iPhone X po kilku miesiącach – czym się nadal zachwycam, a co okazało się niewypałem?

Artykuł/Sprzęt 05.02.2018
iPhone X po kilku miesiącach – czym się nadal zachwycam, a co okazało się niewypałem?

iPhone X po kilku miesiącach – czym się nadal zachwycam, a co okazało się niewypałem?

Telefon za 5 czy 6 tysięcy złotych to nic innego jak przesada i fanaberia. A jednak – choć wciąż nie jestem pewien dlaczego – pozwoliłem sobie na nią. I tak kilka miesięcy temu iPhone X zagościł w moich rękach. Czas podsumować, co Apple zrobił dobrze, a co koncertowo zepsuł. 

Gigantyczny, standardowy plus: ależ to jest wykonane!

Podtrzymuję w pełni to, co pisałem niedługo po odebraniu swojego iPhone’a X – ten smartfon jest wykonany jak dzieło sztuki. Nawet kilka miesięcy po tym, jak przestał być dla mnie zupełną nowością, z chęcią zerkam na niego, a od czasu do czasu biorę go do ręki, żeby poczuć to przyjemne wrażenie płynące z obcowania z czymś naprawdę świetnie wykonanym.

Gładki metal, szkło i świetnie zrealizowane przejścia między nimi – jest naprawdę za co chwalić Apple w tej kwestii, choć chyba nikt nie spodziewał się niczego innego.

Oczywiście wizualnie mogłoby być jeszcze lepiej. Ramki po bokach mogłyby być węższe, ekran wypełniać cały front, bez niezbyt eleganckiego wycięcia, natomiast sposób ulokowania dwóch obiektywów woła o pomstę do nieba. Cóż, wszystkiego mieć nie można.

Za piękny wygląd niestety się płaci. Nie tylko przy kasie.

iPhone X jest telefonem równie pięknym, co delikatnym. Nie dbam przesadnie o telefon, ale staram się, żeby nie podróżował w kieszeni razem z kluczami, na intensywniejsze części wypraw jeździ w dedykowanym pokrowcu, a w góry zabieram go wyłącznie w Otterboksie.

I mimo tych wszystkich podjętych środków, dziś podczas robienia zdjęć powitał mnie taki widok – dwóch bardzo głębokich rys. Nie mam nawet najmniejszego podejrzenia kiedy mogły powstać. A wyglądają na takie, których zrobienie wymaga dość poważnych starań.

O mikroryskach nawet nie wspominam – zdobią niestety radośnie zarówno front, jak i tył telefonu. Przy czym z tyłu są o wiele mniej dokuczliwe, bo ten wiecznie znajduje się pod milionem odcisków palców.

Trzeba jednak Dziesiątce przyznać, że wcale nie jest tak krucha, jak mogłoby się wydawać. Upadek z około 1,4 m na twarde kafle zakończył się bez szwanku (rysy ze zdjęcia nie powstały na pewno wtedy). Choć kto wie – może po prostu był to szczęśliwy traf?

Inna sprawa, że trochę rozczarowała mnie oferta bardziej odpornych obudów dedykowanych iPhone’owi X, a w szczególności ta marki Otterbox. Z jakiegoś powodu najwyższy model, Defender, nie posiada już ochronnego plastiku na ekran. Szkoda, bo mocno ogranicza to miejsca, w których podczas wycieczki można przechowywać telefon.

Gesty, gesty, gesty.

Nie ma przycisku Home, więc… nie ma problemu. Odejście od niego było dla iPhone’a jedną z najlepszych zmian ostatnich lat. Przede wszystkim dlatego, że jego nieobecność zwolniła przestrzeń dla ekranu, a minimalizacja aplikacji czy przełączanie się pomiędzy nimi jest jeszcze łatwiejsze i szybsze. Szybsze może i faktycznie o ułamki sekundy, ale to zawsze coś.

Przesunięcie w górę – minimalizacja. Przesunięcie w górę i przytrzymanie – lista otwartych aplikacji. Przesunięcie poziomo – powrót do poprzedniej aplikacji. I tyle. W żadnym wypadku nie jest do tego potrzebny fizyczny przycisk. Przy okazji menu wielozadaniowości niektórym może nie pasować utrudnione zamykanie aplikacji, ale ja akurat i tak z tego nie korzystałem – prawdopodobnie na liście programów mam jeszcze te, które uruchomiłem dawno, dawno temu i w ogóle o nich zapomniałem.

