Dark Souls zjadam na śniadanie, ale gołąb z działem Gatlinga dał mi popalić. Enter the Gungeon – recenzja

Recenzja/Gry 12.01.2018
Dark Souls zjadam na śniadanie, ale gołąb z działem Gatlinga dał mi popalić. Enter the Gungeon – recenzja

Dark Souls zjadam na śniadanie, ale gołąb z działem Gatlinga dał mi popalić. Enter the Gungeon – recenzja

Wyrwałem się ze snu łowcy w Bloodborne. Rozpaliłem ogień w Dark Souls. Lords of the Fallen przebiegłem w locie. Uważałem się na niezłego gracza, a złamała mnie dwuwymiarowa produkcja, w której gołąb z działem M61 Vulcan pruje pociskami jak opętany. Enter the Gungeon połknął mnie, przeżuł i wypluł. Ale się nie poddaję.

Każdy starszy gracz pamięta modę na shoot’em up – to typ gier, w których ekran zostaje zalany masą pocisków, wybuchów i zagrożeń. Rolą gracza jest omijanie tego wszystkiego, przy jednoczesnym strzelaniu do celów. Produkcje z takiego miotu były popularne zwłaszcza na automatach, a dominujący szablon wcielał gracza w rolę pilota małego myśliwca. Klasyka, którą postanowiono odświeżyć i ubrać w zupełnie nowe szaty.

Enter the Gungeon to szalone połączenie podgatunków shoot ’em up oraz roguelike.

Z jednej strony na ekranie mamy prawdziwe piekło pocisków i eksplozji. Z drugiej, lokacje zawsze są generowane proceduralnie. Układ korytarzy, pomieszczeń, skrzyń, sekretów oraz przeciwników zmienia się z każdym podejściem do gry. Podejść będzie z kolei naprawdę wiele, ponieważ Enter the Gungeon to cholernie wymagająca, przerażająco bezwzględna produkcja.

Założenie tytułu jest bajecznie proste. Wcielasz się w jednego z czterech śmiałków o unikalnych broniach i właściwościach, a następnie schodzisz do Lochu Broni – tytułowego Gungeonu. Ten za każdym razem jest inny, ale obowiązują w nim te same uniwersalne zasady. Loch zawsze musi się składać z kilkunastu pomieszczeń wypełnionych przeciwnikami, sklepu oraz pomieszczenia z bossem. Jednak nawet on jest losowy.

Randomizacji podlega w zasadzie wszystko. Każde zejście do lochu będzie inne. Różnią się nie tylko przeciwnicy, ale również znajdowane bronie. Za jednym razem możemy natrafić na potężny karabin snajperski, aby innym zdobyć… broń na groszek. W Enter the Gungeon nic nie jest pewne. No, może poza tym, że będziecie padać jak muchy. Teraz najgorsze: po każdej śmierci gracz trafia na górę lochu. Zawsze. Bez wyjątków. Nasz postęp jest bezlitośnie kasowany.

Loch Broni składa się z kilku poziomów. Coś jak Diablo. Każdy kolejny jest trudniejszy.

Przyznam się – u szczytu formy dotarłem do trzeciej warstwy. Tych jest trzy razy więcej. Z każdym niepowodzeniem znowu trafiałem na powierzchnię, musząc rozpoczynać zmagania od pierwszego poziomu. To boli. Jest co prawda możliwość skorzystania ze specjalnej windy, ale aby ją odblokować, trzeba pokonać bossa bez ani jednego zadrapania. Patrząc na to, ile pocisków fruwa w powietrzu, wydaje mi się to niemal niemożliwe. Nie dla zwykłego śmiertelnika.

Czytając to wszystko możecie pomyśleć, że Enter the Gungeon to symulator masochizmu, od którego trzeba się trzymać jak najdalej. Wręcz przeciwnie. Dzięki proceduralnie generowanemu światowi porażki nie frustrują jak w Dark Souls. Pomaga świadomość, że ponowne zejście do lochu to zupełnie nowa przygoda. Nowe rozdanie kart. Coś jak poker, tylko bez smrodu niedogaszonych papierosów unoszącego się nad stołem.

Enter the Gungeon jest idealny na krótkie sesje, po kilka – kilkanaście minut. Włączyć, dostać po tyłku, wyłączyć. Skrótowa wersja prozy życia, którą mogę zabrać ze sobą w podróż, ponieważ gra jakiś czas temu zadebiutowała również na konsoli Nintendo Switch. To właśnie na niej katuję tego potwora, próbując sił zarówno samemu, jak i w trybie kooperacji. Wspólna rozgrywka przy pomocy dwóch Joy-Conów jest bardzo intuicyjna. Wrogowie dostają wtedy dłuższe paski życia, a gracz numer dwa jest skazany na konkretną postać, początkowo odczuwalnie słabszą od pozostałych bohaterów. Nie może być przecież zbyt łatwo. Nie w tej grze.

Enter the Gungeon to uzależniająca sala tortur, w której dostaje się wiele smaczków na osłodę.

Jestem zachwycony ogólną stylistyką gry oraz projektami postaci. Tytuł przesiąkł humorem oraz wpływem popkultury. Twórcy notorycznie puszczają oko do odbiorcy, mieszając Władcę Pierścieni, papierowe RPG, Terminatora, Dark Souls i masę innych dzieł w wielkim kotle 2D. Nic tutaj nie jest na serio, chociaż muszę z zaskoczeniem przyznać, że producentom udało się stworzyć zadziwiająco ciekawą mitologię. Na czytaniu komicznych opisów postaci spędziłem znacznie więcej czasu, niż chciałbym przyznać.

Największe zalety:

  • Wciąga i uzależnia
  • Sporo humoru, ciekawa mitologia
  • Mechanika oparta na ostrzale i unikach
  • Każde zejście do lochu jest inne
  • Niesamowite projekty broni
  • Polska wersja również na Nintendo Switch

Największe wady:

  • Odstraszający poziom trudności
  • Niejasno wytłumaczone mechanizmy rozgrywki
  • Brak chociaż minimalnej ciągłości postępu (jak np. paragony w Diablo)
  • Trzeba przełknąć, że losowość bywa bardzo niesprawiedliwa

Najważniejsze jest jednak to, że Enter the Gungeon jest po prostu bardzo grywalny. Wjazd do pomieszczenia pełnego przeciwników z przekomiczną giwerą w dłoniach (których w grze jest około 100) budzi ekscytację. Niezależna produkcja posiada bardzo przyjemną mechanikę ostrzału. Gra ewidentnie ma coś pod spustem. Trochę jak Destiny. Powtarzalne bang! bang! bang! daje frajdę za 15, 20 i 100 razem. To z kolei w grach roguelike jest najważniejsze.

Dołącz do dyskusji

Advertisement