Czekam na premierę Ostatniego Jedi i dumam, które gry Star Wars były najlepsze w historii

Felieton/Gry 13.12.2017
Czekam na premierę Ostatniego Jedi i dumam, które gry Star Wars były najlepsze w historii

Czekam na premierę Ostatniego Jedi i dumam, które gry Star Wars były najlepsze w historii

Gwiezdne wojny to nie tylko hollywoodzki fenomen w skali całego świata, ale również wielka część branży gier wideo. Programy na licencji Star Wars królowały na długo przed pojawieniem się trzeciego wymiaru, pierwszych konsol PlayStation oraz Xboksów. Gwiezdnowojenne gry mają wspaniałą historię, a ja zastanawiam się, które z nich były najlepsze z najlepszych.

Wybór wcale nie jest prosty. Do 2017 roku pojawiło się ponad 90 stacjonarnych gier w świecie Gwiezdnych wojen. Wliczając w to przenośne tytuły na smartfony, tablety i handheldy, lista rozrasta się do około 150 pozycji. Nie we wszystkie miałem okazję zagrać. Część ominąłem, ponieważ wydawała się tragicznie kiepska. Innej części nigdy nie poznałem, po byłem na to zwyczajnie zbyt młody, albo nawet nie było mnie jeszcze na świecie.

Wszakże pierwsza gra na kosmicznej licencji pojawiła się już w 1982 roku.

Wyboru nie ułatwia również przedział gatunkowy. Na licencji Gwiezdnych wojen ukazywały się gry akcji, bijatyki, gry wyścigowe, strzelaniny, strategie, programy logiczne, platformówki, cRPG, symulatory, MMO czy nawet stoły do pinballa. Trudno porównywać grę opartą ma wymachiwaniem mieczem do tytułu skupiającego się na pilotażu kosmicznego myśliwca. To po prostu zbyt odległe gatunki.

Dlatego zamiast obiektywnie najlepszych produkcji, wybrałem takie, które wspominam najmilej. Które miały w sobie coś niesamowitego, dzięki czemu pamiętam je po dziś dzień. Jeżeli na liście nie znalazła się wasza ulubiona produkcja w świecie Gwiezdnych wojen, z chęcią przeczytam o niej w komentarzu. Jak już bowiem napisałem wcześniej – zbyt późno się urodziłem, a życie zbyt szybko pędzi do przodu, abym mógł poznać wszystkie gry w uniwersum Lucasa.

Miejsce 9 – Star Wars Episode I: The Phantom Menace (1999)

Gra na PlayStation oraz PC nie była przesadnie dopracowana i dopieszczona. Jednak w 1999 roku, na trzy lata przed premierą Jedi Outcast, wymachiwanie mieczem świetlnym w Mrocznym Widmie wydawało się czymś niesamowitym. Odbijanie laserowych pocisków, przecinanie stalowych drzwi i powtarzanie sekwencji z filmu było dla mnie wręcz magiczne. Możliwość odtwarzania scen z Mrocznego Widma wydawała się wartością samą w sobie.

Pamiętam też, że Star Wars Episode I: The Phantom Menace było produkcją stosunkowo trudną. Przynajmniej na konsoli PlayStation. Przypominam sobie, że zawsze czułem rozczarowanie, gdy grywalni bohaterowie zmieniali się z rycerzy Jedi na Amidalę oraz jej towarzysza Panakę. Strzelanie z blasterów nie dawało już takiej frajdy, co wymachiwanie kultowym orężem strażników kosmicznego pokoju.

Chociaż Star Wars Episode I: The Phantom Menace nie zdobyło uznania krytyków, gra sprzedawała się doskonale, wywalczając sobie drogę do złotej grupy najchętniej kupowanych tytułów pierwszego PlayStation. Swoją drogą, chociaż byłem zbyt młody, aby zrozumieć jak kiepskim filmem jest Mroczne Widmo, już w 1999 roku nie przepadałem za postacią Jar Jar Binksa.

Miejsce 8 – Star Wars Racer (1999)

Gdy widziałem, jak kolega gra w Star Wars Racer, prędkość rozgrywki wydawała mi się zawrotna. Byłem pod wielkim wrażeniem jego umiejętności i zastanawiałem się, jak można sterować ścigaczem, gdy rozwijane są tak kosmiczne prędkości. Potem sam usiadłem przed monitorem i klawiaturą. Okazało się, że wcale nie jest tak źle. Wielka w tym zasługa dobrze przemyślanych tras, które zostały dostosowane do specyficznego modelu prowadzenia bolidów.

Star Wars Racer było niezwykle efektowną grą wyścigową. Do teraz mam w pamięci kilka charakterystycznych zakrętów i przeszkód z toru na piaszczystej planecie Tatooine. Ostatnio przypomniałem sobie o tej produkcji i zacząłem żałować, że ta nie została odświeżona, a następnie wydana na smartfony i tablety. Przyznajcie – w takiej mobilnej odsłonie Star Wars Racer sprawowałby się doskonale.

