Na rynku telewizorów w 2017 roku widziałem ciemność. I bardzo mi się ona podobała

Felieton/RTV 29.12.2017
Na rynku telewizorów w 2017 roku widziałem ciemność. I bardzo mi się ona podobała

Na rynku telewizorów w 2017 roku widziałem ciemność. I bardzo mi się ona podobała

Skończyliśmy już z głupimi wynalazkami na rynku telewizorów. Branża skupiła się na tym, co najważniejsze. Czyli na jakości obrazu i próbach przeniesienia jej do coraz niższych półek cenowych.

HDR, OLED i QLED. To właściwie trzy najważniejsze skróty, jakie po roku 2017 zapamiętali wszyscy entuzjaści dobrego obrazu w domu. Co więcej, może z wyjątkiem QLED-a, żadne z tych określeń nie jest nowe. Tym niemniej to właśnie rok 2017 rozpoczął ich popularyzację.

Te rozwiązania techniczne do relatywnie niedawna dostępne były dla bardzo zamożnych klientów. Teraz powoli wkraczają pod strzechy Kowalskich, którzy decydują się na zakup nowego telewizora. Dlaczego jest to takie ważne i dlaczego mnie to tak cieszy? Już tłumaczę.

HDR, czyli pełen zakres kolorów.

Co prawda z tym HDR pod strzechami różnie bywa, a w niektórych przypadkach te tanie telewizory realizują jego założenia na tyle niepoprawnie, że lepiej to całe ustrojstwo wyłączyć. Jednak samo inwestowanie w HDR jest jak najbardziej sensowne. Różnica w jakości obrazu jest zauważalna i to nawet bardziej niż w przypadku przejścia z rozdzielczości Full HD na 4K. HDR pozwala telewizorom na szersze manipulowanie jasnością i osiąganie przez to bardziej naturalnych kolorów w grach i filmach. Efekt, na odpowiednim telewizorze, jest cudowny.

HDR10 kontra Dolby Vision
(efekt symulowany)

Niestety, na rynku panuje nadal pewne zamieszanie. Mamy uznany za standard HDR10 i różnych niezgodnych ze sobą następców: a więc Dolby Vision i HDR10+. Sytuację dodatkowo nieco komplikuje standard HDMI 2.1, przewidujący jako standard dynamiczne metadane obrazu (a więc kluczową zaletę Dolby Vision i HDR10+ nad HDR10). Tym się jednak będziemy martwić w przyszłym roku.

Ten to zdecydowana popularyzacja HDR jako ogólnej techniki. A to oznacza, że pojawia się coraz więcej treści w tym standardzie. Czy to w grach wideo, czy w usługach VoD, czy też na płytach Blu-ray. Nasze gry i filmy nigdy jeszcze nie wyglądały tak dobrze.

A skoro o kolorach mowa, porozmawiajmy o czarnym.

Największym problemem wyświetlaczy LCD jest konieczność ich podświetlania za pomocą dodatkowego urządzenia w telewizorze. To oznacza, że nawet wyjątkowo precyzyjne mechanizmy nie są w stanie zaoferować idealnej precyzji. Efektem ubocznym tej ułomności jest brak możliwości wyświetlenia koloru czarnego. Bo przecież wystarczy, by malutki fragment obrazu obok tego czarnego był w jakimkolwiek kolorze, i już trzeba go doświetlić. W efekcie ten czarny również jest podświetlony, stając się ciemnoszarym.

Tyle że LCD to nie jedyny typ dostępnych matryc. Te organiczne (OLED) nie wymagają zewnętrznego podświetlenia, w nich każdy piksel świeci własnym światłem. Dzięki temu oferują nieskończony kontrast i doskonałą precyzję przy sterowaniu jasnością i kolorami. Problem w tym, że matryce OLED przez wiele lat cechowały się astronomicznie wysokimi cenami i niską trwałością. I ten problem w zasadzie został rozwiązany.

Philips OLED 973

LG Display – niebezpieczny monopolista na rynku telewizyjnych matryc OLED – jest już w stanie produkować masowo matryce organiczne w rozsądnych cenach. Pozbawione problemów wieku dziecięcego (na przykład jeszcze do niedawna miały problem z kolorem, dla odmiany, białym) oraz o wysokiej trwałości. 55-calowy telewizor LG B7, oferujący najwyższą możliwą aktualnie jakość obrazu, to wydatek niecałych 7 tys. zł. To oczywiście nadal drogo, ale właśnie tyle kosztuje porządny telewizor dowolnej firmy. Jeszcze niedawno telewizory OLED były wydatkiem kilkukrotnie wyższym.

