Polskie scamochody, czyli seryjna produkcja bzdetów

Artykuł/Motoryzacja 14.12.2017
Polskie scamochody, czyli seryjna produkcja bzdetów

Polskie scamochody, czyli seryjna produkcja bzdetów

„Nowe polskie samochody” to zwykła zbiórka pieniędzy, która w dodatku niczemu nie służy i gra tylko na nostalgii. Prawie wszystkie powielają ten sam schemat, choć są też i wyjątki.

Znów to samo: w jakimś mieście jakaś grupa młodych entuzjastów wymyśla, że trzeba zbudować Nowy Polski Samochód. Idea zazwyczaj zasadza się na tym, że ten pojazd ma być „nowym wcieleniem kultowego modelu z PRL”. Już sam ten pomysł to koszmar, ponieważ kultowość modeli z PRL polega na tym, że pochodzą z dawnych czasów i dlatego budzą nostalgię. Oczywiście obrońcy tego pomysłu powiedzą, że przecież widzimy na rynku „nowe wcielenia kultowych modeli”, takie jak Fiat 500, Mini czy VW The Beetle – ale wszystkie je łączy to, że stoją za nimi ogromne koncerny motoryzacyjne i miliardy wydane na marketing.

Tym razem wrocławscy studenci postanowili zbudować samochód „Ryś”.

To ci sami, którzy mieli już zamiar budować Nową Warszawę (na szczęście samochód, a nie miasto). Co mamy do tej pory? Jak zwykle: wizualizacje. Nowe polskie samochody to głównie wizualizacje. Jesteśmy potęgą w tworzeniu wirtualnych samochodów, które nigdy nie powstaną. Podano też założenia techniczne: silnik z przodu, pojemność 1.3, moc 140 KM, napęd tylny z dołączanym przodem. Silnik ma ponoć pochodzić od Suzuki. Jestem w miarę na bieżąco z nowymi autami, a mimo to nie bardzo potrafię przypomnieć sobie, jaki model Suzuki ma układ napędowy pasujący do tego założenia: najbliższe jest Jimny, tylko moc się nie zgadza.

Wzruszająca jest informacja na „Wyborczej”: do godz. 13 w sobotę udało się [konstruktorom] zebrać prawie 200 zł. Może to nawet wystarczy na odnowienie miesięcznej licencji na program do wizualizacji?

Najwyraźniej to kolejna próba dojenia miłośników polskiej motoryzacji opierająca się na sprytnym wykorzystaniu medialności doniesień o tym, że kultowy polski samochód „powróci”. Informacje tego typu po pierwsze świetnie się „klikają”, po drugie wzbudzają w odbiorcach narodowe uniesienia i napędzają marzenia o tym, że polska motoryzacja stanie się światową potęgą – tak jakbyśmy w tym momencie radzili sobie źle w tej materii, a tak przecież nie jest. Czasy „narodowych” producentów samochodów skończyły się w latach 80., ale komu to przeszkadza w rozsiewaniu bzdur? Niestety media, nie tylko motoryzacyjne, niczym tygrys rzucają się na wszelkie informacje o „powrocie kultowych polskich aut”, choćby były zupełnie absurdalne.

Niezapomniana pozostanie informacja o tym, jakoby „Nowa Syrena Ligea” miała mieć napęd odrzutowy. Ten ewidentny trolling został w swoim czasie bezrefleksyjnie przeklejony przez kilka wiodących portali motoryzacyjnych.

Zobaczmy, jak wygląda obecny status „powrotu polskich samochodów” i innych polskich producentów niezależnych.

Po pierwsze: Arrinera, czyli polski supersamochód.

