Szef jednego z największych wydawnictw na świecie mówi – schrzaniliśmy sprawę. E-book to głupi produkt

Artykuł/Media 20.02.2018
Szef jednego z największych wydawnictw na świecie mówi – schrzaniliśmy sprawę. E-book to głupi produkt

Szef jednego z największych wydawnictw na świecie mówi – schrzaniliśmy sprawę. E-book to głupi produkt

Przyznaję, dawno już nie czytałem tak mocnych słów dotyczących rynku książki, jednocześnie przeplatanych tak wielkim niezrozumieniem dynamicznie zmieniającego się świata nowych technologii.

Arnaud Nourry, CEO grupy Hatchette, należącej do tzw. „wielkiej piątki” największych wydawców świata, udzielił ostatnio wywiadu indyjskiemu serwisowi Scroll.in.

Szef Hachette mówi wprost – e-book to głupi produkt.

Zdaniem CEO wydawnictwa, e-booki dotarły do pułapu, z którego w obecnej formie nie są w stanie już zagarnąć dla siebie więcej udziałów w rynku i teraz czeka je tylko droga w dół.

Ciekawe słowa, biorąc pod uwagę fakt, że e-booki w znanej nam dziś formie są z nami de facto dopiero od około dekady – czyli od początków istnienia czytników Amazon Kindle. W krajach, gdzie branża książkowa ma się dobrze (np. Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy Francji) e-booki stanowią dziś raptem 20 proc. rynku, podczas gdy jeszcze rok temu stanowiły 25 proc. Uśredniając, w innych krajach książka elektroniczna to zaledwie 5-7 proc.

Nourry, zapytany o przyczynę tego stanu rzeczy, odpowiedział wprost:

Nie sądzę, żeby tendencja spadkowa e-booków miała się odwrócić. Wynika to z ograniczeń formatu. E-book jest głupim produktem. Jest dokładnie taki sam, jak książka, tyle że elektroniczny. Nie ma w nim kreatywności, usprawnień, prawdziwych cyfrowych doświadczeń.

 

My, jako wydawcy, nie wykonaliśmy dobrej roboty w cyfryzacji. Próbowaliśmy. Próbowaliśmy poszerzonych i wzbogaconych e-booków – nie podziałało. Próbowaliśmy aplikacji, stron z treścią – mieliśmy jeden lub dwa sukcesy pośród setek porażek. Mówię tu o całej branży. Nie poradziliśmy sobie.

Mówiąc bez ogródek, CEO Hachette przyznaje, że wydawcy schrzanili sprawę.

Nie potrafili przekonać czytelnika, że książka cyfrowa jest lepsza. Jednocześnie Arnaud Nourry posypuje głowę popiołem:

Jestem przekonany, że jest coś, co możemy wynaleźć, wykorzystując nasze treści cyfrowe poza e-bookami, ale dochodzę do wniosku, że firmy wydawnicze nie mają umiejętności i talentu, by to zrobić, gdyż wydawcy przyzwyczajeni są do czytania manuskryptów i tworzenia designu na płaskiej kartce. Nie znają pełni potencjału trójwymiaru i digitalizacji.

Wspomina też, że grupa Hachette, celem nabycia wspomnianych wyżej umiejętności i talentu, rozpoczęła współpracę ze studiami gier. Wszystko po to, by próbować nowych formatów.

Wydawcy drżą o swoją przyszłość. I tak tłumaczą wysokie ceny e-booków.

Szef Hachette w wywiadzie poruszył też temat cen e-booków, wyjaśniając, dlaczego nadal są tak drogie. Parafrazując, Nourry mówi wprost, iż ceny e-booków są tak wysokie, aby nie kanibalizować rynku.

Tłumaczy, że „jeśli cena będzie zbyt niska, rynek się rozpadnie. Stracą wydawcy, stracą księgarze, stracą supermarkety”. Przy czym… chcąc trzymać się wierności przekładu, musiałbym raczej użyć słowa „zginą”, nie „stracą”. CEO w wywiadzie używa słowa „kill”, z pełnym przeświadczeniem oznajmiając, że nadmierne obniżenie cen e-booków poza ekosystemem Amazonu przełoży się na śmierć istniejących sieci sprzedaży.

Czytając między wierszami można bardzo łatwo dojść do wniosku, że szef jednego z największych wydawnictw na świecie drży o przyszłość rynku wydawniczego. Za przykład „nadciągającej katastrofy”, pokazuje doświadczenie rynku muzycznego, który – jak mówi Nourry – w ostatniej dekadzie stracił blisko połowę swoich przychodów.

Podaje przykład tego, jak nadmierne obniżanie cen (i streaming, choć tego nie powiedział wprost) „zabiły” rynek muzyczny i jednocześnie podkreśla, że książka, jako dzieło nie tylko popkultury, ale też kultury wysokiej, musi być chroniona bardziej niż muzyka. Dlatego Hachette i podobne mu wydawnictwa nie decydują się na radykalne obniżenie cen e-booków, aby nie kanibalizować istniejącej infrastruktury.

