Czytamy etykiety na opakowaniach – część 1. oraz zapowiedź nowej serii

Artykuł/Nauka 13.01.2018
Czytamy etykiety na opakowaniach – część 1. oraz zapowiedź nowej serii

Czytamy etykiety na opakowaniach – część 1. oraz zapowiedź nowej serii

Gdy spotykamy się z hasłem „czytamy etykiety”, zazwyczaj pojawia się ono na blogach związanych ze zdrowiem lub świadomością konsumencką. Hasło to ma wtedy znaczenie zakładające: producent podaje rzetelne dane na temat składu produktu, a my przestrzeżemy was przed tym, co w tym produkcie jest szkodliwe.

Mniejsza nawet o to, że tego typu blogi są zazwyczaj nudne i jałowe: praktycznie bez czytania wiem, że blogi „dla mam” będą przestrzegać przez składnikami, które mają E i numerek w nazwie, bo wszystkie to chemia. Podobnie coraz modniejszy jest (chyba wymyślony przez słynną Vani Hari czyli „Food Babe”, a powtarzany przez naszą rodzimą Beatę Pawlikowską) slogan: jeśli nazwy środka spożywczego nie potrafi wymówić sześciolatek, nie powinien tego jeść. O tym, jak bardzo mylny jest pogląd, że najzdrowsze i naturalne produkty mają proste nazwy, jeszcze napiszemy.

Czego boją się mamy?

Wspomniane wyżej mamy z blogów rodzicielskich boją się literki E. Literka to oznaczać ma chemię, czyli coś szkodliwego. Co prawda, cała reszta produktu, jak i cała blogowa mama również składają się ze związków chemicznych, ale jeśli o czymś nie będziemy myśleli, to nie będzie istniało. Prawda?

Oznaczeniem E w praktyce oznacza się związki które są zatwierdzone jako dodatek do produktów spożywczych. Poszczególne numery nie są nadawane losowo – tak naprawdę są pogrupowane setkami tak, aby odzwierciedlić kategorię dodatku. Oto jak przedstawia się ten podział:

ZakresZakres Znaczenie
100-199 Barwniki
200-299 Konserwanty
300-399 Przeciwutleniacze i regulatory kwasowości
400-499 Środki spulchniające i żelujące, stabilizatory
500-599 Dodatkowe regulatory kwasowości, pH oraz inne środki pomocnicze
600-699 Wzmacniacze smaku
700-799 Antybiotyki. W praktyce nie spotkamy się z tym oznaczeniem na zwykłych produktach spożywczych.
800-899 Zakres ten nie jest używany
900-999 Środki słodzące, składniki polew i lukrów.
1100-1599 Kolejny zakres po nieużywanej luce w numeracji. Zawiera składniki, które nie zmieściły się w poprzednich kategoriach.

Czy sam fakt, że związek chemiczny ma przypisany numer E oznacza, że jest on sztuczny, i nienaturalny? Nie. Wśród tych numerów kryje się wiele znanych i występujących wokół na związków chemicznych, których normalnie się nie boimy. Przykłady to:

  • E300 – witamina C,
  • E160d – likopen, naturalny pigment, przeciwutleniacz chroniący przed chorobami nowotworowymi,
  • E948 – tlen.

Jak wiadomo zresztą pogoń za naturalnością jest nieracjonalny – naturalny jest np. wirus HIV lub jad żmii, a nikt nie powie, że są to substancje pożądane.

Badajmy opakowania

Opakowania potrafią być fascynujące – oprócz małych literek podających skład produktu, ich główne zadanie to wspieranie sprzedaży produktu. Dlatego właśnie producenci umieszczają na nich informacje mające zmanipulować potencjalnym kupującym. Coraz częściej zamiast zachwalać zalety produktu, producenci próbują wzbudzić w nas strach. Zjawisko to, zwane po angielsku fear mongering to niestety powszechna taktyka marketingowa. Okazało się, że łatwo nam coś sprzedać, strasząc nas.

Najczęściej straszymy czymś, co jest potencjalnie straszne dla naszego klienta, a czego w naszym produkcie nie ma. Stąd na półkach sklepowych zobaczymy:

  • wodę bez GMO
  • wodę bez tłuszczu
  • sól bez glutenu
  • płatki kukurydziane „teraz bez glutenu”

Musimy też zwracać uwagę na to, co opakowania obiecują. Duży napis na „soku” 100 procent często kończy się mniejszą czcionką informującą, że procenty dotyczą zawartości witaminy C, a sok okazuje się być zwykłym napojem owocowym. Musimy też być ostrożni, gdy widzimy napis bez dodatku cukru – często jest to napój słodzony czymś innym niż cukrem, np. syropem glukozowo-fruktozowym.

Trzecią kategorią są napisy zupełnie odjechane i wprost oszukańcze. Tutaj królują napisy na kosmetykach i produktach higienicznych. Na porządku dziennym widzimy tam różne wyciągi z jedwabiu, 80 proc. łatwiejsze rozczesywanie, czy też DNA łososia (jako składnik kremu).

Oglądając produkty w kuchni i łazience pomyślałem, że badanie opakowań może być dobrym pomysłem na serię wpisów, w których będę analizował, jak producenci próbują wpływać na nasze decyzje zakupowe i czy robią to w uczciwy sposób.

Kolejny tekst z nowej serii już wkrótce. Tymczasem komentarze – jak zwykle – są do waszej dyspozycji. Informujcie o absurdach, na jakie trafiliście na etykietach. Zdjęcia mile widziane.

Dołącz do dyskusji

Advertisement