Po raz pierwszy od lat zapłaciłem za nawigację na smartfonie. I nie żałuję

Po raz pierwszy od lat zapłaciłem za nawigację na smartfonie. I nie żałuję

Po raz pierwszy od lat zapłaciłem za nawigację na smartfonie. I nie żałuję

Jaką nawigację samochodową wybrać? Do niedawna odpowiedź dla mnie była prosta: Google Maps. Była, bo Mapy Google trafiły właśnie do folderu z rzadko używanymi aplikacjami.

I było to rozstanie zaskakująco łatwe, nawet pomimo tego, że z nawigacją od Google przejechałem dziesiątki tysięcy kilometrów. Co w tym wszystkim najciekawsze, przez większą część tych podróży nie mogłem Mapom Google nic zarzucić.

A jednak wróciłem z radością do zamierzchłych czasów, kiedy za nawigację na smartfonie trzeba było płacić.

Zaczęło się niewinnie.

Pewnego dnia, kilka tygodni temu, Łukasz napisał, żeby koniecznie zainstalować NaviExperta. Po co, skoro mam swoje Mapy Google? Po to, żeby sprawdzić… jak spisuje się Wiedźmin Geralt w roli głosu nawigacji (choć tak, wiem, to nie nowość).

Z ciekawości zainstalowałem NE, ale nawet go nie uruchomiłem. Zdecydowałem, że może kiedyś sprawdzę, czym tak zachwycał się Łukasz. A może i nie – i po pół roku nieklikania w ikonę aplikacji po prostu przerzucę ją do kosza.

W końcu miałem swoje Mapy Google.

Potem zrobiło się poważniej.

Mapy Google zawiodły mnie poważnie w okresie świątecznym, całkowicie ignorując otwarcie nowego odcinka drogi S5 i uparcie prowadząc mnie starą, mniej wygodną “piątką”. Nie był to pierwszy taki przypadek – wcześniej podobnie działo się chociażby z niektórymi odcinkami drogi S8.

Wtedy jednak jakoś przełykałem te niedogodności – w końcu jeśli coś jest za darmo, to nie musi być idealne. Do tego wcale nie chciało mi się sprawdzać, która nawigacja faktycznie jest najlepsza i instalować wszystkie po kolei.

Teraz miałem jednak zainstalowanego NaviExperta i do wykorzystania 7 dni bezpłatnego okresu testowego. W sam raz na nadchodzący urlop, podczas którego niemal codziennie pokonywałem 200-300 km.

Zarejestrowałem się więc, przeciągnąłem ikonę NE na główny ekran i… tak już zostało. Dlaczego? Powodów jest kilka:

Ograniczenia prędkości. W końcu.

Głupio się przyznawać, ale podczas licznych przejażdżek testowych przyzwyczaiłem się do tego, że samochód monitoruje ograniczenia prędkości i jest w stanie poinformować mnie o nich, jeśli zagapię się i przeoczę któryś ze znaków.

Niestety moje auto tego nie potrafi. Nie potrafi tego też – z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów – Google Maps. Za to NaviExpert – przynajmniej na trasach, które zjeździłem – radzi sobie z tym wyśmienicie, dodatkowo informując, kiedy za bardzo poniesie nas fantazja.

Proste, przyjemne i skuteczne – szczególnie w sytuacjach, kiedy np. z jakiegoś powodu w środku lasu nagle okazuje się, że jedziemy po terenie – teoretycznie – zabudowanym.

Trasa dla człowieka, nie dla komputera.

Może to mylne wrażenie, ale nie mogę oprzeć się przekonaniu, że Mapy Google potrafią czasem wyznaczyć trasę optymalną z punktu widzenia komputera, ale niekoniecznie z punktu widzenia kierowcy.

O co chodzi? Np. o zjechanie z drogi głównej, ominięcie jednej przecznicy boczną, kiepsko utrzymaną drogą i niemal natychmiastowy powrót na główną. Co mi to daje? W zasadzie nic. Ale według algorytmu Google’a prawdopodobnie oszczędzam w ten sposób minutę. A może 30 sekund.

W NaviExpercie jeszcze się z taką sytuacją nie spotkałem, nawet przy korzystaniu z opcji najszybszej trasy, a nie wyłącznie prowadzącej drogami głównymi.

Zresztą sam algorytm wyznaczania tras wydaje się często lepszy niż w Mapach Google. Dokładniej są też szacowane czasy przejazdu – podczas gdy z prognoz GM udawało się często sporo urwać (albo sporo stracić), przewidywania NE często pokrywają się co do minuty.

PARKINGI

Przepraszam za wielkie litery, ale to kolejna rzecz, której nie wiem, z jakiego powodu nie znajdziemy w Google Maps.

