Nawet największa oferma poczuje się tutaj jak kosmiczny mistrz walki. Dragon Ball FighterZ – recenzja

Recenzja/Gry 30.01.2018
Nawet największa oferma poczuje się tutaj jak kosmiczny mistrz walki. Dragon Ball FighterZ – recenzja

Nawet największa oferma poczuje się tutaj jak kosmiczny mistrz walki. Dragon Ball FighterZ – recenzja

Dragon Ball FighterZ jest skazane na sukces. To najbardziej przystępna gra na licencji Smoczych Kul od lat. Uwielbiani wojownicy wykonują kapitalne sekwencje, a wszystko wygląda jak żywcem wyjęte z anime. Masz wrażenie, że zostałeś prawdziwym mistrzem sztuk walk. Potem jednak włączasz multi i już znasz swoje miejsce. Pozostaje usiąść w kącie i zapłakać.

Nie mam żadnych wątpliwości, że Dragon Ball FighterZ zostanie jedną z gier turniejowych. Mistrzostwa z tą bijatyką będą organizowane na imprezach pokroju EVO, gromadząc sporą rzeszę publiczności. Jeżeli bowiem przedrzeć się przez otoczkę Smoczych Kul do samego serca tej produkcji, mamy do czynienia z wysoko techniczną, rytmiczną produkcją tag-team. Zbudowaną wokół optymalnych, kilkunastoelementowych sekwencji combo na stałe wypalanych pod czaszkami pro-zawodników.

Dragon Ball FighterZ ma DNA turniejówki, ale twórcom udało się zrobić coś, na czym poległ nowy Street Fighter.

To nie fragment filmiku. To zrzut ekranu ze środka walki!

Chodzi o stworzenie wierzchniej warstwy, łupiny wręcz, która będzie atrakcyjna dla każdego gracza. Nie tylko weterana bijatyk wyposażonego w Fighter Sticka, ale również typowego fana Smoczych Kul. Takiego, który ze słodko-gorzkim grymasem co tydzień ogląda odcinkowe Dragon Ball Super. Twórcy dołożyli wszelkich starań, aby mniej zaawansowani odbiorcy również miali co robić. Pod tym względem Dragon Ball FighterZ jest zupełnym przeciwieństwem piątego Street Fightera, który ukazał się na rynku tak ogołocony, że przechodziło to wszelkie akceptowalne normy.

Dragon Ball FighterZ ugina się od zawartości dla jednego gracza. Jej sercem jest kampania offline, z filmami przerywnikowymi oraz zupełnie nowym przeciwnikiem. No, w zasadzie, to kampanie są aż trzy. Każda na kilka godzin. Producenci stosują świetną zabawę narracyjną – najpierw przechodzimy wydarzenia w Dragon Ball FighterZ z perspektywy tych dobrych. Później tych złych. Następnie lądujemy gdzieś pośrodku skali szarości, odkrywając, o co naprawdę chodzi w historii.

Co zaskakujące, scenariusz Dragon Ball FighterZ naprawdę nie jest zły. Oczywiście jak na grę wideo opartą na licencji Smoczych Kul. Najwięcej robią tutaj dialogi, które są zadziwiająco trafne. Bohaterowie przestali być niedomyślnymi idiotami. Zwracają uwagę na elementy, które budzą podejrzliwość gracza. Potrafią wnioskować i łączyć wątki. Nie stoją z wybałuszonymi oczami i nieśmiertelnym -Nani?! na ustach. Wciąż jest kolorowo i bezkrwawo, ale Dragon Ball stał się nieco mniej naiwny. Odświeżająca zmiana.

Dragon Ball FighterZ przywraca serię do czasów walk 2,5D

Po pokonaniu kampanii nie trzeba sprzedawać gry. Zawartości offline jest znacznie więcej.

W grze znajduje się klasyczny tryb Arcade z rosnącym poziomem trudności. Warto się z nim zmierzyć, ponieważ w nagrodę otrzymacie Goku Blue oraz Vegetę Blue. Jeśli wasi kumple również są fanami Dragon Balla, to znajdziecie w grze coś jeszcze lepszego – możliwość zorganizowania własnego turnieju. Na pewno pamiętacie schemat z mangi i anime – system drabinkowy, parzysta liczba uczestników i walka o całkowitą dominację. Świetna odskocznia od kanapowej FIFY podczas spokojnego spotkania w gronie przyjaciół.

Chociaż większość z was omija samouczki, do Dragon Ball FighterZ została zaimplementowana cała sekcja wyczerpujących tutoriali. Te są niezwykle przydatne. Jest tutaj wszystko; od systemu żonglowania postaciami, przez potężne ataki specjalne, na długich sekwencjach combo kończąc. Coraz więcej producentów bijatyk podchodzi śmiertelnie poważnie do samouczków (Injustice 2) i cieszy mnie, że DBF wpisuje się w ten trend. Bez praktyki pod czujnym okiem mentora naprawdę nie ma sensu pchać się do trybów wieloosobowych. Ten tytuł ją zapewnia.

