Uniwersytet YouTube’a, czyli jak zostałem wiecznym studentem

Felieton/Technologie 20.02.2018
Uniwersytet YouTube’a, czyli jak zostałem wiecznym studentem

Uniwersytet YouTube’a, czyli jak zostałem wiecznym studentem

Jak pewnie większość czytających te słowa – nie lubiłem szkoły. A może inaczej – nie lubiłem się uczyć.

Nie zrozummy się źle: przeszedłem przez system edukacji z dobrymi stopniami, mając (w większości) ogromne szczęście do wspaniałych nauczycieli i przyjemność spędzenia trzech lat w liceum, z którego wyszło wielu ludzi robiących dziś naprawdę fajne rzeczy.

Nigdy jednak nie darzyłem szczególnym afektem systemu per se. Schematycznej edukacji opartej nie o indywidualne podejście, a o łopatologiczne wbijanie do głowy nie zawsze przydatnej wiedzy. Szkoły, która nie uczyła wyciągać wniosków, lecz powtarzać instrukcje. Także o ile zawsze uczyłem się całkiem przyzwoicie, tak nigdy nie było we mnie żadnej pasji do nauki. Może dlatego, że system nie tłumaczy uczniom, po co się uczą. Po prostu wbija im wiedzę młotkiem do głowy.

Prawdziwy kryzys przyszedł na studiach. Bardzo lubiłem swoich wykładowców i bardzo lubiłem to, czego się nauczyłem na uczelni, ale obserwując, jak wielu ludzi siedzi obok mnie na sali, bo rodzice im kazali/nie mieli na siebie lepszego pomysłu/starali się odwlec start w dorosłość jak najdłużej (niepotrzebne skreślić) – chciało mi się wyć. System zawiódł, skoro w porażającej większości przypadków ludzie studiujący nie mieli pojęcia, po co w zasadzie to robią. Nie mówiąc o jakimkolwiek zainteresowaniu tym, czego się uczą.

Chcąc nie chcąc sam odrobinę przesiąkłem tym wszechobecnym marazmem i choć – znowuż – uczyłem się na studiach bardzo dobrze, to nie czułem w sobie żadnego pociągu do treści, które przyswajam. A uczyłem się rzeczy, które dziś wydają mi się fascynujące.

Internet zmienił wszystko

Tego, czego nie nauczyła mnie szkoła, nauczył mnie Internet. Najpierw nauczył mnie, że nauka może być czymś rozwijającym i bawiącym zarazem. A potem zrodził we mnie pasję, której nigdy nie czułem, siedząc w szkolnej czy uczelnianej ławie.

I tak od bodajże pięciu lat nie było dnia, bym nie nauczył się czegoś nowego.

Z początku ta nauka była wynikiem zwykłego znudzenia.

Znudzenia zalewem memów, bzdur, bezsensownych postów znajomych i innego śmiecia, którym karmi nas Internet. Pomyślałem sobie, że skoro mam dostęp do wszechwiedzy w urządzeniu, które mieści się w kieszeni spodni, to warto wykorzystać je inaczej, niż tylko do oglądania głupich obrazków.

Zacząłem poznawać kolejne dziedziny. Zaczęło się od technologii – wsiąknąłem w tematykę tak bardzo, że w relatywnie krótkim czasie udało mi się podnieść wiedzę do tego stopnia, by Przemek Pająk przyjął mnie na pokład Spider’s Web. Cały czas rozwijałem też wiedzę z zakresu branży muzycznej – w znacznie szerszym i bardziej przydatnym stopniu, niż kiedykolwiek mogłem wynieść ze szkoły muzycznej, gdzie nauczono mnie jedynie suchej mechaniki, ale nie rozumienia instrumentu (nie mówiąc o biznesie muzycznym czy jakimkolwiek rozwoju poza odtwarzaniem sztuki dawnych mistrzów).

Każdego dnia czytałem o czymś innym, poświęcając czas między wykładami oraz po pracy na to, by WIEDZIEĆ. Bo jedną z rzeczy, którą pozwolił mi zrozumieć Internet, a szkoła nie, jest właśnie to, że fajnie jest wiedzieć rzeczy, ordynarnie kalkując z języka angielskiego.

Toteż wyruszyłem w tę podróż ku jednemu celowi – wiedzieć rzeczy. I tak trafiłem na YouTube’a.

Uniwersytet YouTube’a, czyli najlepsze źródło wiedzy.

Tak jak Internet zmienił moje podejście do przyswajania wiedzy, tak YouTube kompletnie odmienił sposób, w jaki to robię. Wcześniej nauka czegokolwiek sprowadzała się do czytania i wyobraźni. Kiedy to możliwe – do próbowania odtworzenia tego, co przeczytałem. I choć do dziś często korzystam z tej formy pozyskiwania wiedzy, to muszę też przyznać, że nie jest ona przesadnie ekscytująca – uczy, ale robi to w dość suchy sposób. Nawet gdy mówimy o nauce poprzez nacechowane emocjami wpisy blogerów-specjalistów.

Dopiero YouTube pokazał mi, że nauka może być zabawą. I to, że uczyć się można nawet wtedy, gdy nie wygląda, jakbyśmy pozyskiwali jakąkolwiek wiedzę.

Dziś subskrybuję na YouTubie ponad 100 kanałów. Wiele z nich to kanały muzyczne, uploadujące relatywnie rzadko, ale jest minimum 20-30 takich, które uploadują co najmniej raz w tygodniu, a które oglądam z nabożną wręcz regularnością. Do tego dochodzą też treści spoza subskrybowanych kanałów – moja lista „do obejrzenia” zazwyczaj liczy od 50 do 100 pozycji, które przyswajam w momentach, kiedy subskrypcje świecą pustkami.

Na tej liście nigdy nie jest u mnie pusto.

Gdyby ktoś przejrzał tę listę, błyskawicznie zobaczyłby pewien paradoks – niemal żaden z subskrybowanych kanałów nie jest kanałem stricte poradnikowym, nastawionym na naukę. Większość to kanały o charakterze raczej rozrywkowym. A jednak oglądając je, uczę się więcej, niż czytając suche regułki.

Jeśli ktoś szuka usystematyzowanej, uszeregowanej wiedzy, YouTube prawdopodobnie nie jest dobrym wyjściem. Świetne kursy wideo oferują platformy pokroju Udemy czy Creative Live. Do mnie jednak znacznie bardziej przemawia podchwytywanie interesujących mnie wątków i rozwijanie ich w razie potrzeby.

Nauka przez osmozę.

Coś, czego nie uczy nas szkoła, to wyciąganie własnych wniosków. Uczymy się rozumieć regułki, rozwiązywać testy pod zadany nam „klucz”, ale nie uczymy się interpretacji tego, czego się uczymy. Tymczasem nauka na Uniwerystecie YouTube’a to właśnie nieustanna interpretacja i wyciąganie wniosków.

Tutaj wykładowcy to showmani. Przyjdą, pogadają, a jeśli się czegoś nauczysz, to dobrze dla ciebie. Nierzadko najwięcej z jednej dziedziny uczymy się… na zupełnie nieoczywistych „kierunkach”.

Dla przykładu – najwięcej o biznesie i online marketingu nauczyłem się nie oglądając poradniki o biznesie i online marketingu, lecz obserwując kanał fotografa, który genialnie ogrywa swoją obecność w mediach społecznościowych, zarabiając przy tym mnóstwo pieniędzy. Jak? Wyłapując między innymi treściami to, co mówi o prowadzeniu biznesu. Podbierając rzucane tu i ówdzie porady, podglądając to, co u niego działa, a co nie.

Najwięcej o pisaniu i biznesie wydawniczym dowiedziałem się nie z webinarów i „kursów kreatywnego pisania” (że też jeszcze nikt nie zaorał tej branży), lecz oglądając filmy tworzone przez odnoszących sukcesy pisarzy, którzy nie zawsze najlepiej przekazują wiedzę, ale opowiadając o swoich doświadczeniach i przemyśleniach pozwalają mi wyciągnąć własne wnioski, i zaaplikować niektóre z ich doświadczeń do własnej pracy.