Miejsce 7 – Republic Commando (2005)

Ta pierwszoosobowa strzelanina jest koronnym dowodem tego, że gry na licencji Gwiezdnych wojen mogą być mroczniejsze i bardziej poważne. Republic Commando mieszało świat Star Wars z filmową kampanią dla twardzieli. Trochę jak Call of Duty w środowisku stworzonym przez George’a Lucasa.

Republic Commando ma miejsce w moim sercu z dwóch powodów. Po pierwsze, gra całkiem dobrze pokazywała klimat niepotrzebnej wojny totalnej, na której cierpią cywile i żołnierze wplątani w sam środek politycznej intrygi. Strzelanina znacząco poszerzała horyzonty przeciętnego fana Gwiezdnych wojen, pokazując znane wydarzenia, miejsca i bohaterów z nieco innej perspektywy.

Po drugie, twórcy Republic Commando udowodnili, że główny bohater wcale nie musi władać mocą oraz dzierżyć miecza świetlnego, aby gra akcji na licencji Gwiezdnych wojen była dobra. Zamiast po raz 98 wciskać nam kolanem Jedi i Sithów, dostaliśmy paczkę klonów, pośród których nawiązywało się prawdziwe braterstwo krwi. Aż mam ochotę znowu w to zagrać.

Miejsce 6 – Star Wars: Battlefront II (2005)

Pierwszy Battlefront zachwycał wizją Battlefielda osadzonego w uniwersum Gwiezdnych wojen. Drugi wprowadzał poprawki, ulepszenia oraz dodatkową zawartość, dzięki której produkcja stawała się kompletną sieciową strzelaniną. Taką, która wystarczała na miesiące zabawy. Ileż to czasu zjadłem przy tym tytule! Nie żałuję jednak ani godziny. Wspaniała gra, która pod względem możliwości, zawartości i spójności przebija współczesne Battlefronty od EA z palcem… na rękojeści miecza świetlnego.

Co ciekawe, kultowy Star Wars: Battlefront II kilkanaście dni temu powrócił w blasku chwały. Serwery tej gry znowu działają. Gdyby tego było mało, posiadacze kopii programu na Steam oraz GOG.com mogą bawić się na tych samych mapach dzięki wsparciu wspólnej rozgrywki. Trudno o większy prztyczek w nos Electronic Arts.

Miejsce 5 – TIE Fighter (1994)

Pierwsza gra w świecie Gwiezdnych wojen, z jaką miałem do czynienia. To właśnie od symulatora kosmicznych bitew rozpoczęła się moja fascynacja światem Lucasa. Podejrzewam też, że to wpływ TIE Fightera sprawił, że do dzisiaj w każdej grze cRPG uwielbiam opowiadać się po ciemnej stronie mocy. Niezależnie, czy to Mass Effect, KOTOR czy Baldur’s Gate.

Z dzisiejszej perspektywy można sobie zadawać pytanie, co takiego ciekawego jest w kosmicznym symulatorze 2D z ograniczonym wyświetlaniem trójwymiarowych modeli. Postanowiłem sprawdzić to na własnej skórze, uruchamiając kopię gry dostosowaną do najnowszych systemów operacyjnych, którą kupiłem na GOG.com. Chociaż gra zestarzała się bardzo brzydko, moc w dalszym ciągu jest w niej silna.

Jeżeli oglądając Gwiezdne wojny czy Star Treka zastanawiacie się, o co chodzi w stwierdzeniu „pełna moc na przednie osłony“, TIE Fighter doskonale to tłumaczy. Gra oferuje kapitalny kompromis między emocjonującą rozgrywką, a głębią kosmicznego symulatora. Dla wielu to właśnie ten tytuł jest najlepszym programem na licencji Gwiezdnych wojen, jaki kiedykolwiek się ukazał.

Miejsce 4 – Star Wars Jedi Knight II: Jedi Outcast (2002)

Ten tytuł był dla mnie przełomowy na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim, Star Wars Jedi Knight II: Jedi Outcast zachęcił mnie do tak zwanego rozszerzonego uniwersum. Akcja gry była osadzona na kilka lat po wydarzeniach z Powrotu Jedi, pokazując dalsze dzieje galaktyki pozbawionej Imperatora Palpatine’a. Książki z tego okresu nie były w stanie mnie do siebie przekonać. Gra zrobiła to błyskawicznie.

Jedi Outcast był również pierwszym tytułem na licencji Gwiezdnych wojen, w którym historia nie była dla mnie jedynie dodatkiem. Wsiąkłem w nią jak kamień w wodę, przejmując się losami bohatera balansującego między jasną i ciemną stroną mocy. Świetnie się to chłonęło. Momentami nawet lepiej, niż niektóre filmy z kosmicznej sagi Lucasa.