Goku Blue to jedna z kilku postaci z anime Dragon Ball Super

Pozostałe tryby to World Match (gra rankingowa online), Local Battle, Ranking, Replay oraz niezobowiązująca Arena (również online). Skoki między turniejami na dwa pady, kampanią, sieciowymi starciami rankingowymi oraz trybem Arcade sprawiają, że naprawdę jest co robić. Nawet wyłączając z tego równania World Match, zabawy jest na co najmniej kilkanaście godzin. To naprawdę nie tak, że przejdziecie fabułę i zostaniecie z niczym. Jest po co wracać do tego tytułu.

To, co w Dragon Ball FighterZ podoba mi się najbardziej, to miłość i uznanie do serii bijące od każdego piksela.

W studio Arc System Works musi być naprawdę wielu fanów tej mangi. Chociaż gra działa na Unreal Engine, w żaden sposób nie przypomina nieco grubo ciosanego Tekkena 7. Postaci wyglądają jak żywcem wyjęte z anime. Dosłownie kopiuj/wklej. Twórcom bijatyki udało się to, czego od lat nie może osiągnąć studio Dimps, chociaż wypluwa jedną grę z Dragon Ball w tytule za drugą. Chodzi o zatarcie wizualnych różnic między animacją i grą wideo. Dragon Ball FighterZ to najbardziej smocze Smocze Kule w historii. Bardziej już się chyba nie da.

Zderzenia fal energii są piękne, ale to combo stanowią podstawę walk

Każdy zrzut ekranu gry to mangowe dzieło sztuki. Gra prezentuje się kapitalnie. Jest żywa. Świetnie zoptymalizowana. Niezwykle wierna oryginałowi. Do tego twórcy Dragon Ball FighterZ raz za razem mrugają do fanów, przełamując czwartą ścianę. Jak wtedy, gdy łysy Kuririn wspomina, że miło by było, gdyby tym razem nie zginął. Albo weźmy kapitalną scenę z Yamchą, który odwraca sytuację śmierci z anime. To trzeba zobaczyć. Takich kwiatków jest tutaj cała masa. Płyta z grą się od nich ugina.

W Dragon Ball FighterZ istnieje masa sytuacji, które aktywujemy tylko w wyjątkowych okolicznościach. Na przykład gdy konkretna postać staje naprzeciwko konkretnego przeciwnika, wykonując konkretny atak końcowy na konkretnej arenie. Dzięki temu bijatyka nieustannie zaskakuje. Bohaterowie dyskutują ze sobą w zależności od tego, jaki dobraliśmy zespół. Obrażają oponentów, a nawet… wykonują specjalne, całkowicie unikalne ataki, których nie mają w standardowym wachlarzu ruchów. Ta gra to dla fanów anime skrzynia pełna skarbów.

Dialogi w Dragon Ball FighterZ są zaskakująco dobre

Jeżeli chodzi o samą walkę, jej podstawy są bajecznie proste. Trzeba się postarać, żeby ich nie zrozumieć

Klasyczny podział na lekkie, średnie i ciężkie ataki został uzupełniony atakami KI. Kroki w tył to automatyczne blokowanie, z kolei zaawansowane umiejętności aktywuje się, kręcąc kierunkowe ćwierć-koła. Do tego dochodzi ładowanie paska mocy, który pozwala na używanie potężnych umiejętności oraz silniejszych wariacji ciosów niższego rzędu. Na to nałożony zostaje chwyt przełamujący gardę, a także sekwencje combo. Nic, z czym ktokolwiek miałby trudność.

Nawet żółtodzioby będą w stanie wyprowadzać potężną Kamehamehę czy Final Flash. Wystarczy do tego muśnięcie raptem trzech przycisków. Tyle że tu wcale nie o Kamehamehę chodzi. Poprzednie bijatyki DB, zwłaszcza z serii Budokai oraz Xenoverse, gloryfikowały potężne pojedyncze ataki energetyczne. FighterZ jest inne. Final Flash? Jasne, czemu nie, ale jako zakończenie rozpisanej na kilka sekund sekwencji ciosów. Tego typu atak wyprowadzony na surowo to marnotrastwo energii. Bajecznie łatwo jest się przed nim obronić.

Czasami kamera przełącza się na bardziej filmowy tryb

Combo, combo i jeszcze raz combo. Gdy je opanujecie, dochodzi do tego żonglowanie postaciami, których zawsze wybieramy aż trzy. Przy pięknych wizualnych fajerwerkach łatwo zapomnieć, że Dragon Ball FighterZ to bijatyka typu tag-team. Umiejętne zmiany wojowników przeprowadzane w czasie rzeczywistym to taktyczny klucz do zwycięstwa. Postaci za bandą regenerują energię, a do tego można je przyzywać w roli chwilowych asystentów. Kto o tym zapomina, przegra każdą sieciową potyczkę.

