Długo nie szukałem dla siebie prezentu na święta. Thule ProRide 598 – recenzja

Recenzja/Motoryzacja 18.12.2017
Długo nie szukałem dla siebie prezentu na święta. Thule ProRide 598 – recenzja

Długo nie szukałem dla siebie prezentu na święta. Thule ProRide 598 – recenzja

Dla większości rowerzystów sezon dawno się już zakończył. Ta chwila odpoczynku może być jednak dobrym momentem na uzupełnienie rowerowego ekwipunku. Albo zamówienie na ostatnią chwilę prezentu pod choinkę. 

Tak przynajmniej do zagadnienia podszedłem ja sam – skoro nie mogę (a raczej: nie chce mi się) jeździć w obecnych warunkach, to przygotuję się już teraz do sezonu, żeby później nie marnować go na oczekiwanie na niezbędny sprzęt. Co było tym niezbędnym sprzętem w moim przypadku? Odpowiedni uchwyt do samochodu do przewożenia roweru, żeby nie musieć już targać go luzem w bagażniku.

Na szczęście miałem trochę ułatwione zadanie – od kilku miesięcy na dachu mojego samochodu jeździ testowy Thule ProRide 598. I poznałem go już na tyle dobrze, że szukając kompletu uchwytów (jeżdżę przeważnie z dwoma rowerami – dla siebie i osoby towarzyszącej) długo nie musiałem się zastanawiać. Zdecydowałem się zamówić pod choinkę… dokładnie to samo.

Dlaczego?

Zero narzędzi.

Zero. Żadnego. Od momentu wyjęcia z pudełka nowego bagażnika dachowego, aż po ostateczny montaż roweru nie potrzebujemy nic.

No, może pary rąk. Ale jedna wystarczy.

Budowa jak czołg. Ale z pomysłem.

ProRide, jak na Thule przystało, jest dokładnie tak solidny, jak oczekiwalibyśmy po produkcie z najwyższej półki. Na szczęście pomyślano też o tym, żeby nie był on dosłownie czołgiem, który sam ma przerwać, rozwalając po drodze wszystko inne. Każdy element, który ma styczność z innymi sprzętami (np. bagażnikiem bazowym) jest właściwie zabezpieczony.

Plastikowe końcówki dawały mi też spokój ducha, kiedy woziłem ProRide’a… na tylnej kanapie.

Instalacja na dachu? 3 minuty.

Z czego połowa tego czasu to czas niezbędny na doniesienie ProRide’a z domu na podjazd.

Montaż jest tak banalny, że aż nie da się o nim zbyt wiele napisać, szczególnie jeśli ktoś posiada bagażnik bazowy z rowkiem T (20×20 mm) i nie potrzebuje żadnych adapterów. Przy pierwszym składaniu musimy nakręcić trzy śruby na odpowiednie zamykacze – to tyle, jeśli chodzi o składanie tego sprzętu.

Potem wystarczy odpowiednio wyregulować podstawy, żeby pasowały do rozstawu naszego bagażnika bazowego, wsunąć śruby z kwadratowymi łebkami w szyny, minimalnie dokręcić zaciski i złożyć je.

Cała operacja jest wręcz śmiesznie prosta, a sam bagażnik jest na tyle lekki (4,2 kg), że bez trudu – i ryzyka zarysowania lakieru na dachu – mogą to zrobić osoby, które nie dysponują większą siłą.

Jej odrobina może się wprawdzie przydać przy zatrzaskach, ale wtedy już można się po prostu oprzeć o nie, żeby ustawić je w odpowiedniej pozycji.

Jedyna wada? Jeśli musimy trochę dokręcić zatrzaski, to nie w każdym ich ustawieniu jest to wygodne – czasem minimalnie przeszkadzają pozostałe elementy bagażnika i trzeba zacisk doprowadzić do pionu. Nie jest to jednak wielki problem, tym bardziej, że raz prawidłowo nakręconych zatrzasków praktycznie nie trzeba później poprawiać.

Gigantyczną zaletą współpracy bagażnika z rowkami typu T jest dla mnie za to opcja założenia jednego bagażnika, zamontowania na nim roweru, a potem po prostu przesunięcia takiej konstrukcji i powtórzenie działania z drugim rowerem i bagażnikiem. Co istotne, podstawy bagażnika rowerowego są odpowiednio zabezpieczone i przesuwając je po bagażniku bazowym nie powinniśmy porysować ani jednego, ani drugiego elementu.

