W Metal Gear Survive stan głodu rośnie w oczach. Tak nie da się grać, czuję się tak, jakbym siedział na pinezkach

Artykuł/Gry 28.02.2018
W Metal Gear Survive stan głodu rośnie w oczach. Tak nie da się grać, czuję się tak, jakbym siedział na pinezkach

W Metal Gear Survive stan głodu rośnie w oczach. Tak nie da się grać, czuję się tak, jakbym siedział na pinezkach

Kocham gry Hideo Kojimy i mam bardzo krytyczny stosunek do tego, jak kierownictwo Konami potraktowało wizjonerskiego producenta serii Metal Gear. Mimo wszystko chciałem się dobrze bawić z Metal Gear Survive. Do tytułu podszedłem bez uprzedzeń i wrogości. Chwilę potem umarłem z głodu.

Część graczy uwielbia survivale. Interaktywne produkcje, w których trzeba nie tylko walczyć z przeciwnikami oraz ratować świat, ale również dbać o zaspokojenie podstawowych potrzeb bohatera. Chodzi o sam dół piramidy Masłowa, na który składa się jedzenie i picie, będące podstawą codziennego przetrwania człowieka.

Istnieje wiele gier, które kapitalnie wykorzystują mechanizm obowiązkowego jedzenia i picia.

Co by nie sięgać daleko, weźmy Kingdom Come: Deliverance. Tam spożywanie posiłków jest niezbędne, aby mieć siłę do machania mieczem. Strawa w karczmach nie jest tania, lecz otwarty świat generuje tyle alternatywnych sposobów na zdobywanie pożywienia, że jedzenie staje się przyjemnością. W lesie znajdziemy grzyby. Na polanie upolujemy sarnę (o ile ludzie szlachcica tego nie widzą), a od czasu do czasu ukradniemy coś z wiejskiego ogródka.

W Kingdom Come: Deliverance nie ma się wrażenia, że gracz zostaje więźniem wskaźników przetrwania. Survivalowy system istnieje, jest ważny, ale nie absorbuje całej uwagi. Mamy czas na walkę, naukę, eksplorację i masę, masę innych aktywności. Jeść musimy jak gdyby przy okazji, tak jak w prawdziwym życiu. Twórcom udało się zachować poprawny balans rozgrywki, umiejętnie operując suwakami wartości głodu oraz jego wpływu na statystyki.

Niestety, w Metal Gear Survive konieczność jedzenia i picia została doprowadzona do absurdu.

Paski odpowiadające za głód oraz pragnienie topnieją w oczach. Dosłownie. W początkowej fazie rozgrywki przeciętna misja dla jednego gracza zajmuje około 10 – 20 minut. W ciągu tego czasu zaspokojenie głodu i pragnienia zazwyczaj spada ze 100 do około 40 proc. Słowem, wykonanie dwóch misji z rzędu bez zapychania się konserwami oraz brudną wodą nie wchodzi w grę. Zwłaszcza że gdy wskaźnik zaspokojenia potrzeb dochodzi do 20 proc., awatar gracza zaczyna się słaniać na nogach. Spadek do 0 proc. oznacza natychmiastową śmierć.

W ten sposób Konami doprowadziło do absurdalnej sytuacji, w której każda misja musi być poprzedzona napełnieniem żołądka do oporu. By było to możliwe, najpierw trzeba zdobyć półprodukty. Polowanie na zwierzęta oraz zbieranie roślin odbywa się poza bazą. Podczas tych aktywności awatar gracza również staje się głodny i zasycha mu w gardle. Gdy wracamy z nieugotowanym prowiantem do bazy, wskaźniki zaspokojenia potrzeb spadają więc do 20 – 30 proc.

W ten sposób gracz staje się więźniem mechanizmu, który dwukrotnie wydłuża rozgrywkę. Metal Gear Survive opiera się na niezmiennym cyklu: misja -> polowanie -> jedzenie -> misja. Głód i pragnienie są jak kula u nogi, przez którą gracz ciągle musi wracać do bazy, aby gotować kolejne posiłki ze znalezionych składników. Być może w późniejszej fazie rozgrywki możemy założyć jakiś ogródek albo chlew, ale po kilku pierwszych godzinach z MGS nie widzę takiej możliwości.

Znikające w oczach procenty źle wpływają na komfort psychiczny gracza.

Grając w Survive, czuję się, jak gdybym siedział na rozsypanych szpilkach. Zamiast wypocząć przed konsolą, robię się bardziej zestresowany. Wyścig z głodem i pragnieniem trwa nieustannie. Nie tylko podczas wykonywania misji oraz eksploracji, ale również w czasie przebywania w bazie. Tworzenie nowych broni, produkcja amunicji do łuku, awansowanie z poziomu na poziom, ulepszanie pancerza, czytanie opisu misji – podczas tych czynności również spadają wskaźniki!

Metal Gear Survive to nieustanny wyścig. Nawet w bazie nie czuję się bezpiecznie. Każda sekunda spędzona w świecie gry, którą nie przeznaczam na polowanie lub wykonywanie misji, wydaje się bezpowrotnie stracona. Ma się wrażenie, że Konami non stop stoi nad użytkownikiem z batem, krzycząc „szybciej, szybciej!“. Okropne uczucie.

Na pewno nie raz i nie dwa graliście w grę, która posiadała sekwencję czasową.

Musieliście znaleźć i rozbroić bombę w określonym czasie, inaczej wybuchał budynek. Albo rozwiązać zagadkę w ciągu kilkudziesięciu sekund, bo inaczej do pomieszczenia wtaczał się trujący gaz. Ewentualnie przebiec odcinek od A do B, aby na czas uratować piękną księżniczkę. Grając w Metal Gear Survive, czuję, jak gdyby cała produkcja była jedną, wielką sekwencją czasową. Albo podwodnym poziomem ze znikającym paskiem tlenu. Na dłuższą metę to naprawdę nie jest przyjemne.

Nie chodzi o to, że Metal Gear Survive jest trudne. Uwielbiam wymagające produkcje! Najnowsza gra Konami jest po prostu nieprzyjemna. Dyskomfortowa. Popędzająca. Albo japońscy producenci zrobią coś z suwakami głodu i pragnienia, albo prędzej dostanę rozstrojenia nerwowego, niż zdążę napisać pełną recenzję tego tytułu.

Dołącz do dyskusji

Advertisement