O tej firmie wiele osób boi się pisać, ponieważ zasłynęła ze skutecznego pozwu przeciwko jednemu z dziennikarzy motoryzacyjnych, który skrytykował prototyp, porównując go do SAM-a pewnej wrocławskiej firmy produkującej repliki. Po raz pierwszy o „polskim supersamochodzie” usłyszeliśmy w 2008 r., jeszcze pod nazwą Veno Automotive. Od 2011 r. funkcjonuje nazwa Arrinera. Do dziś zbudowano zapewne 3 sztuki Arrinery Hussaryi, w tym dwie wyścigowe i jedną drogową oraz jeden prototyp, którego losy są nieznane. Trzeba więc przyznać, że choć produkcja nie idzie „z gazem”, to rzeczywiście powstały jakieś fizycznie istniejące i jeżdżące samochody, którymi można się pochwalić.

Arrinera ma świetny marketing: w aucie fotografował się obecny premier a ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki, wyścigowy egzemplarz zabrano na prestiżowe wydarzenie w Wielkiej Brytanii – Goodwood Festival of Speed, Arrinery można też zwykle obejrzeć na dużych targach motoryzacyjnych w Polsce. Na stronie arrinera.com znajduje się sklep, gdzie fani tego pojazdu mogą kupić sobie np. t-shirt Arrinera za 89 zł. To o wiele taniej niż oficjalny t-shirt Ferrari, który kosztuje 129 zł. Arrinera publikuje także szczegółowe raporty finansowe dotyczące swojej działalności – w pierwszym półroczu 2017 r. firma poniosła stratę w wysokości ok. 220 000 zł. Ale respekt przynajmniej za to, że nie jest to kolejna próba wskrzeszenia polskiego trupa, tylko własny oryginalny pomysł.

Liczba sprzedanych samochodów do tej pory: zero.

Źródło: pimot.eu

Po drugie: AMZ Syrenka.

Firma AMZ Kutno to producent zabudów i pojazdów specjalnych, dysponujący odpowiednim zapleczem technicznym do amatorskiej budowy samochodu osobowego. Dzięki pomysłowi budowy „Nowej Syrenki” udało się jej uzyskać państwowe dofinansowanie w ramach programu Demonstrator+, prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Na projekt przeznaczono 4,5 mln zł z państwowej kasy. Prace trwały w latach 2012-2016 i powstało zapewne 5 lub 6 prototypów.

Obecnie na stronie firmy AMZ Kutno nie ma już ani słowa o Syrence. Projekt został najwyraźniej zakończony, choć jeszcze w 2015 r. Puls Biznesu przytaczał słowa dyrektora biura wdrożeń AMZ o rychłym rozpoczęciu produkcji małoseryjnej. Najgłośniej o Syrence AMZ Kutno zrobiło się, gdy jeden z testowych egzemplarzy został rozbity w Warszawie.

Liczba sprzedanych samochodów: zero.

Po trzecie: AK Motors Nowa Syrena.

Tak, to zupełnie co innego niż AMZ Syrenka – projekt stworzony przez Arkadiusza Kamińskiego. Na stronie nowasyrena.pl możemy się dowiedzieć, że firma AK Motor International Corporation powstała w Kanadzie, a od 2014 r. działa w Polsce. Jak na razie powstał jeden samochód – rajdowa Syrena Meluzyna R.

W lutym tego roku ogłoszono rozpoczęcie produkcji nowego, miejskiego modelu Syrena Nixi z napędem elektrycznym. „Producent” zachęcał do rezerwacji pojazdu przez internet. Niezwłocznie skorzystałem z tej możliwości. Już siódmego marca odpisano mi, że „Wkrótce będziemy mogli ujawnić już szacunkową cenę na dzień dzisiejszy (ale jest bardzo duża szansa, że ona ulegnie obniżeniu w ciągu 2 lat)”. Następnie już siódmego lipca otrzymałem „formularz rezerwacji”, w którym musiałem podać swoje dane osobowe i wysłać go do firmy AK Motor. Przy okazji w osobiście podpisanym piśmie Arkadiusz Kamiński zapewnił mnie (ponownie), że jak tylko będzie to możliwe, poda mi specyfikację samochodu i cenę. Miałbym więc zarezerwować pojazd nie znając jego specyfikacji ani ceny.

