7 lat po katastrofie w Fukishimie nadal nie wiemy, jak sobie poradzić z jej skutkami

Artykuł/Nauka 05.02.2018
7 lat po katastrofie w Fukishimie nadal nie wiemy, jak sobie poradzić z jej skutkami

7 lat po katastrofie w Fukishimie nadal nie wiemy, jak sobie poradzić z jej skutkami

11 marca 2011 roku Japonię nawiedziło największe od 140 lat trzęsienie ziemi. Czwarte co do wielkości, do jakiego doszło na świecie. Tak zaczyna się historia katastrofy jądrowej w Fukishimie.

Zaczyna się, bowiem japońska elektrownia jądrowa była bardzo dobrze przygotowana na wypadek trzęsienia Ziemi. Wstrząsy na poziomie 9.0 wywołały natychmiastową reakcję systemów awaryjnych. Elektrownia wyłączyła się, a do gry wkroczyły systemy chłodzenia. Projektując elektrownię jądrową w Fukushimie, japońscy inżynierowie doskonale wiedzieli, że muszą zabezpieczyć ją na wypadek trzęsienia ziemi.

Systemy bezpieczeństwa poddały się dopiero po uderzeniu fali tsunami, która była tak wysoka, że bez problemu pokonała 15-metrowe mury ochronne otaczające elektrownię. Morska woda dostała się wszędzie, skutecznie wyłączając wszystkie awaryjne generatory prądu, co przełożyło się na brak chłodzenia rdzeni i do wybuchu wodoru.

Katastrofa w Fukishimie: brak ofiar śmiertelnych

katastrofa w fukishimie
Porównanie poziomów radioaktywności: kwiecień 2011 (po lewej) i kwiecień 2016 (po prawej). Źródło: Prefektura Fukushimy

Z powodu awarii elektrowni Fukishima-1, do środowiska przedostał się radioaktywny cez-137, o aktywności 36 PBq. Z powodu promieniowania nie umarł żaden Japończyk. Co więcej, według raportu przygotowanego przez Komitet Naukowy ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) nie wykryto żadnych szkód zdrowotnych spowodowanych promieniowaniem po awarii w Fukishimie.

Nie oznacza to jednak, że problem związany z katastrofą japońskiej elektrowni jądrowej został rozwiązany. Wręcz przeciwnie. Specjaliści firmy Tokyo Electric Power Company, która jest właścicielem elektrowni, wciąż nie wiedzą jak poradzić sobie z problemem niekontrolowanych, radioaktywnych wycieków do wód Oceanu Spokojnego.

Nikt nie wie, jak w pełni usunąć skutki awarii.

katastrofa w fukishimie
Wnętrze reaktora Fukishima Daiichi. Źródło: World Nuclear Association

Aktualnie na świecie nie istnieje bowiem żadna, gotowa technologia, która mogłaby ten problem rozwiązać. Prace likwidacyjne skupiają się na chłodzeniu zgliszczy i monitorowaniu sytuacji. Dopiero na początku lat 20. TEPCO zajmie się usuwaniem paliwa jądrowego – takie generalne sprzątanie będzie jedną z najdroższych operacji, jeśli chodzi o usuwanie skutki awarii elektrowni jądrowych. Japończycy szacują, że proces ten pochłonie kilkadziesiąt miliardów dolarów.

Największym problemem są jednak te niekontrolowane wycieki. Władze Japonii podjęły oczywiście stosowne środki ostrożności. Próg dopuszczalnej radioaktywności dla ryb zmniejszono z 500 Bq/kg do 100 Bq/kg. Dla porównania – przepisy Unii Europejskiej dopuszczają 600 Bq/kg. Rygorystyczne normy nie sprawią jednak, że paliwo jądrowe przestanie zagrażać Japończykom. Jeśli w najbliższym czasie doszłoby do trzęsienia ziemi o podobnej skali, kolejna fala tsunami mogłaby okazać się jeszcze bardziej tragiczna w skutkach.

Japonia nadal wierzy w energię jądrową

Czy katastrofę w Fukishimie da się w pełni opanować i po niej posprzątać? Tego na razie nie wiemy. Nawet po tak ogromnej klęsce, władze Japonii nie chcą rezygnować z energii jądrowej. Zaraz po awarii Fukishimy-1, wszystkie elektrownie atomowe zostały w Japonii wyłączone. Oznacza to, że od 6 lat 100 proc. energii elektrycznej produkowanej na tej małej wyspie pozyskiwana jest z paliw kopalnych. Najpopularniejszym z nich jest węgiel, który od czasu katastrofy importowany jest do Japonii na potęgę.

Elektrownie węglowe nie są jednak tak przyjazne środowisku, jak atom. Dlatego też w Japonii aktywowano już 5 z 50 elektrowni jądrowych. Wszystkie placówki, po katastrofie w Fukushimie-1 przeszły też bardzo rygorystyczne kontrole oraz zostały zmodernizowane, aby podobne awarie nie wystąpiły w przyszłości. Tak przynajmniej deklaruje japoński rząd.

Dołącz do dyskusji