Większość producentów zrozumiała, że OLED jest bezkonkurencyjny. Sony, Panasonic, Philips, Loewe i wielu innych stało się klientami LG Display, a matryce ich sztandarowych produktów to matryce OLED kupowane od koreańskiego producenta. Wszyscy poza jednym.

QLED, czyli kwantowa kropka w akcji.

Mam duży żal do Samsunga, że próbuje nazwą stosowanej przez siebie techniki kwantowej kropki porównywać się do OLED-a. Nie chodzi o to, że nie ma szans w tym porównaniu, a o samą nazwę. QLED (Quantum dot LED), czyli „taki OLED z przecinkiem”? Serio?

Zostawmy to jednak, bo marketing jest w tym wszystkim najmniej istotny. Nie umiem powiedzieć, czemu Samsung nie idzie w ramiona LG Display. Prawdopodobnie chce wykorzystać swoją niepodważalną potęgę na rynku RTV, by nie dopuścić do monopolu. Zwłaszcza że sam również bardzo lubi organiczne wyświetlacze, tyle że potrafi produkować je tylko w niewielkich formatach, przeznaczonych dla telefonów komórkowych.

Samsung QLED

Efektem tego jest QLED, który wyciska niesamowite rzeczy z wyświetlaczy LCD. Wbrew górnolotnej nazwie, wyświetlacze te nie mają za wiele wspólnego z mechaniką kwantową. Owe kwantowe kropki to bardzo małe kryształy, które absorbują światło jednej długości fali i emitują innej.

A więc w zależności od wielkości kwantowa kropka – czyli w rzeczywistości nanokryształ – świeci innym kolorem, gdy pada na nią światło. Ta właściwość jest wykorzystywana w nowym podświetlaniu paneli LCD. Telewizory QLED oferują w efekcie bardzo wysoką jasność obrazu, dzięki czemu lepiej sprawdzają się od OLED-ów w nasłonecznionych pomieszczeniach. Zapewniają też obsługę szerokiej palety barwnej.

Niestety, w ostatecznym rozrachunku przez metodę podświetlenia i tak przegrywają z OLED-ami. Idea QLED-a pasuje jednak do wiodącej myśli tego podsumowania. A więc do oferowania skutecznych technik w prezentowaniu 10-bitowego obrazu w HDR. Na dodatek QLED-y z niższej półki nadal są ciut tańsze od OLED-ów.

To były telewizory z 2017 r. Co czeka nas w 2018?

Tu oczywiście możemy na razie tylko wróżyć. Pierwszych wieści powinniśmy wypatrywać z rozpoczynających się niebawem targów CES. Spodziewam się doskonalenia techniki HDR (wprowadzenia dynamicznych metadanych jako standardu), szerszej integracji telewizorów z cyfrowymi asystentami oraz popularyzacji dźwięku przestrzennego Dolby Atmos.

Bardzo jestem też ciekaw tego, jaką drogą pójdzie Samsung. Uważam OLED za przyszłość matryc telewizyjnych, ale chętnie dam się zaskoczyć. Zwłaszcza że to nadal rynkowy lider. Liczę też – choć to już tylko myślenie życzeniowe – na dalsze obniżki cen. 55-calowy OLED UHD za 5 tys. zł? Byłoby świetnie.

Liczę też na przełamanie monopolu LG Display na produkcję dużych matryc OLED. Co prawda zbudowanie takiej fabryki to sekret, który w dzisiejszych czasach raczej byłby trudny do utrzymania, ale kto wie. Nie zrozumcie mnie źle, obecnie LG OLED TV to król jakości obrazu i linia bardzo chętnie polecanych przeze mnie produktów. Przy całej sympatii do LG życzę im jednak mocnego konkurenta, bo na rywalizacji zyskujemy my, klienci. Samsung pozostał niezależny i stara się jak może ze swoją kwantową kropką, osiągając imponujące rezultaty. Nadszedł jednak czas na OLED-y od Samsung Display. Lub na inną, jeszcze lepszą technologię, o której na razie nie wiemy.

Dołącz do dyskusji