Słuchawki Sennheiser PXC 550 mają tak niewiele wad, że to wręcz nie fair względem konkurencji

Recenzja/RTV 16.02.2018
Słuchawki Sennheiser PXC 550 mają tak niewiele wad, że to wręcz nie fair względem konkurencji

Słuchawki Sennheiser PXC 550 mają tak niewiele wad, że to wręcz nie fair względem konkurencji

Kosztują mniej niż Bose QC35, grają lepiej niż Bose QC35, tłumią hałas równie dobrze jak Bose QC35 i nie ma absolutnie żadnego powodu, by wybrać Bose QC35 zamiast nich. Słuchawki Sennheiser PXC 550 mają tak niewiele wad, że jest to po prostu nie fair względem rywali.

Ostatnio tak podekscytowany słuchawkami bezprzewodowymi byłem testując Sony MDR-1000X. Tam również było niewiele rzeczy, do których można było się przyczepić.

Oczywiście zestawiam ze sobą pierwszą iterację słuchawek Sony (druga jeszcze nie dotarła do mnie na testy), ale tak jak jeszcze dwa tygodnie temu to właśnie Sony poleciłbym komuś szukającemu najlepszych słuchawek bezprzewodowych do 1200 zł, tak dziś już wcale nie jestem taki pewien. Prawdę powiedziawszy, wahałbym się ogromnie przed wskazaniem jednego lub drugiego, bo różnice między nimi są wysoce subiektywne. Co obiektywnie tylko świadczy na korzyść Sennheisera, bo dorównać takiemu rywalowi jak Sony MDR-1000X, to nie lada sztuka.

Ale po kolei.

Sennheiser PXC 550 od strony użytkowej to słuchawki kompletne.

Od strony użytkowej tej konstrukcji nie brakuje niczego. Słuchawki są świetnie wykonane i oferują idealną kombinację fizycznych przycisków oraz dotykowego panelu na prawej puszce, którymi sterujemy wszystkimi funkcjami. Przyciski służą do podłączania słuchawek i wyboru profilu dźwięku oraz redukcji hałasu, zaś panelem dotykowym sterujemy odtwarzaniem muzyki. Przeciągnięcie palcem góra-dół reguluje natężenie, lewo-prawo zmienia odtwarzane utwory, dotknięcie pauzuje, etc.

Doceniam też drobne udogodnienia, jak to, że gdy zdejmiemy słuchawki z szyi, muzyka automatycznie zostaje zatrzymana i wznowiona po ponownym założeniu słuchawek. Albo to, że aby włączyć słuchawki, wystarczy je rozłożyć, a po złożeniu same się wyłączą. Wszystko to w towarzystwie przyjemnych dla ucha komunikatów głosowych, które poinformują nas o włączeniu, stanie podłączenia, konieczności naładowania czy wybranym trybie odtwarzania słuchawek.

Ciekawym rozwiązaniem, którego nie ma Bose a ma także Sony, jest możliwość prostego przepuszczenia głosu do wnętrza słuchawek bez ich zdejmowania. To szalenie przydatne, gdy mamy słuchawki na uszach a ktoś zaczyna do nas mówić, lub gdy siedzimy na dworcu czy lotnisku i chcemy wysłuchać ogłoszenia z głośników. W Sennheiserach PXC 550 wystarczy dwa razy puknąć w prawą puszkę i już muzyka zostaje zapauzowana, a do wnętrza pompowany jest dźwięk otoczenia.

Bardzo wygodne jest też noszenie słuchawek, zarówno na głowie, jak i poza nią. Na głowie słuchawki Sennheiser PXC 550 leżą bardzo wygodnie. Nic nie uciska, nie drażni głowy. Można spokojnie spędzać w nich długie godziny (z odpowiednimi przerwami, oczywiście). Po zdjęciu z głowy możemy wywrócić nauszniki i wygodnie położyć słuchawki na szyi (w przeciwieństwie do Bose QC35 tutaj nauszniki obracają się we właściwą stronę – poduszkami do dołu).

A gdy chcemy przenieść słuchawki, wystarczy je złożyć i schować do dołączonego do zestawu etui. Żałuję ogromnie, że nie jest to twardy futerał, ale nie jest to też zwykły woreczek, który dodaje do zestawu wielu innych producentów (nierzadko do droższych słuchawek). Sennheiser PXC 550 to też na tyle solidna konstrukcja, że nie obawiałbym się noszenia ich wprost w plecaku czy torbie.

Czas pracy na jednym ładowaniu również jest fantastyczny. Producent deklaruje 30 godzin pracy i rzeczywiście się z tego wywiązuje. Regularnie osiągałem 25-30 godzin ciągłej pracy i to przy włączonym ANC!

Ogromnie spodobała mi się też opcja jednoczesnego podłączenia słuchawek do dwóch urządzeń. Wielu producentów to obiecuje, ale często przełączanie się między źródłami nie działa dobrze. Tutaj możemy sparować PXC 550 z dwoma źródłami – np. z telefonem i komputerem – i korzystać z nich jednocześnie. Słuchawki same przełączą się na to połączenie, które aktualnie odtwarza dźwięk.

Cieszy też fakt, że PXC 550 nie mają problemu z działaniem z Windowsem. Bluetooth w Windows 10 jest bardzo kapryśny i nie wszystkie słuchawki dobrze się z nim dogadują. Sennheiserowi udało się jakoś obejść te problemy, choć okazjonalnie zdarza się, że używając słuchawek jako zestawu głośnomówiącego Windows „szarpie” sygnałem mikrofonu. To jednak wina platformy Microsoftu, nie słuchawek samych w sobie.

Rozmawiając w trybie głośnomówiącym na smartfonie mamy do czynienia z jednym z najlepiej brzmiących, najczyściej transmitujących głos zestawów, z jakim kiedykolwiek się spotkałem.

A skoro o brzmieniu mowa…

Sennheiser PXC 550 od strony brzmienia to słuchawki niebywale uniwersalne.

Na papierze pokrycie spektrum częstotliwości nie jest imponujące. 17-23 000 Hz to nie są wartości, które zwalą kogokolwiek z nóg. A mimo tego PXC 550 brzmią świetnie w praktycznie każdym zastosowaniu. Dźwięk jest pełny, szczegółowy, scena bardzo szeroka, a separacja instrumentów w pełni zadowalająca. Niezależnie od gatunku muzyki, którego aktualnie słuchamy. Od muzyki klasycznej po dubstep – w tych słuchawkach wszystko brzmi po prostu dobrze.

PXC 550 bardzo dobrze reagują też na pliki wyższej jakości. Innymi słowy, w tych słuchawkach słychać różnicę między stratną kompresją Spotify, a np. bezstratną kompresją Tidala Hi-Fi.

Trzymając się porównania do Sony MDR-1000X, Sennheisery prezentują zupełnie inną charakterystykę brzmieniową. Dlatego też tak trudno wybrać jedną, lepszą konstrukcję, gdyż wszystko zależy tutaj od prywatnych preferencji. Sony mocno eksponuje basy, podczas gdy w Sennheiserach bas jest nieco wycofany i znacznie słabszy, ale za to góry są bez porównania czystsze i pełniejsze. Co lepsze? To, co nam się bardziej podoba.

Na korzyść Sennheiserów PXC 550 przemawia za to fakt, że są bardzo podatne na korekcję graficzną. W aplikacji CapTune możemy przeprowadzić Sound Check i dostosować brzmienie do naszych indywidualnych preferencji, a jeśli to będzie za mało, mamy do dyspozycji EQ o szerokim zakresie.

Niektóre słuchawki przy manipulacji krzywymi częstotliwości praktycznie nie zmieniają swojego brzmienia. PXC 550 reagują na każdą, nawet najmniejszą zmianę, więc dopasowanie ich charakteru do własnych preferencji jest naprawdę proste.

Obiektywnie rzecz ujmując, słuchawki Sennheiser PXC 550 nie brzmią tak dobrze, jak kosztujące znacznie więcej konstrukcje BeoPlay H9 czy Bowers&Wilkins PX. Jeśli jednak mówimy o słuchawkach w przedziale 1000-1500 zł, Sony i Sennheiser grają we własnej lidze.

W kwestii brzmienia jedynym rzeczywistym minusem jest dość znaczny wyciek dźwięku. Sennheiser PXC 550 nie są słuchawkami, które możemy „rozkręcić na cały regulator” w przestrzeni publicznej lub biurze, bo wszyscy usłyszą, czego słuchamy. I pewnie nie będzie im się to podobać. A szkoda, bo – jak większość słuchawek – PXC 550 pełnię swojego potencjału ukazują dopiero na wysokich poziomach głośności.

Sennheiser PXC 550 od strony redukcji hałasu nie ustępują najlepszym.

Technologia NoiseGard zaskakująco dobrze wycina dźwięki otoczenia, nie wpływając w najmniejszym stopniu na brzmienie słuchawek. Przetestowałem PXC 550 w czasie dwóch wyjazdów i tam, gdzie zazwyczaj słyszałbym uciążliwy szum silników samolotu, słyszałem tylko muzykę.

Muszę jednak otwarcie powiedzieć, że NoiseGard radzi sobie dobrze z określonym, stałym rodzajem szumu. Jednostajne odgłosy o konkretnej częstotliwości wycina świetnie, za to słabiej radzi sobie z pulsującym hałasem otoczenia, np. ruchliwą ulicą. Tutaj Sony MDR-1000X znacznie lepiej izolują nas od świata dzięki inteligentnemu systemowi skanowania sygnału dźwiękowego zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz słuchawek. Sony zwyczajnie odcinają nas od świata. Sennheisery PXC 550 tego nie potrafią, choć i tak radzą sobie lepiej od Bose QC35.

Więcej uwag nie stwierdzono.

No, może poza jedną. Design z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu. Jest dziwaczny, jest nietuzinkowy, jest inny – uwielbiam go. Ale zwolennikom klasycznie wyglądających słuchawek, czy nawet cyfrowym minimalistom nie przypadnie on do gustu. Za to na pewno pozwoli wyróżnić się z tłumu. Obiektywnie na minus muszę jednak zaliczyć to, że choć plastikowa obudowa słuchawek jest solidna i ciekawa, to błyskawicznie łapie wszelkie zabrudzenia, tłuszcz ze spoconych dłoni i inne osady. Przetarcie suchą szmatką błyskawicznie je usuwa, no ale trzeba o tym pamiętać, żeby utrzymać słuchawki w czystości.

Słuchawki Sennheiser PXC 550 mają naprawdę niewiele wad.

Redukcja hałasu mogłaby być nieco lepsza, wyciek dźwięku nieco mniejszy, design nieco bardziej stonowany. No i chciałbym, żeby ładowanie następowało przez port USB-C, a nie microUSB (zobaczymy to pewnie w kolejnej generacji). Ale to tyle. Za 1200 zł dostajemy naprawdę rewelacyjne słuchawki bezprzewodowe, które spiszą się w praktycznie każdej sytuacji, niezależnie od muzycznych preferencji.

Jeśli szukasz słuchawek Bluetooth z aktywną redukcją szumów, Sennheisery PXC 550 powinny znaleźć się na samym szczycie listy potencjalnych zakupów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement