Przypomniałam sobie, jak przyjemnie być anonimową w sieci

Felieton/Technologie 05.02.2018
Przypomniałam sobie, jak przyjemnie być anonimową w sieci

Przypomniałam sobie, jak przyjemnie być anonimową w sieci

Wielki Brat przyjął niespodziewane oblicze. Obok utraty prywatności na rzecz systemu, utraciliśmy prywatność i wolność ekspresji wobec samych siebie.

Media społecznościowe nie bez powodu wydają się polem starcia ekstremistów z różnych stron politycznych i światopoglądowych barykad. Nikt rozsądny nie chce mieć z tym cyrkiem nic wspólnego i woli autocenzurę.

Złapałam się ostatnio na tym, że nie piszę w mediach społecznościowych tego, na co mam ochotę. Historie, w których ktoś wpadł w kłopoty, bo wrzucił na Facebooka czy Twittera coś kontrowersyjnego są zbyt powszechne. Jednak nie tylko to powoduje moją powściągliwość – doszłam po prostu do wniosku, że publiczne wyrażanie opinii w internecie, może zbyt dużo kosztować i nie jest tego warte.

Czasem dyskutuję ze znajomymi na ostre i kontrowersyjne tematy. Przychodzi mi to bez problemu, bo to ludzie mi znani, lubiani przeze mnie i lubiący mnie. To ludzie, którzy oceniają się nawzajem nie tylko na podstawie kilku tweetów czy wpisów na fejsie. Znamy swoje wzajemne motywacje, charaktery i dyskusja na gorące tematy nie zmienia tego.

W tak zwanym świecie rzeczywistym wiadomo z kim i o czym rozmawiać, których tematów unikać w rozmowie z poszczególnymi osobami, by nie doszło do niepotrzebnych animozji. W mediach społecznościowych nie ma takich filtrów. Filtry istnieją na Facebooku, ale bądźmy szczerzy, mało kto ma czas, by posortować znajomych zgodnie z tym jakie posty mają widzieć.

Przez ostatnią dekadę świadomość konsekwencji aktywności w mediach społecznościowych, stała się niemal powszechna. Media, co chwilę piszą o kimś zwolnionym za to, co wrzucił na fejsa, a pracodawcy wymagają “przyjaznego” wizerunku w sieci. Daliśmy się przekonać, że jesteśmy markami, nie ludźmi.

Zaczęliśmy się więc cenzurować. Kto tego nie robi, szybko zostaje wrzucony do którejś z grup i jest postrzegany przez jej pryzmat. Może też ekspresowo zantagonizować mnóstwo ludzi, doprowadzić do zajadłości i wrogości. Może też zawęzić grupę osób, z którymi wchodzi w interakcje, tylko do tych o podobnych poglądach.

Do tego wszystkiego dochodzi presja tworzenia wyimaginowanego, nieistniejącego świata. Do sieci nie wrzuca się kiepskich fotek z brzydkimi momentami codziennego życia, rzeczy nieudanych, nieestetycznych, przykrych czy nieatrakcyjnych. Chcemy być lepsi niż jesteśmy, więc wycinamy zdjęcia, upewniamy się że nie znajdzie się na nich nic, co mogłoby świadczyć o tym że prowadzimy normalne, nie zawsze piękne życie.

Aspirujemy do bycia kimś, kim nigdy nie będziemy. Wybieramy momenty, które niekoniecznie są najlepsze, ale są za to najatrakcyjniejsze do sprzedania na Instagramie czy Snapchacie.

Ostatnio przypomniałam sobie, jak dobrze i przyjemnie być anonimową w sieci.

Zwykłe konto na Redditcie sprawiło, że znowu poczułam chęć wypowiadania się, dyskutowania z ludźmi, dzielenia się informacjami i przeżyciami. O dziwo osiągnęłam niespodziewany efekt: mimo anonimowości nie kłócę się z ludźmi, nie obrażam, wręcz odwrotnie.

Wyrwana ze szponów przynależności do grup, z chęcią dyskutuję z innymi anonimowymi osobami. Bycie miłą dla ludzi, z którymi kompletnie się nie zgadzam, jest całkiem przyjemne, bo nie czekają mnie później konsekwencje w postaci zarzutów o przynależność do drugiej strony.

Przynależność do społeczności, które nie zakładają, że wiedzą o mnie wszystko po kilku komentarzach i brak mojego imienia i nazwiska, dają mi wolność od ludzi grzebiących w życiorysie, wyciągających daleko idące wnioski i atakujących personalnie.

Ten brak komentarzy ludzi, których spotkało się raz w życiu, których nie chce się specjalnie znać, jest naprawdę przyjemny. To wolność od myślenia o tym, że za 20 lat ktoś będzie mógł odnaleźć to, co dziś napisałam. Autocenzura się wyłącza i można w końcu być sobą, wyjść z lustrzanego panoptykonu.

Dołącz do dyskusji