, niż questy w stylu „przynieś marchewkę”.

Owszem, już na początku zdarzyło się kilka ciekawych zadań, nawet z pewną dozą poczucia humoru, ale to za mało, by przełamać niesmak wlokącego się jak guma głównego wątku.

Kingdome Come, zarówno od strony gameplayu, jak i fabuły, robi wszystko, by odsiać najmniej wytrwałych.

Choć do końca Kingdom Come zostało mi jeszcze wiele, wiele godzin, odnoszę wrażenie, że ta gra udaje większą, niż w rzeczywistości jest.

Kto grał w Wiedźmina 3, czy choćby w Skyrim, ten zrozumie, co mam na myśli. Tam światy tętnią życiem. Szczególnie w produkcji Redów, gdzie każdy zakamarek został należycie zagospodarowany, a potencjalna przygoda (lub trudna do pokonania bestia) czai się za każdym rogiem.

Tymczasem w Kingdom Come świat zieje pustką. Poza wioskami i zamtuzami, po których leniwie snują się NPC, niewiele się dzieje. Przy okazji jednego z zadań przemierzyłem konno pół mapy i… nic się nie wydarzyło. Czy to na ścieżce, czy poza nią, nie czekała na mnie żadna niespodzianka. W porozrzucanych przy drogach opuszczonych domostwach nie znalazłem żadnych skarbów. Ba, do większości z nich zwyczajnie nie da się wejść.

Ta pustka ogromnie mnie rozczarowała. Możemy przemierzać pola i lasy wzdłuż i wszerz, ale oprócz czających się tu i ówdzie zbójców nie znajdziemy nic ciekawego. Szkoda.

Bo Kingdom Come mimo wszystko jest grą potężną… i potężnie niedopracowaną.

Jak wspomniałem, spędziłem w świecie gry niespełna 20 godzin. Odkryłem co prawda jakieś 75 proc. mapy, ale moja postać nadal niewiele potrafi, nadal ma marny ekwipunek i mizerny status społeczny.

Kingdom Come to zabawa na długi czas, poznanie całej zawartości, jaką przygotowali twórcy, zajmie graczom zapewne dziesiątki, jeśli nie setki godzin.

Szkoda tylko, że twórcy rzucają graczom pod nogi tak wiele kłód.

Nawet gdy ktoś przebrnie przez początkową fazę żmudnego rozwoju postaci i fabularne dłużyzny, nie ucieknie przed błędami. O bugach w Kingdom Come prowadzone są całe wątki na Reddicie i forach o grach. Ta gra to błąd na błędzie.

Twórcom na szczęście udało się już wyeliminować krytyczne błędy, które uniemożliwiały rozgrywkę. Odkąd zainstalowałem Kingdom Come, na GoG Galaxy już dwa razy otrzymałem sporych rozmiarów łatkę. To jednak za mało.

W wersji na PC mojemu awatarowi notorycznie zdarza się utknąć. A to zaczepić o gałąź w lesie, a to nie móc wyjść ze strumienia, a to koń nie jest w stanie przebiec przez kałużę na środku drogi… przykłady można mnożyć i mnożyć.

Do tego dochodzą kuriozalne problemy z wyświetlaniem obrazu. Na PC z grafiką GTX 1060 gra działa płynnie na najwyższych ustawieniach w rozdzielczości Full HD i przez większość czasu wygląda ładnie. Ale w dowolnym momencie może zacząć wyglądać tak:

Zupełnie jakby wszystkie filtry i anty-aliasing przestawały działać, zostawiając gracza ze zlepkiem pikseli, zamiast pięknymi teksturami. Na niższych ustawieniach graficznych można wręcz robić zakłady, czy to jeszcze Kingdom Come, czy już Minecraft. Bardzo często teksturom zdarza się też po prostu zniknąć, a jedynym remedium jest restart gry.

I przez grzeczność przemilczę kwestię polskiej lokalizacji. Mam tylko nadzieję, że polski wydawca nie przelał zbyt wielkiej kwoty studentowi, który tłumaczył napisy. Na korektę z kolei chyba zabrakło budżetu, bo błędy językowe atakują nas już od pierwszej cut-scenki. Jakby to delikatnie ująć… polonizacja nie odstaje poziomem dopracowania od reszty gry.

Twórcy oddali w ręce graczy wielką, (czasem) piękną i szalenie niedopracowaną grę. A jednak gracze pokochali Kingdom Come.

Wielce trafne jest porównanie do Gothica. Legendarna dziś produkcja również była pełna bugów, fabularnych dłużyzn, nudnych questów i graficznych krzaków. A jednak do dziś z przyjemnością do niej wracamy.

Kingdom Come ma w sobie podobny magnetyzm. Widać to już dziś w recenzjach i opiniach na forach. Choć twórcy rzucili graczom pod nogi każdą możliwą kłodę, ci nie odpuszczają Kingdom Come i wystawiają grze pozytywne oceny. Gdy ktoś ośmieli się zwrócić uwagę na jakiś problem w grze, od razu znajdują się obrońcy.

Pomimo wszystkich swoich grzechów Kingdom Come ma w sobie dostatecznie dużo charakteru, by przekonać graczy nie tylko do przebrnięcia przez pierwszą, nużącą fazę gry, ale też do pozostania na dłużej.

To nie jest gra dla każdego. Niedzielni gracze bez dwóch zdań odbiją się od tej produkcji ze względu na wysoki próg wejścia i poziom trudności. Wielu zapalonych graczy odpuści ją sobie, bo czasu jest za mało a gier za dużo, by poświęcać uwagę tak niedopracowanej produkcji.

Ci jednak, którzy zostaną, dostaną grę naprawdę wyjątkową. Nie idealną – ale bez wątpienia wyjątkową.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement