Co tam teksty, co tam filmy. Moim „dziełem życia” stał się internetowy mem

Felieton/Social media 12.02.2018
Co tam teksty, co tam filmy. Moim „dziełem życia” stał się internetowy mem

Co tam teksty, co tam filmy. Moim „dziełem życia” stał się internetowy mem

Od dekady piszę na temat technologii, z tego od sześciu lat niemal codziennie publikuję teksty na Spider’s Web. Mimo to moim najbardziej znanym dziełem jest wycinek rozmowy, który od miesięcy krąży po sieci niczym internetowy mem.

Jestem internetowym ekshibicjonistą. W mediach społecznościowych często zdarza mi się udostępniać wycinki z mojego życia. Opisuję absurdalne sytuacje, które regularnie mnie spotykają, zabawne fragmenty rozmów ze znajomymi oraz moją drugą połówką.

Próbuję w ten sposób stworzyć internetowy pamiętnik, do którego za jakiś czas będę mógł powrócić i przypomnieć sobie moje bardzo wesołe życie. A przy okazji rozbawić moich znajomych oraz obserwujących.

Jedna z moich wstawek zaczęła żyć własnym życiem.

Mogliście na nią trafić. Był to screen z rozmowy z moją drugą połówką, która znalazła w łazience jeden ze swoich pędzli. Zupełnie bezpodstawnie zaczęła podejrzewać, że ja go tam umieściłem i mogłem go użyć do czyszczenia podzespołów komputerowych, a konkretnie karty graficznej.

Zaprzeczyłem tym ordynarnym pomówieniom i powiedziałem, że wspomniany pędzel już wcześniej leżał na podłodze, a ja go tylko podniosłem w celu obmycia, po czym odłożyłem. Uwierzyliście mi, prawda? No właśnie, ona też nie.

Ten urywek rozmowy prawdopodobnie rozszedł się po sieci lepiej niż jakikolwiek mój tekst.

Ten urywek rozmowy okazał się hitem. Nic tego nie zapowiadało, ponieważ na moim wallu nie zdobył zbyt dużej popularności. Ktoś jednak uznał go za wyjątkowo zabawny, umieścił w sieci, a dalej poszło już z górki. Screen znalazł się we wszystkich możliwych polskich agregatorach memów, na setkach grup na Facebooku.

Przez kilka miesięcy niemal codziennie byliśmy oznaczani pod nimi przez znajomych, otrzymywaliśmy wiadomości informujące o obecności naszego zdjęcia w sieci. Wypisywali też do nas obcy ludzie i choć nie pisali nic złego, raczej gratulowali, to cała sytuacja stała się dosyć irytująca i uciążliwa. Na szczęście po kilku miesiącach zdjęcie zostało w końcu zapomniane i umarło śmiercią naturalną. Zresztą jak wszystko w Internecie.

Prywatność w sieci nie istnieje, a w Internecie nic nie ginie.

Doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego przesadnie nie irytowaliśmy się, gdy co kilka tygodni ktoś podsyłał nam felerny screen i o nim przypominał. Teraz jednak znowu zdobył popularność i od kilku dni jest umieszczany praktycznie wszędzie. Udostępnienia, oznaczenia i wiadomości ponownie polały się szerokim strumieniem.

Przesadnie się tym nie denerwuję, ponieważ nie mogę z tym nic zrobić. Poza tym sam udostępniłem tę rozmowę i za całą sytuację mogę winić tylko siebie. No i po komentarzach wnioskuję, że sporo osób czytając naszą wymianę zdań się uśmiechnęło, co daje mi naprawdę sporo satysfakcji.

Niemniej jednak z tej historii płynie morał. Banalna rzecz, o której zapomina mnóstwo internautów. Zarówno nastolatków udostępniających na Snapchacie kompromitujące zdjęcia z imprez, osób szukających przelotnych znajomości na Tinderze, jak też matek wrzucających do sieci zdjęcia swoich nagich dzieci.

Przed wrzuceniem dowolnego materiału do sieci warto zastanowić się kilka razy, czy jeżeli jakimś cudem wycieknie on na zewnątrz, będzie mógł nam zaszkodzić. A jeśli tak, lepiej po prostu tego nie robić. Z mojego Facebooka wyciekła niegroźna rozmowa. Ale gdybym był mniej roztropny i wrzucał do sieci co popadnie, mogłoby to się skończyć znacznie gorzej.

Dołącz do dyskusji

Advertisement