Najlepszy gest? Oczywiście szybkiego powrotu do poprzedniej aplikacji, co zdecydowanie potrafi przyspieszyć pracę.

Z drugiej strony – nowe Centrum Sterowania to bardzo, bardzo smutny żart.

Cóż, ekran iPhone’a X nie zawsze jest piękny i czysty…

Ten element iOS – przynajmniej w porównaniu z Androidem – nigdy nie był przesadnie mocnym elementem, ale na iPhonie X w zasadzie przestałem z niego korzystać, z wyjątkiem pojedynczych sytuacji.

Powód? Ulokowanie gestu wywoływania Centrum Sterowania w prawym górnym rogu dużego przecież telefonu. Jeśli chcemy to zrobić trzymając telefon jedną ręką, musimy się potężnie nagimnastykować. Jeśli natomiast chcemy musimy zrobić to dwoma rękoma, to cóż, to znaczy, że to jest źle pomyślane.

Doszło nawet do tego, że chcąc skorzystać z latarki, nie uruchamiam Centrum Sterowania, tylko blokuję telefon i wywołuję latarkę z poziomu ekranu blokady.

PS. Pomimo posiadania iPhone’a X od kilku miesięcy, od czasu do czasu myli mi się, z której strony uruchamia się Centrum Sterowania. Efekt? Aktywuję blokadę ekranu…

Ekran – i tutaj mam mieszane uczucia, choć powinienem się zachwycać.

Piękny, wielki, ze świetnymi kolorami, fantastyczną czernią (dzięki której przejście ramki i notcha jest niezauważalne), wystarczająco wysokim zagęszczeniem pikseli, z dostosowywaniem się do warunków zewnętrznych, jasny, kiedy tego potrzeba i ciemny, kiedy nie powinien razić oczu. Na pierwszy rzut oka wszystko w ekranie iPhone’a X jest dokładnie tak, jak można oczekiwać po telefonie za takie pieniądze.

Z drugiej strony, i widziałem, że nie jestem w moim przekonaniu całkowicie odosobniony, są powody, dla których wolałem starsze ekrany, montowane w poprzednich iPhone’ach. Pierwszym jest to, że po prostu wolę chłodniejsze odcienie, a jakby się X nie starał, zawsze będzie przynajmniej lekko ciepły. Po drugie OLED w najnowszym iPhonie generuje problemu, których wcześniej nie było, a które są charakterystyczne dla OLED-ów. Czyli np. różowawe zabarwienie przy krawędziach. Występuje to wprawdzie w moim egzemplarzu tylko przy minimalnym podświetleniu i patrzeniu na telefon pod ostrym kątem, przy wyświetlaniu treści na białym tle, ale jeśli raz już się to zobaczyło, nie da się tego odzobaczyć.

Nie jest to przy tym żadna wada – taka po prostu charakterystyka tego typu ekranu. Męczy tylko to, że w 3x tańszym SE problemu z tym nie miałem.

Tajemnica notcha – gdzie jest, kiedy go nie ma?

Za wadę iPhone’a – co może wydać się dziwne – nie jestem w stanie za to uznać tego nieszczęsnego fragmentu wyciętego z ekranu i zasłaniającego m.in. obiektyw przedniej kamery czy czujniki Face ID. Może to kwestia przyzwyczajenia, może według niektórych będzie to próba bronienia przed samym sobą tak nieracjonalnego zakupu, ale jeśli ktoś spyta mnie, czy notch mi przeszkadza, bez wahania odpowiem: nie.

Owszem, dałoby się to rozwiązać inaczej. Można było – i sam byłem tego zdania – zamiast brzydkiego wcięcia dać pasek po całej szerokości i nie bawić się w żadne cudaczne rogi. Tylko że w codziennym użytkowaniu Apple i producenci aplikacji w większości przypadków tak właśnie to rozwiązali.