Wygląda mi to na zbieranie danych osobowych, a nie produkcję samochodów, ale może się nie znam. AK Motors to właśnie ci, którzy wypuścili informację o napędzie odrzutowym, więc trochę szanuję ich za trollowanie bezmyślnych portali motoryzacyjnych. Liczba wyprodukowanych aut: jedno.

Liczba sprzedanych samochodów: zero.

Jest jeszcze Nowa Warszawa.

To ta sama grupa projektowa Koziołek z Wrocławia, która odpowiedzialna jest za wizualizację Rysia. Strona newwarsaw.com – od dawna nieaktualizowana. Rzeczywistość? Powstał jeden samochód, na 99% opierający się na nadwoziu BMW serii 5 E39, przynajmniej na to wskazują zegary, przełączniki i silnik. Co do estetyki przodu nie będę się nawet wypowiadał, bo rozumiem zamysł twórcy, ale nie znaczy to, że muszę go pochwalać. Przepaść między wizualizacją a tym co powstało jest taka, że można byłoby wrzucić do niej wszystkie wyprodukowane Warszawy i nadal nie byłaby zasypana. Liczba wyprodukowanych samochodów: no, powiedzmy 0,7, bo całe auto to to nie jest.

No i był jeszcze Nowy Polonez. Był, bo już nie jest. Strona Polonez2015.pl przestała działać. Działa jeszcze fanpage na Facebooku. Jego administrator zajmuje się głównie wieszaniem psów na byłym designerze, który postanowił porzucić ten jakże obiecujący projekt. Auto miało być wydrukowane w 3D – póki co nie udało się wydrukować go nawet w 2D. Ostatnie informacje pochodzą sprzed roku.

Liczba wyprodukowanych aut: zero.

Na tym tle dość mocno wyróżnia się projekt Kozmo: prowadzi go od początku jedna osoba – Tomek Ferdek.

Zdjęcie: Bartek Garliński

Tomek najpierw zaczął budować samochód, a potem dopiero zaczął zabiegać o finansowanie – zresztą większość opłacił sam, biorąc na tę okazję kredyt. Po chwilowym zawieszeniu prac, Kozmo zostało w tym roku doprowadzone do postaci jeżdżącej i działającej, a nawet wystawiono je na targach kit-carów w Anglii.

Na drodze stoją przeszkody administracyjne, a dokładnie wprowadzony w Polsce zakaz rejestracji samochodów zbudowanych samodzielnie, ale Tomek nie poddaje się i zamierza zarejestrować Kozmo w innym kraju Unii Europejskiej. W założeniu ma to być wyścigowy kit-car. Napędza go 1,4-litrowy silnik turbo od Fiata. W przeciwieństwie do pozostałych projektów, tu realnie coś się dzieje, a zamiast kolejnych renderów mamy stałe dopracowywanie konstrukcji – tym różni się projekt prowadzony przez miłośnika motoryzacji od projektu prowadzonego przez miłośników cudzych pieniędzy.

Zdjęcie: Bartek Garliński

W sumie nowy, „narodowy” polski przemysł motoryzacyjny przez ostatnich 7 lat wyprodukował, według różnych szacunków, od 8 do 10 samochodów i sprzedał zero.

Wygląda na to, że to niezwykle ekskluzywny zespół manufaktur, który jest tak prestiżowy, że nie musi nawet zajmować się pozyskiwaniem klienteli, oferowanie realnego produktu uznaje za przeżytek. Znacznie bardziej opłaca się produkcja wizualizacji, zapewnianie o „wielkim powrocie Polski do jej potęgi”, żebranie o pieniądze w e-zbiórkach, sprzedaż t-shirtów i zbieranie kasy za kliki w reklamy. Za uwiarygodnienie całości odpowiadają media pompujące w eter informacje o rychłym rozpoczęciu produkcji seryjnej. Jak na razie trwa tylko produkcja seryjna bzdetów – i dokładnie takim samym bzdetem okaże się „sensacyjny” Ryś.

Dołącz do dyskusji

Advertisement