Dojechanie do miejsca docelowego to często jeden z mniejszych problemów – później trzeba jeszcze gdzieś zaparkować. I NaviExpert przy wyszukiwaniu celu podróży od razu podpowiada, gdzie znajdują się parkingi w okolicy, czy są płatne, kiedy są czynne i ile trzeba z nich iść, żeby dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Cudo.

Fotoradary

A raczej – przynajmniej z aktywnym głosem Geralta – łowcy orenów. Tak, tak, wiem, powinno się jeździć zawsze zgodnie z przepisami, co zresztą robię – jeszcze nigdy nie przyszło do mnie żadne zdjęcie z fotoradarów.

Ale zawsze przyjemnie jest wiedzieć, gdzie jaki stoi. Ot, na wszelki wypadek.

Korki? POI? Jest dobrze.

Tym, czego najbardziej się bałem przy przesiadce z Map Google, było pogorszenie jakości dostarczanych informacji o korkach, wypadkach i istotnych obiektach w okolicy.

Na szczęście – przynajmniej na moich trasach – nic takiego nie miało miejsca. NaviExpert pewnie prowadził do malutkich miejscowości w Sudetach, znajdował raczej niezbyt wielkie i niezbyt popularne hotele w okolicy, a kiedy trzeba – prowadził na faktycznie najbliższą stację benzynową. Być może znalazłyby się pozycje, które są w Google Maps, ale nie ma ich w NaviExpercie, ale… to ewentualne rozczarowanie jeszcze mnie czeka.

Ku mojemu zdziwieniu nie mogę też narzekać na jakość informacji na temat korków. NE informował o nich (i o związanej z nimi zmianą trasy) zanim miałem szansę wpakować się w wielokilometrowy korek. Nie było też fałszywych alarmów na temat zatorów, co zdarzało mi się kilka razy w przypadku wbudowanych nawigacji samochodowych. Kiedy zignorowałem sugestię o zmianie trasy… faktycznie stawałem w sznurku wolno poruszających się pojazdów.

Mówi, kiedy chcę. I jak chcę.

Czyli po prostu opcja konfiguracji częstotliwości pojawiania się komunikatów. W Mapach Google nie mamy na to wpływu. W NE można ustawić, kiedy mają się pojawić – w tym nawet na 5 km przed kolejnym manewrem (nie polecam – często nakłada się to wtedy na aktualny manewr).

Niby drobnostka, ale lubię mieć wszystko ustawione po swojemu.

Tak samo drobnostką, ale taką, która ma dla mnie znaczenie, jest wiedźmiński głos w nawigacji. Jasne, to trochę dziecinne, żeby się tym cieszyć, ale zawsze, kiedy Geralt poinformuje mnie, że wyznaczył nową trasę na podstawie danych redańskiego wywiadu, na mojej twarzy gości szeroki uśmiech. Cóż, kiedy spędziło się ponad 200 godzin w jakiejś grze, miło ją sobie w taki sposób odświeżyć. 

Nie mówiąc już o tym, że to fantastyczna odskocznia od tych wszystkich syntetycznych głosów z wielu innych nawigacji. Tym bardziej, że lektor w tym przypadku naprawdę się przyłożył – komunikaty są wypowiadane tak niskim i tak chropowatym głosem Geralta, że w trakcie jazdy mam wrażenie, że jeszcze przez kilka sekund po zakończeniu kwestii słowa unoszą się we wnętrzu samochodu.

Nie twierdzę, że NaviExpert jest najlepszą nawigacją…

… bo jest w zasadzie jedyną, jakiej od lat dałem szansę (poza Google Maps) i ma też swoje wady. Podstawowa? Czytelność mapy w trakcie nawigacji. Mapy Google w jakiś sposób opanowały to do perfekcji – rzut oka i już doskonale wiem, gdzie mam dalej jechać. NaviExpert, tak jak i wiele innych aplikacji tego typu, czasem wykorzystuje taki zestaw kolorów, że wszystko zlewa się w jedno. Nie ma dramatu, ale mogłoby być lepiej.

Zdecydowanie nie obraziłbym się też, gdyby aplikacja była ciut ładniejsza (chociaż duże brawa za optymalizację pod iPhone’a X). Nie mam pewności, gdzie leży problem, ale minimalistyczne Google Maps wypada w takim porównaniu wyraźnie lepiej.

Nie da się też nie wspomnieć o wadzie oczywistej – NaviExpert jest płatny. W tej chwili kosztuje 100 zł za roczny abonament na mapę Polski, co jest kwotą o – jak nietrudno wyliczyć – 100 zł wyższą, niż w przypadku Map Google.

Dla mnie jednak szereg dodatków w stosunku do Google Maps był warty tych kilku złotych miesięcznie. No i ten głos Geralta…

Dołącz do dyskusji