Notch zajmuje bowiem miejsce, gdzie i tak nie byłoby wyświetlane wiele (w Androidzie z jego paskiem powiadomień byłoby to większym problemem). A skoro tak, to straty tej przestrzeni trudno żałować, tym bardziej, że jeśli aplikacja ma czarne tło lub czarną belkę, to całość wygląda absolutnie naturalnie. Są tylko trzy wyjątki od tej reguły. Pierwszy to, i tutaj naprawdę wstyd, niektóre aplikacje Apple. Czarny notch odcina się niezbyt urokliwie na tle białego tła aplikacji. Drugi wyjątek to wideo oglądane w poziomie, rozciągnięte na pełny ekran – notch jest tutaj zawsze widoczny i bolesny. Trzeci przypadek to programiści, którzy nie do końca czytają wytyczne producenta albo ten przesyła im je w wersji niekompletnej. W efekcie np. aplikacja Garmina jest zoptymalizowana pod iPhone’a X, ale dwie ikony pod notchem są dociągnięte do samej jego krawędzi. Już na starcie wygląda to źle, ale kiedy ikony pogrubiają się (przy ładowaniu danych) i częściowo wpadają po notcha, wygląda to absolutnie tragicznie.

Ale jeśli ktoś nie liczy każdego piksela, prawdopodobnie notch nie będzie mu przeszkadzał. Chociaż ukrywać nie będę – gdyby go nie było, świat byłby trochę lepszy.

Aplikacje? Jest dobrze, choć na początku nie wyglądało to przyjemnie.

Tym, co najbardziej bolało w ekranie iPhone’a X nie był sam notch, a fakt, że niezbędne jest przystosowanie aplikacji do nowych proporcji i charakterystyki wyświetlacza. Efektem była masa programów, które wyświetlały się z wielkimi czarnymi pasami na górze i na dole. Przynajmniej tuż po premierze nowego iPhone’a.

Jak jest dziś? Z 79 aplikacji, które znajdują się w pamięci mojego telefonu (i z których część jest mocno niszowa), zaledwie 1 czy 2 nie wspierają w pełni nowego układu. Co ciekawe, znajduje się wśród nich… Endomondo, więc nawet dużym zdarzają się wpadki. Z drugiej strony mniejsi programiści, tacy jak autorzy Vozilli czy Mapy Turystycznej jakoś sobie z tym zadaniem poradzili. I to już dawno.

Face ID – ach i ech.

Czy Face ID to jeden z najlepszych dodatków do smartfonów w ostatnich latach? Tak. Czy Face ID to jeden z najbardziej nieudanych i irytujących dodatków do smartfonów w ostatnich latach? Tak.

Z Face ID mam taki problem, że kiedy to rozwiązanie ma odpowiednie warunki do działania, działa genialnie. Podnoszę telefon – jest odblokowany. Chcę kupić aplikację? Po prostu patrzę w telefon, zamiast kłaść palec na na przycisku. Chcę wprowadzić hasło z mojej bazy haseł? Wystarczy, że popatrzę w telefon.

Do tego Face ID działa niezależnie od tego, czy dopiero wstałem, czy kładę się spać, czy właśnie biegałem, czy może pół dnia odpoczywałem, czy mam miesięczną brodę, czy właśnie się ogoliłem, czy mam na głowie kaptur i czapkę, czy może żadnego dodatkowego okrycia, a przy okazji zmieniłem fryzurę. Działa. 9 przypadków na 10. A może nawet 95 przypadków na 100.

Ale ma to miejsce tylko wtedy, kiedy faktycznie trzymam telefon w ręce. Telefon na biurku kawałek ode mnie? Pudło. Telefon na szafce w korytarzu? Pudło. Telefon w samochodowym uchwycie (oczywiście nie w trakcie jazdy, a np. przy postoju na światłach)? Przeważnie pudło. I tak raz za razem – nie pamiętam już, kiedy ostatnio wpisywałem na iPhonie hasło tak często. Prawdopodobnie na 5-tce, która żadnego biometrycznego zabezpieczenia nie miała.

Niestety żadne przywracanie Touch ID – a już szczególnie lokowanie go z tyłu urządzenia – nie byłoby dla mnie jakimkolwiek rozwiązaniem. W żadnej z sytuacji, w których narzekam na Face ID, Touch ID z tyłu nie byłaby w stanie pomóc. Może umieszczenie czytnika na przycisku zasilania, wzorem Xperii, miałoby jakiś sens.