Największym walorem Star Wars Jedi Knight II: Jedi Outcast była jednak walka. Model szermierki na miecze świetlne obecny w tym tytule jest palce lizać. Aż dziwne, że od 2002 żaden producent gier wideo nie zaproponował niczego lepszego. Tylko mi nie wspominajcie o The Force Unleashed. Uwierzcie mi, walka w Jedi Outcast jest lepsza o kilka długości. No i nie tak przesadzona, bez dodatkowych efektów w stylu Dragon Balla.

Miejsce 3 – Star Wars Rogue Squadron II: Rogue Leader (2001)

Dla nowego pokolenia graczy może być to prawdziwy szok, ale istniały czasy, w których to konsole Nintendo uchodziły za te najpotężniejsze i oferujące najlepszą grafikę. Takim sprzętem był bardzo drogi GameCube. Kupiłem go z myślą o dwóch tytułach na wyłączność – Resident Evil 4 (sic) oraz Star Wars Rogue Squadron II: Rogue Leader.

Pamiętam, że nie mogłem się pozbierać po tym, jak zobaczyłem oprawę wideo w Star Wars Rogue Squadron II: Rogue Leader. Jak na tamte czasy, grafika urywała czapki z głów. Kosmiczne bitwy wydawały się żywcem wyjęte z filmów Lucasa. Gdy pierwszy raz leciałem X-Wingiem nad Gwiazdą Śmierci, uczucie było nie do opisania. Realizowałem swoje dziecięce marzenia.

Jednak to nie oprawa wideo, a mechanizm sterowana myśliwcami sprawiał, że Star Wars Rogue Squadron II: Rogue Leader było takie dobre. Dzisiaj niestety już nie robi się takich tytułów. Kosmiczne bitwy we współczesnych Battlefrontach od DICE to śmiech na sali w porównaniu do mechanizmów sterowania, manewrów i taktyk oferowanych w Star Wars Rogue Squadron II: Rogue Leader. Niesamowita przygoda.

Miejsce 2 – KOTOR (2003)

Kiedyś, gdy nad BioWare nie ciążyła jeszcze władza EA, studio tworzyło naprawdę dobre produkcje cRPG. Jedną z nich było Knights of the Old Republic – gigantyczna, rozpisana na kilkadziesiąt godzin przygoda w zupełnie nowym okresie istnienia galaktyki. Gracz trafiał do Starej Republiki, odkrywając jej mroczne sekrety i wspaniałe historie. W część z nich trudno było nie zaangażować się emocjonalnie.

BioWare umiejętnie przeniosło walki na miecze świetlne i blastery w realia tabelek i cyferek Role Play. Co ważniejsze, producenci mieli do opowiedzenia naprawdę kapitalną historię. Taką, w której w zasadzie nie było gorszych momentów. Trening Jedi, wątek miłosny, wielkie odkrycie pod koniec kampanii – wszystko to sprawiało, że nie dało się odejść od ekranu na długie godziny. Jeszcze żadna gra nie zagwarantowała mi odleżyn, ale KOTOR był najbliższej z nich wszystkich.

Produkcja jest na tyle dobra, że bez większych problemów przeszedłem ją kilka miesięcy temu… na smartfonie. Duże ekran iPhone’a 7 Plus może nie jest najbardziej komfortowym sposobem prowadzenia rozgrywki, ale już po kilkunastu minutach przyzwyczaiłem się do sterowania, wsiąkając w realia Starej Republiki. Ponadczasowy tytuł z opowieścią, którą powinno się przekazywać z pokolenia na pokolenie.

Miejsce 1 – Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy (2003)

Chociaż Jedi Academy było nieco gorsze od Jedi Oucasta pod względem narracji, nadrabiało to wszystkim innym. System walki na miecze świetlne stał się jeszcze lepszy. Balansowanie między jasną i ciemną stroną mocy napędzało rozgrywkę. Rozwój postaci działał kapitalnie. Ewolucja od młodego padawana do potężnego rycerza została doskonale rozciągnięta w czasie. Do tego dochodzi kilka możliwych zakończeń, gigantyczne zróżnicowanie misji, świetne elementy zręcznościowe, rozbudowany tryb wieloosobowy oraz niechronologiczna kampania.

Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy to absolutnie najlepsze, co ma do zaoferowania uniwersum Gwiezdnych wojen. To esencja tego, za co fani kochają Star Wars. Wyciśnięcie wszystkiego, co cenne, dobre i przydatne ze starej trylogii, trylogii prequeli, książek, komiksów oraz płyt z muzyką. Gdyby zebrać wszystkie najlepsze pomysły LucasArts, LucasFilmu i wydawnictw książkowych, powstawało właśnie Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy.

Do teraz mam w pamięci moment, gdy gracz sprzeciwiał się własnemu mistrzowi, tocząc pełen emocji pojedynek. Znamienne o tyle, że to właśnie ten sam motyw został wykorzystany do budowania nowej trylogii Disneya. Ciekawe, czy Ostatni Jedi pokaże mi więcej podobieństw. Ciągle czekam i czekam, tarmosząc bilet w dłoni, a do seansu ciągle pozostało mi jeszcze kilka godzin…

Dołącz do dyskusji

Advertisement