I to jest moment, w którym wyraźnie widać sprzeczność w słowach szefa Hachette. Z jednej strony mówi, że e-book to głupi, nieudany produkt, a z drugiej przekonuje, że jego popularyzacja poprzez obniżenie cen „zabiłaby” rynek.

To przykład buty, która zaboli rynek książkowy, tak jak zabolała rynek muzyczny.

Zanim wyjaśnię, dlaczego, pozwólcie, że przytoczę jeszcze kilka słów z wywiadu, które każda osoba śledząca rozwój technologicznego świata uzna za absurdalne – otóż CEO Hachette uważa, że z ich punktu widzenia Facebook i Google nie mają znaczenia:

Nie sądzę, żebyśmy w jakikolwiek sposób konkurowali z Google’em czy Facebookiem, prócz jednej kwestii – czasu czytania książek, który spada wszędzie na rzecz mediów społecznościowych.

Dalej mówi, że Facebook i Google to odwrotność ich biznesów, i mają znaczenie co najwyżej jako narzędzia do odkrywania nowych książek, plus marginalne znaczenie reklamowe (to o Facebooku, Google w ujęciu reklamowym nie pada).

Cały ten wywód wieńczą piękne w swym absurdzie słowa uderzające w self-publishing:

Nasz biznes polega na wybraniu z trzech tysięcy manuskryptów tego jednego. Self-publishing wybiera wszystkie trzy tysiące i nie widzi tego jednego, w który należy zainwestować.

Szef Hachette mówi te słowa w jednej linii z oświadczeniem, że rolą wydawców jest dostarczanie wartościowej treści, skupianie się na jakości, podnoszenie poprzeczki… i ja się pytam – czy to znaczy, że „50 twarzy Greya”, „Dziewczyna w Oknie” i inne, podobne „hity” ostatnich lat są niby tego przykładem? Uznam to za pytanie retoryczne.

Na koniec Nourry niechętnie przyznaje, że cyfryzacja sprawiła, że książka musi konkurować z innymi formami rozrywki.

Och, biedni wydawcy.

Poziom pychy bijący ze słów szefa Hachette jest porażający.

I idealnie obrazuje globalną sytuację na rynku wydawniczym. Wydawcy są ślepi, czy raczej nie chcą patrzeć na to, jak w ciągu ostatniej dekady zmieniła się konsumpcja dóbr kultury. Nie akceptują rzeczywistości, w której nie są tzw. gatekeeperami. W której każdy może wydać swoją książkę, w której Facebook i Google rządzą i dzielą. W której nie mają pełnej kontroli nad tym, co czytamy, jak czytamy i ile za tę przyjemność płacimy.

To pycha, która sprawia, że na świecie, a także coraz bardziej i w Polsce, tak prężnie rozwija się scena niezależnych autorów, niezależnych sieci sprzedaży i wydawnictw typu „joint publishing”, takich jak np. Altenberg Radka Kotarskiego, w których wydawca i pisarz w równym stopniu odpowiadają za kształt i powodzenie książki na rynku.

Ta sama pycha nieodwracalnie zmieniła rynek muzyczny. Wytwórnie przez długi czas pozostawały ślepe na digitalizację, rozwój streamingu i nowe formy komunikacji ze słuchaczami. I stracili na tym ogromnie, bo dziś obserwujemy ogromny wysyp niezależnych, fantastycznych artystów, którzy do niczego wytwórni nie potrzebują. I to samo czeka rynek książki.

Oczywiście tradycyjni wydawcy nie znikną. Ba, nie sądzę nawet, by zeszli do niszy. Ale stracą ogromnie, odpychając od siebie tysiące utalentowanych pisarzy, którzy – w przeciwieństwie do branży wydawniczej – mają w sobie chęć rozwoju i pomysł na to, jak promować swą twórczość innymi kanałami niż tradycyjne, i na pewno nie nazywają Facebooka i Google’a „nieistotnymi”.

Strata wydawców to zysk czytelników.

Paradoksalnie, im szybciej branża wydawnicza odczuje skutki swojej buty, tym szybciej skorzystają na tym czytelnicy. Widać to już wyraźnie w działaniach zagranicznych self-publisherów, którzy błyskawicznie nauczyli się, że książka to dziś tylko jeden z elementów układanki i regularnie serwują swoim wiernym fanom tony dodatkowych treści – czy to zdjęć, czy to wideo, czy tekstu umieszczanego w mediach społecznościowych.

My, czytelnicy, otrzymujemy w ten sposób znacznie więcej, niż otrzymywaliśmy dotychczas. I – co ważniejsze, tak sądzę – będziemy mogli sami wybrać, kierując wzrok nie tam, gdzie wydawca wrzucił najwięcej kasy w marketing, ale tam, gdzie twórca najbardziej zainteresuje nas tym, co tworzy. A każdy twórca w końcu ma szansę na znalezienie swojego grona odbiorców, nie czekając na to, aż jakiś wydawca wybierze jego dzieło jako “to jedno” z trzech tysięcy.

Dołącz do dyskusji

Advertisement