Aparat – nie dam głowy, czy najlepszy. Ale bez dwóch zdań – świetny.

Przyznaję się, nie mam porównania np. z najnowszymi Pixelami, ale wiem jedno – aparat w iPhonie X jest świetny. Jest świetny w tym rozumieniu, że niezależnie jak bardzo nie umiesz robić zdjęć telefonem, i tak efekt będzie co najmniej dobry. Jeśli nie bardzo dobry.

Choć po przejrzeniu mojej galerii zdjęć muszę przyznać, że te są odrobinę…

… monotonne.

I można się oczywiście kłócić, że np. najnowszy Pixel XL radzi sobie lepiej w słabym świetle, LG V30 daje więcej przyjemności z fotografowania i tak dalej. Nie dyskutuję z tym. Ale jeśli ktokolwiek kupi iPhone’a i poświęci chwilę na zabawę z aparatem (i potem ewentualnie zabawę z jakimiś prostymi narzędziami do obróbki zdjęć), to z aparatu będzie bardzo zadowolony.

Choć z drugiej strony podobnie zadowoleni będą użytkownicy wyraźnie tańszego iPhone’a 8 Plus, który – poza brakiem stabilizacji w dodatkowym obiektywie – powinien zapewnić dokładnie taki sam efekt.

Nie wszystko jednak w aparacie iPhone’a X jest idealne.

Tryb portretowy to zabawka. Przeważnie zepsuta.

“Nie spodziewałem się niczego, a i tak jestem rozczarowany” – tak w skrócie można podsumować moje doświadczenia z trybem portretowym, z którego po jakimś czasie zacząłem korzystać coraz mniej i mniej.

Po pierwsze, co raczej łatwe do przewidzenia, nie ma co się spodziewać, że efekt Trybu Portretowego będzie porównywalny chociażby do niskopółkowej lustrzanki z jasnym obiektywem. Jest ładnie, efektownie, ale i czuć, że sztucznie.

Po drugie, Tryb Portretowy działa dobrze, o ile jesteś łysy, gładko ogolony i stoisz na tle równomiernie oświetlonej i równo pomalowanej ściany. Jeśli nie spełniamy tych wymagań, jest spora szansa, że ładny portret uda nam się zrobić za 5 albo za 15 razem. A kiedy już uznamy efekt za satysfakcjonujący i powiększymy fotografię, okaże się, że i tak nagle część włosów jest rozmazana, część nie, i tak dalej. Najbardziej dramatyczne efekty daje natomiast Tryb Portretowy w ustawieniu studio (czarno-białym). Można się czasem przestraszyć.

PS. Tryb portretowy kiepsko też działa na kotach i psach. Tzn. działa dobrze tak za którymś razem z rzędu, kiedy kota/psa dawno już w fotografowanym przez nas miejscu nie ma.

W końcu po całej reszcie świata – ładowanie bezprzewodowe.

Wiem, że nie wypada się 2018 roku cieszyć z ładowania bezprzewodowego. Wiem, że Androida dało się tak ładować jeszcze w czasach, kiedy sztandarowe modele z tym systemem zasilało się węglem. Ale mimo to obecność bezprzewodowego ładownia cieszy.

Do tego stopnia, że – z wyjątkiem wyjazdów i jazdy samochodem – w ogóle nie korzystam z przewodowej ładowarki. Ba, nie mam ani jednego kabla pod ręką w domu. Codziennie wieczorem kładę iPhone’a X na ładowarce bezprzewodowej i codziennie rano go z niej zdejmuję. Czy taki sposób ładowania jest szybki? Nie, jest wręcz patologicznie powolny (od niedawna szybszy, jeśli ma się szybszą ładowarkę – ja takiej nie mam). Ale 7-8 godzin wystarczy na regenerację zarówno mi, jak i iPhone’owi.

I tyle mi wystarczy. Natomiast naprawdę bym się nie obraził, gdyby przy cenie na poziomie 5000 zł ktoś dorzucił do zestawu szybką ładowarkę.

Niech ktoś poprawi ten iOS 11!