Przy okazji błyskawicznie można zmienić stronę bagażnika. Też bez żadnych narzędzi.

Montaż roweru? Minuta.

Ok, 1 minuta i 30 sekund. Tyle zajmuje solidny montaż roweru (maksymalna nośność 20 kg) – a przynajmniej tyle zajął mi podczas nagrywania tego wideo (przyspieszyłem je, żeby ktoś dotrwał do końca tego pasjonującego seansu). Czasem udaje się to zrobić jeszcze szybciej (o ile od początku koło odpowiednio wpadnie w nosidełko.

Co jest w tym wszystkim najlepsze? Że cały proces montażu roweru możemy zrealizować na raty. Łapa która chwyta ramę (22-80 mm przy ramie okrągłej, maks. 80×100 mm przy owalnej) jest na tyle stabilna, że wystarczy ją postawić, wrzucić rower na bagażnik, wsadzić w nią ramę, a potem – już bez ciężaru roweru na barkach – zająć się ewentualnymi korektami i dalszą częścią montażu.

Oczywiście z rowerem w takim stanie jechać nie możemy. Trzeba odpowiednio ustawić uchwyt na ramie, po czym dokręcić go właściwym pokrętłem. To jest na szczęście umieszczone w takim miejscu, że cała operacja przebiega bez obawy o to, że rower zaraz spadnie nam na głowę.

O odpowiednim poziomie dokręcenia poinformuje nas głośne kliknięcie – nie ma więc obaw o to, że w przypływie mocy zgnieciemy ramę.

Chwytak jest przy tym odpowiednio wyściełany i mimo licznych podróży i dokręceń do końca, nie zostawia na ramie żadnych niepokojących śladów. Do przewożenia karbonowych ram konieczne będzie jednak dokupienie specjalnego adaptera zabezpieczającego.

Po zakręceniu ramy w uchwycie zostaje tylko ustawić odpowiednio podkładki pod koła i zapiąć skośne pasy mocujące.

Jest to o tyle świetnie zorganizowane, że po pierwsze, przy wykonywaniu tych akcji nie trzeba już trzymać roweru, a po drugie – wszystko można zrobić szybko i sprawnie bez użycia jakichkolwiek narzędzi.

Thule zadbało przy okazji jeszcze o dwa detale. Gumowy ochraniacz zakładany na pasek pomoże nam uchronić przed uszkodzeniami koło. Przed zbędną pracą uchroni nas za to mechanizm naciągania paska – wystarczy kilka razy podnieść klapkę, żeby uzyskać odpowiedni efekt. Żeby natomiast zwolnić zacisk, wystarczy ją bardzo mocno wcisnąć.

Uwaga: Podstawki pod koła pasują do większości rowerów i kół, ale jeśli mamy np. fatbike’a, trzeba dokupić inne, szersze. 

Nie da się zamontować roweru źle.

To produkt z kategorii niemal zupełnie idiotoodpornych. Nawet jeśli tylko rzucimy okiem na instrukcję – i tak szokująco krótką – mamy praktycznie zerowe szanse na popełnienie jakichkolwiek błędów.

W przypadku niektórych kształtów ram trzeba wprawdzie odrobinę przesunąć uchwyt po wrzuceniu roweru, żeby znajdowała się ona idealnie na środku chwytaka, ale… przewiozłem kilka razy rower lekko przesunięty w tym miejscu i nie skończyło się to niczym złym.

Można z tym jeździć, kiedy nie chce się ściągać.

Jeśli komuś zabraknie czasu na ściąganie bagażnika po wyjeździe, może z nim spokojnie jeździć bez większych problemów. Zdarza się wprawdzie, że któraś z zostawionych luzem tasiemek do montowania kół zagwiżdże na wietrze, ale przez większość czasu obecność pustego bagażnika rowerowego na dachu jest niemal nieodczuwalna.

Największym zaskoczeniem było jednak dla mnie to, że podczas jazdy nie hałasuje uchwyt na ramę, który w teorii powinien na wybojach przynajmniej trochę podskakiwać. Nic takiego nie ma jednak miejsca.

Jeden zamek do wszystkiego.

Thule ProRide 598 wyposażono w dwa zamki – jeden przy chwytaku na ramę i drugi przy zacisku do bagażnika bazowego – obsługiwane jednym kluczem. Jeśli jednak doliczymy do tego bagażnik bazowy (kolejny kluczyk), drugi uchwyt (kolejny kluczyk) i ewentualnie jeszcze inne akcesoria (np. box dachowy), robi nam się tych kluczyków już sporo.