Najwięcej o fotografii, filmowaniu i tworzeniu muzyki dowiedziałem się nie tłukąc do głowy suche regułki (choć oczywiście – warto je znać, by rozumieć specjalistyczną nomenklaturę), lecz podglądając działania genialnych twórców, wyłapując rzucane tu i ówdzie porady, inspirując się tym, co robią. I aplikując nabytą wiedzę do własnych działań.

Lista ciągnie się i ciągnie, ale zasada jest zawsze ta sama – uczę się, być może w nieco chaotyczny sposób, ale jednak, obserwując twórców, którzy są wymiataczami w swoich dziedzinach. I choć może nie są najlepszymi nauczycielami, to ich doświadczenie, które mogę przełożyć na własne umiejętności, jest dla mnie najlepszą nauką.

A jeśli czuję, że gdzieś brakuje mi wiedzy, zawsze mogę sięgnąć po sprawdzone źródła tekstowe i naprawdę się zagłębić, zrozumieć dane zagadnienie w stopniu nieosiągalnym do przekazania poprzez sieciowe wideo. Jednak zawsze to YouTube jest punktem wyjścia. Powierzchnią, w której możemy potem drążyć coraz głębiej.

Nie ma dnia, żebym nie spędził na YouTubie kilku godzin. To nałóg, z którym nie mam zamiaru zrywać.

YouTube wielu osobom nadal kojarzy się z zalewem głupoty. W zasadzie wystarczy zajrzeć w zakładkę „na czasie”, by nie dziwić się temu poglądowi – to, co serwuje nam mainstreamowy YouTube, to (delikatnie rzecz ujmując) rak.

Jednak gdy ominąć wszystkich DanieliMagicalów, vlogerów wożących się cudzymi Lamborghini, Loganów Paulów i livestreamy z jedzenia obiadów, YouTube to wspaniałe, nieograniczone źródło wiedzy i wartościowej rozrywki.

Nie kryję się z tym, że jestem kompletnie uzależniony od treści na tej platformie. Jestem chory, jeśli nie zaserwuję sobie codziennie solidnej dawki sieciowego wideo. I chociaż zdarza mi się zabłądzić w „odmętach internetów”, to z reguły spędzam czas pochłaniając treści, które mnie rozwijają. Pozwalają WIEDZIEĆ.

Oczywiście – wciąż jestem głupcem. Nie można wiedzieć wszystkiego, więc w wielu dziedzinach wciąż pozostaję, wybaczcie bezpośredniość, kompletnym kretynem. Wielu dziedzin nie pojmuję i nawet nie próbuję pojąć, bo wiem, że mój mózg nie jest „zaprogramowany” na ich przyswajanie.

YouTube i Internet umożliwia mi jednak to, czego nie umożliwił system edukacji – skupienie się na mocnych stronach.

Rozwijaniu tych umiejętności, w których mam największy potencjał i dobudowywanie do nich wielu umiejętności pobocznych, które wspierają główną umiejętność.

Tak, nie policzę równań różniczkowych, nie bardzo wiem, czym jest całka, chemia organiczna na zawsze pozostanie dla mnie czarną magią i za cholerę nie zrobię w domu bardziej skomplikowanego remontu niż pomalowanie ścian. Po raz pierwszy w życiu nie czuję się jednak źle z tego powodu.

Tak jak system edukacji sprawiał, że czułem się źle, nie radząc sobie z matematyką, fizyką, chemią, tak na Uniwersytecie YouTube’a czuję się fantastycznie z tym, że nie muszę sobie zawracać nimi głowy ponad podstawową wiedzę, którą nabyłem dzięki szkolnictwu początkowemu.

Mogę za to rozwijać się w tym kierunku, w którym chcę.

I nikt nie może mi powiedzieć, że coś robię nie tak, albo że powinienem poświęcić czas czemukolwiek innemu.

Bo na Uniwersytecie YouTube’a każdy wybiera swoje własne fakultety. Nie ma tu nielubianych przedmiotów. Są tylko te, które naprawdę chcemy poznać.

Dołącz do dyskusji

Advertisement