Przy czym niekoniecznie chodzi o poprawki funkcjonalne, a raczej estetyczne. I to z gatunku tych naprawdę paskudnych. Na przykład różna wielkość fontu dookoła notcha. Albo przycisk Gotowe wyświetlający się przy przenoszeniu ikon ekranu głównego, którego fragment wchodzi pod notcha.

Ble, fuj.

Śmiga, po prostu śmiga.

Nie jestem fanem benchmarków i podobnych syntetycznych testów – przynajmniej do momentu, kiedy widzę, że mój telefon działa dokładnie tak szybko, jak tego od niego oczekuję. I cóż – tutaj nie ma zdziwienia, iPhone X jest błyskawiczny (nie, nie ma u mnie problemów z odbieraniem połączeń przez opóźnione wybudzanie ekranu).

Ale nad tym punktem nie ma się co rozwodzić – gdyby X nie był chociaż trochę wolniejszy niż „niesamowicie szybki”, to byłaby to gigantyczna wada dla telefonu za niemal 5000 zł w najtańszej opcji.

Akumulator? Mogło być lepiej, mogło być gorzej.

Akumulator w iPhonie X jest pod niemal każdym względem standardowy, żeby nie powiedzieć, że jest przeciętny. Na dwie pełne doby użytkowania, jeśli faktycznie coś na nim robimy, nie powinniśmy nawet liczyć. Jedna – przy względnie intensywnym użytkowaniu – jest jak najbardzej możliwa i tutaj upatrywałbym standardowego czasu pracy na jednym ładowaniu.

Jeśli natomiast nie wypuszczamy telefonu z rąk, np. nudząc się na lotnisku i mając do zabicia kilka lub nawet kilkanaście godzin – liczmy się z tym, że jednak trzeba będzie poszukać kontaktu.

Brać czy nie brać?

Biorąc pod uwagę fakt, że mamy już luty… powiedziałbym, że nie. iPhone X jest świetnym pod niemal każdym względem telefonem (a już napewno wtedy, kiedy lubimy iOS), ale jego ponadstandardowe atuty, które przemawiają za tym, że warto dać za niego 5000 zł, są dość specyficzne.

Dla mnie największą zaletą X było to, że był to pierwszy od wielu lat tak gruntownie przemodelowany smartfon Apple (do tej pory trzymałem się zresztą SE). Pierwszy taki. Pierwszy z całej linii nowych smartfonów, które potem będą tylko poprawiać pomysły, które wprowadzono właśnie przy okazji X. Kolejne będą miały mniejsze ramki, lepiej działające Face ID, może mniejszego notcha, może odporniejszą obudowę, a do tego cały szereg standardowych poprawek – lepsze procesory, może więcej pamięci, etc. Nie będą jednak tymi pierwszymi, a to właśnie ta pierwszość kusiła w X chyba najbardziej. To właśnie ona kierowała mną w momencie, kiedy trzeba było podjąć decyzję, czy warto jest dopłacić ekstra. To oczywiście głupie, bo w rzeczywistości jest to dopłacanie ekstra do bycia betatesterem niedoskonałego produktu. Ale co poradzić – sam pomysł kupowania telefonu za 5000 zł jest głupi, więc skoro tak, to dlaczego nie brnąć dalej?

Aczkolwiek w tym momencie, kiedy jesteśmy na około 6-7 miesięcy przed prezentacją (o ile wszystko potoczy się normalnym rytmem) całej nowej gamy X-ów, nie jestem pewien, czy oryginalny X jest aż tak kuszącym kąskiem. Z każdą chwilą świadomość tego, że ma się coś pierwszego tego rodzaju, będzie się zmieniać w świadomość, że tuż za rogiem czeka model stworzony według podobnego pomysłu, ale przy tym pod niemal każdym względem lepszy. I jeśli okaże się dużo lepszy, może to się poważnie odbić na cenach pierwowzoru na rynku wtórnym.

Gdybym więc dziś wpadł na pomysł zakupu aktualnego X-a, nie mając przy tym specjalnej potrzeby wymiany (czytaj: zepsutego poprzedniego telefonu), prawdopodobnie poczekałbym te kilka miesięcy. W końcu telefon za 5000 zł nie jest czymś, co wymienia się co pół roku.

Dołącz do dyskusji