Na szczęście – co zresztą planuję zrobić – można bez problemu wymienić wkładki i mieć jeden kluczyk do wszystkich sprzętów od Thule.

Próbowałem wyrwać rower – nie udało się.

Zostawianie roweru na dachu to zawsze ryzyko, ale nie wiem, z jakimi narzędziami trzeba było podejść do tego bagażnika, żeby wydostać z niego rower. Nawet pomimo tego, że zabezpieczony jest on w zasadzie wyłącznie chwytakiem (paski da się bez problemu odpiąć), to wyjęcie go z niego jest w zasadzie niemożliwe. Można się z nim siłować ile się chce, a ten i tak nie odda nam roweru.

I najważniejsze – z tym się po prostu dobrze jeździ.

Montaż w kilka minut tuż przed wyjazdem może cieszyć, ale tylko pod warunkiem, że taki zestaw nie spadnie nam od razu z dachu. Na szczęście Thule i w tej kategorii nie rozczarowuje.

Montaż rowerów oczywiście nie jest aż tak solidny, jak gdybyśmy stosowali bagażnik rowerowy na widelec. Nawet przy idealnym, zgodnym perfekcyjnie z instrukcją montażu rower po szarpnięciu odrobinę buja się na boki. Cóż, takie najwyraźniej są maksymalne możliwości tego uniwersalnego systemu montażu.

Jeśli natomiast chodzi o samą jazdę, to ProRide 598 spisuje się dokładnie tak, jak można byłoby oczekiwać po sprzęcie od Thule. Kilkaset (a może nawet więcej) kilometrów przejechanych z rowerem na dachu nie przyniosło absolutnie żadnych niespodzianek. Raz dokręcone do bagażnika bazowego podstawy zachowywały swój układ przez cały wyjazd, natomiast rower zawsze w jednym kawałku docierał na miejsce docelowe.

598 jest też chyba tak cichy, jak cichy może być bagażnik z zamocowanym na nim rowerem. Owszem, jest trochę dodatkowego szumu (do przewidzenia), ale po dobrym spięciu wszystkiego nie ma żadnych irytujących pisków czy gwizdów.

Zresztą, gdyby było inaczej, nie zamawiałbym takiego zestawu prywatnie.

Wady? Oczywiście są.

Po pierwsze, choć niezbyt szokujące w przypadku sprzętów od Thule, ProRide 598 jest dość drogi. Cena na stronie producenta to niecałe 540 zł, czyli zauważalnie więcej, niż w przypadku reszty rynkowej stawki (jeśli mowa o uchwytach za ramę) i… poprzednich produktów Thule. Z drugiej strony, jeśli trochę poszukać, zwłaszcza w sezonie zimowym, to można 598 kupić o 100 albo i nawet więcej złotych taniej. I te czterysta z hakiem wydają się już absolutnie sensowne za komfort, jaki oferuje ten bagażnik. Tym bardziej, że to zakup na lata.

Oczywiście są też drobnostki, które można byłoby poprawić. Chociażby ramię, przynajmniej w moim egzemplarzu, utrzymuje – przed włożeniem roweru – zadany kąt tylko od pewnej wartości. Poniżej niej samoczynnie opada i musiałem nauczyć się ustawiać je odrobinę wyżej, niż wynikałoby to z moich naocznych obliczeń.

Trochę brak też jakiegoś dodatkowego zabezpieczenia dla podkładek pod koła – każdy może je odpiąć i np. wyszarpnąć spod koła, bo końcówka zabezpieczająca jest montowana wyłącznie na wcisk. Przy czym Thule ma w ofercie specjalne zestawy do blokowania tych pasków, ale są one dodatkowo płatne (45 zł za dwuelementowy zestaw).

Charakterystyczna konstrukcja ramienia powoduje też, że bagażnik po złożeniu i schowaniu w domu zajmuje trochę miejsca, choć akurat nie ma z tym dramatu.

Kupować?

Cóż, ja kupuję, w końcu zbliżają się święta, więc można trochę zaszaleć. A i jeśli poszuka się odpowiedniej ceny, trudno będzie znaleźć jakikolwiek, chociażby najdrobniejszy powód do narzekania.

Choć nawet w cenie sugerowanej przez producenta, to i tak świetny produkt.

Dołącz do dyskusji