Kiedy Google mówi o uzdrowieniu całego mobilnego internetu, zapala mi się czerwona lampka

Felieton/Media 09.03.2018
Kiedy Google mówi o uzdrowieniu całego mobilnego internetu, zapala mi się czerwona lampka

Kiedy Google mówi o uzdrowieniu całego mobilnego internetu, zapala mi się czerwona lampka

To było do przewidzenia – po „sukcesie” wprowadzenia standardu AMP u siebie, Google wyrusza na krucjatę, by przekonać inne organizacje do wprowadzenia podobnych rozwiązań w internecie mobilnym.

Dwa lata temu Google, za pośrednictwem niby-niezależnej organizacji, wprowadził nowy standard webowy internetu mobilnego na swoich stronach. To technologia pozwalająca na szybkie renderowanie stron internetowych posiadających statyczne treści. W założeniu miała umożliwiać dopasowanie zawartości serwisu do parametrów technicznych urządzenia, na którym jest odwiedzany, np. wielkość i rozdzielczość ekranu.

AMP ma odciążać proces wczytywania serwisu w taki sposób, że jego elementy są zapisane w chmurze – w tym przypadku głównie Google Cache – lub pamięci podręcznej podmiotu. W praktyce ma to działać tak, że Google szacuje jaką stronę użytkownik chce odwiedzić, na podstawie na przykład pokazanych mu wyników wyszukiwania, i ładuje ją w tle zanim użytkownik wykona klik.

Brzmi pięknie? Otóż nie. W ten sposób Google stworzył ekosystem, w którym twórcy serwisów internetowych są jedynie dostarczycielami treści, a o ich dystrybucji oraz sposobie prezentacji decyduje już tylko Google. To gigantyczne zagrożenie marginalizacji marek medialnych w sieci (chociażby takich jak Spider’s Web), a w szerszym ujęciu próba zabicia klasycznych stron internetowych w takiej formie, z jaką mamy do czynienia obecnie.

O zagrożeniach związanych z masowym wdrożeniem platformy AMP, przekierowaniu ruchu z wyszukiwarki Google, czy popularnych serwisów społecznościowych, pisaliśmy na Spider’s Web nie raz, nie dwa.

– Korzystanie z AMP w ogóle sprawia wrażenie, jak gdyby w ogóle nie opuszczało się wyników wyszukiwania Google’a. Prezentacja docelowych treści jest bowiem mocno google’owa, przeciętny użytkownik internetu wcale nie odczuje, że jest gdzieś indziej, a nie wciąż w Google – pisałem w styczniu 2017 r.

 

– Nie podoba mi się też, że w ramach swojego “standardu” wtrąca się w to, jakiego rodzaju reklamy emitują reklamodawcy – pisał Kuba Kralka w listopadzie 2017 r.

Sytuacja była na tyle komiczna, że wyświetlając treści zewnętrznych dostawców w standardzie AMP, Google pokazywał na pasku URL swój adres internetowy! Na szczęście po licznych protestach Google zdecydował się zwrócić wydawcom część tożsamości i zapowiedział, że w ciągu pół roku będzie już pokazywał ich adresy na pasku URL.

Teraz Google postanowił wyjść z AMP-em na zewnątrz

– Na podstawie tego, czego nauczyliśmy się przy rozwijaniu standardu AMP, jesteśmy gotowi, by wykonać kolejny krok i pracować nad wsparciem szybkiego ładowania treści nieopartych na technologii AMP – czytamy we wpisie blogowym.

Jak należy czytać tę PR-ową nowomowę? Jako ogłoszenie projektu, którego celem jest, by cały mobilny internet dopisał się do google’owskiej wizji tego, jak ma być on rozwijany.

Organizacje zajmujące się standardami webowymi nie posiadają ani odpowiedniej siły, ani skali, by same inicjować tego typu zmiany. Z pomocą przychodzi więc wspaniałomyślny Google, który udostępni im narzędzia i pomoże je wdrożyć.

I uwierzcie mi – tu wcale nie chodzi o bardziej wydajny, szybszy i łatwiejszy do nawigacji internet, którego fundamenty, owszem, wciąż opierają się na standardach przygotowanych dla internetu stacjonarnego, odbieranego za pośrednictwem komputerów PC.

Zapędy Google’a trzeba rozumieć w szerszym kontekście

Już w 2015 r. więcej niż połowa wyszukań w Google generowana była na urządzeniach mobilnych. Dziś mobilny ruch w internecie stanowi ok 70 proc. Jest niemal pewne, że do 2020 r. mobile będzie odpowiadał za 90 proc. korzystania z globalnej sieci informatycznej.

Zmieniając standardy internetu mobilnego Google dba głównie o swój interes nie bacząc przy tym, jaki niszczycielski wpływ mają forsowane przez niego zmiany dla tysięcy, może nawet milionów podmiotów żyjących i utrzymujących się w internecie.

Mówiąc wprost – jeśli mobilne wyszukiwanie informacji oraz korzystanie z usług internetowych w wersji mobilnej będą dla użytkowników frustrującym doświadczeniem w porównaniu do korzystania z Facebooka, Twittera, czy (głównie w USA) Apple News, użytkownicy odwrócą się od Google’a. Na to internetowy gigant nie może sobie pozwolić, bo stanowiłoby to fundamentalne zagrożenie dla jego biznesowego funkcjonowania.

Google głównie przekierowuje ruch do stron zewnętrznych, więc chce mieć ogromny wpływ na to, jak one wyglądają, funkcjonują i zarabiają. Gdy więc mówi o „dzieleniu się wiedzą i doświadczeniem w rozwijaniu AMP-a”, mnie zapala się ostrzegawcza lampa. To oznacza bowiem kolejne obostrzenia w funkcjonowaniu niezależnych od Google’a podmiotów internetowych, w tym oczywiście serwisów Grupy Spider’s Web.

Ostrzegawcza lampa zapala się nie tylko u mnie

Z wakacji po prezydenturze wraca ostatnio Barack Obama. Po tym, jak przestał być prezydentem USA, może sobie pozwolić na nieco więcej szczerości i otwartości w swoich publicznych wypowiedziach. A że mądry to człowiek, to mówi mądre rzeczy, także w temacie rosnącej dominacji Google’a i Facebooka:

– Myślę, że wielkie internetowe platformy, takie jak Google czy Facebook, a może nawet Twitter, które są częścią większego ekosystemu, powinny wziąć udział w publicznej dyskusji na temat ich biznesowych modeli, który musi uwzględniać to, iż są nie tylko komercyjnymi przedsięwzięciami, ale także dobrami publicznymi – mówił niedawno Obama (na konferencji MIT Sloan Sports).

Szczególnie spodobały mi się jeszcze inne słowa Obamy z tej samej wypowiedzi:

– Musimy odbyć poważną dyskusję na temat ich modeli biznesowych – algorytmów, mechanizmów. I nie może to być tylko i wyłącznie dyskusja w ujęciu komercyjnym.

Google ogłosił swoją krucjatę „dzielenia się wiedzą nt. AMP-a” z resztą świata wczoraj.

W ogóle nie widzę w polskich mediach dyskusji na ten temat. Zachodnie traktują tę sprawę z kolei prawie wyłącznie w kategoriach newsowych. Tymczasem jest to informacja z gatunku tych kolosalnie ważnych, która będzie miała wpływ na cały internet i to nie tylko dla wydawców, lecz także dla czytelników, odbiorców.

Milczymy, gdy nasza przyszłość jest decydowana.

Dołącz do dyskusji

Advertisement