Muszę przyznać, że dopóki nie uruchomiłem Dragon Ball FighterZ, nie podobała mi się ta techniczna formuła tag-team.

Byłem do niej zrażony zwłaszcza po niezwykle rozczarowującym Marvel vs Capcom Infinite, które również zakładało żonglerkę postaciami. Twórcy DBF wykonali jednak kapitalną robotę. Podmiana wojowników nie ciąży. Nie doskwiera. Wręcz przeciwnie – od razu wchodzi w krwiobieg i korzysta się z niej z chęcią. Tag-team w stylu FighterZ to jedno z lepiej przemyślanych rozwiązań tego typu, z jakimi KIEDYKOLWIEK miałem do czynienia. Nie przesadzam. System działa bajecznie, pomimo aż dwóch zmienników.

Nie byłem również przekonany do skali potyczek. Pamiętając najlepsze odsłony Budokai z ery PlayStation 2, chciałem widzieć wybuchające areny z mnóstwem interaktywnych elementów. FighterZ jest z kolei płaskie i ze statycznym ujęciem kamery. Tej wolności poruszania się w stylu Xenoverse wciąż trochę mi brakuje, ale rozumiem, dlaczego twórcy nieco przyspawali bohaterów do ziemi. Inaczej stworzenie dobrze zbalansowanego, dynamicznego systemu turniejowego byłoby niemożliwe. Rybki albo akwarium.

Anime czy gra wideo? Dragon Ball FighterZ zaciera te granice

Dragon Ball FighterZ to gra w rzucie 2, oparta o bliski i średni dystans. Na szczęście osobom chcącym swobodnie latać po arenie pozostaje Xenoverse 2, które jest stale aktualizowane o nową zawartość. Również z Dragon Ball Super. Bardzo podoba mi się ten podział. Z jednej strony fani Smoczych Kul mają swobodne, ale mniej dopracowane i mniej wymagające Xeno. Z drugiej techniczne, bardziej dynamiczne, ale mniejsze i ciaśniejsze FighterZ. W tak komfortowej sytuacji miłośnicy japońskiej marki nie byli chyba jeszcze nigdy.

Nie chcę popadać w hurraoptymizm, ale tej bijatyce naprawdę ciężko jest coś zarzucić. Poza przaśną oprawą.

Największą wadą Dragon Ball FighterZ jest bez wątpienia żywe lobby. Ciekawy pomysł, ale kiepsko realizowany. Bieganie od jednej sekcji gry do drugiej męczy. Do tego oprawa graficzna trójwymiarowej poczekalni aż kłuje w oczy. Wywoływane skrótem klawiszowym klasyczne menu jest o wiele schludniejsze, szybsze i łatwiejsze w użyciu. Pomysł z czatem, naklejkami i przedmiotami kosmetycznymi też jest co najwyżej średni. Do tego kompletnie nie sprawdza się na konsoli.

Przepiękne są efekty specjalne w tej bijatyce

Dla wielu problemem może być również rankingowa rozgrywka sieciowa. Dragon Ball FighterZ w trybach offline i online to dwa zupełnie inne światy. W kampanii jest ciepło, miło i przytulnie. Walcząc z innymi graczami, tempo staje się dwa razy szybsze, a sekwencje ciosów trzykrotnie dłuższe. Pomiędzy rekreacyjnym wbijaniem losowych przycisków a poważną rywalizacją PvP zionie Wielki Kanion. Łatwo się zniechęcić, bo system matchmakingu potrzebuje kilkunastu starć do poprawnego działania.

Największe zalety:

  • Miłość do Dragon Balla bijąca z każdego piksela
  • Pełna smaczków i skarbów dla fanów anime
  • Sporo trybów offline, w tym trzyczęściowa kampania na poziomie
  • Zadziwiająco dobre dialogi (jak na Smocze Kule)
  • Bardzo prosty system walki…
  • … który pokazuje pazury podczas compo oraz żonglowania tag-team
  • Przepiękna oprawa wideo
  • Rewelacyjne postaci z nowego Dragon Ball Super (Beerus, Hit, Goku Black)

Największe wady:

  • Żywe lobby 3D
  • Grubo ciosany interfejs
  • Na siłę brak rankingowych turniejów drabinkowych online

Szukanie innych radykalnych wad byłoby mocno na siłę. Dragon Ball FighterZ stanowi rewelacyjną odskocznię od serii Budokai/Xenoverse. Wprowadza zupełnie nowy wymiar taktyczny. Walki są bardziej intensywne, agresywne i kontaktowe. Tempo zostało podkręcone, a grafika jest palce lizać. Na miejscu studia Dumps schowałbym się ze wstydu, widząc co z marką Dragon Ball zrobili ludzie z Arc System Works.

Trzymam teraz kciuki, aby pro-scena pięknie się rozrosła.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji