Jedyny taki smartfon na rynku. BlackBerry KEYone – recenzja

Recenzja/Sprzęt 04.12.2017
Jedyny taki smartfon na rynku. BlackBerry KEYone – recenzja

Jedyny taki smartfon na rynku. BlackBerry KEYone – recenzja

W końcu BlackBerry, które można z czystym sercem polecić. Choć nie każdemu.

Czekając na przesyłkę z BlackBerry KEYone w środku, obawiałem się, że chłoda pointa recenzji, którą napiszę, będzie dość standardowa. Ot, telefon w porządku, ale – biorąc pod uwagę cenę – powinni się nim zainteresować tylko ci, którzy szukają telefonu z fizyczną QWERTY.

Prawie 3 tygodnie spędzone z KEYone sprawiły, że musiałem odrobinę zmienić zdanie.

Z zewnątrz i w dłoni – pierwsza liga.

BlackBerry KEYone już od początku sprawia wrażenie świetnie wykonanego telefonu i takie wrażenie nie opuściło mnie przez cały okres użytkowania. Nie jest to może najpiękniejszy telefon na rynku, nie jest najcieńszy ani najlżejszy, ale za to zbudowano go jak czołg i zaprojektowano tak, żeby wręcz kleił się do dłoni podczas użytkowania.

KEYone zbudowany jest jak czołg. Szkoda tylko, że zapomniano o wodoodporności.

To drugie jest zresztą nawet ważniejsze niż metalowa ramka czy eleganckie detale i wykończenie. Na rynku jest obecnie zatrzęsienie telefonów, które nie wiadomo jak chwycić, żeby nie upuścić ich na podłogę. Czy mówimy o kosztującym mniej więcej tyle co KEYone OnePlusie 5, czy o kosztującym dwa razy tyle co BlackBerry iPhonie X – gdy leżą na biurku, wyglądają pięknie. Kiedy jednak podnosimy je z biurka – tu zaczyna się problem.

KEYone tego problemu nie ma. Pierwsze podniesienie i pierwszy chwyt jest zawsze tym właściwym. Którą ręką i w jakim karkołomnym układzie byśmy go nie chwycili, zawsze osiada w dłoni idealnie – od razu gotowy do pracy.

Pod żadnym pozorem nie jest to wyłącznie zasługa tego, że KEYone jest np. mniejszy od innych telefonów. Od iPhone’a X jest wyraźnie większy, a jednak to po BlackBerry sięga się przyjemniej. I przyjemniej się z niego później pod wieloma względami korzysta – nie obawiając się o to, że zaraz będziemy zbierać telefon z ziemi.

A jeśli już upadnie na ziemię…

Nie testowałem tego, ale podejrzewam, że po upadku na kafle będziemy bardziej martwić się o ich stan, a nie stan KEYone. Telefon ma słuszną masę (i dobrze!), a metalowa ramka otaczająca konstrukcję, sprawia wrażenie niezniszczalnej. Wykończono ją też w taki sposób, że wszelkie rysy – o ile uda się jakieś zebrać – nie powinny być przesadnie widoczne.

Do dodatkowego przycisku możemy przypisać dowolną wybraną funkcję. Przydatne.

Cieszy też, że z tyłu nie bawiono się w żadne absurdy w stylu pięknie wyglądającego, ale bardzo nietrwałego szkła. Gumowane plecki może i trzeba co jakiś czas czyścić, ale tylko potęgują pewność trzymania telefonu w dłoni. A jeśli dodamy do tego prawie idealne wyważenie (prawie, bo mógłby być jednak trochę lżejszy na górze), otrzymujemy smartfon, z którego wręcz absurdalnie wygodnie korzysta się w każdej sytuacji.

I te wszystkie aspekty praktyczne udało się zachować przy wzornictwie, które wciąż wygląda dobrze i w sam raz będzie pasować do garnituru. Choć nie tylko – solidna, wyglądająca niemal na wzmacnianą konstrukcja KEYone kojarzy mi się trochę z solidnymi zegarkami turystycznymi.

Są tylko cztery elementy, których nie jestem fanem.

Pierwszym, i nie udało mi się z tym pogodzić, jest wygląd górnej części telefonu. Nie dość, że burzy symetrię urządzenia, to jeszcze odcięcie na srebrnym tle dwóch dużych otworów, jednego małego i malutkich otworów od głośnika wygląda… niezbyt estetycznie. Być może w czarnej wersji nie drażniłoby mnie to tak bardzo, ale tutaj jednak wprowadza pewien chaos. Choć pewnie jestem jedną z niewielu nieprzekonanych osób – inne docenią to, że dzięki takiemu zakończeniu telefonu udało się wygospodarować miejsce na złącze miniJack.

Niestety przycisk zasilania trafił na lewą krawędź. Trzeba mocno chcieć się do tego przyzwyczaić.

Drugi, już nieco poważniejszy problem mam z wystającym obiektywem aparatu. Jeśli często korzystamy z telefonu leżącego na biurku, będzie to po prostu irytujące. I choć to już raczej smutny branżowy standard, to tak praktycznemu urządzeniu nie jestem tego w stanie wybaczyć. Tym bardziej, że moje rozwiązanie tego problemu – podkładanie grubej kartki pod jeden z boków telefonu – nie należy do zbyt pięknych.

Trzecim zgrzytem jest lokalizacja przycisku zasilania. O ile do odblokowywania nie jest on niezbędny, o tyle do blokowania telefonu już tak. I jest… zupełnie nie po tej stronie, po której powinien. Owszem, można przypisać blokadę ekranu do jednego z przycisków na klawiaturze i wtedy wszystko jest pod ręką, ale… po skorzystaniu z tego skrótu nie odblokujemy już telefonu odciskiem palca.

Aktualizacja: Jeden z czytelników podpowiedział rozwiązanie tego problemu – ekran można nie tylko wybudzić podwójnym dotknięciem, ale i w ten sam sposób wygasić. Po takim wygaszeniu można go później odblokować z poziomu czytnika linii papilarnych (nie trzeba wprowadzać hasła).

I najgorsze – ten telefon boi się wody.

KEYone oficjalnie nie jest w żaden sposób wodoodporny, co w telefonie zaprojektowanym do ciężkiej pracy w każdych warunkach jest sporym uchybieniem. Jeszcze większym, jeśli weźmiemy pod uwagę pierwsze wrażenia, sugerujące, że ten smartfon wytrzyma wszystko.

Tył wykończony jest gumowanym plastikiem. Nie wygląda tak pięknie jak szkło, ale świetnie leży w ręce.

Oczywiście nie jest to sprzęt z papieru – wielokrotnie używałem go przy lekkich opadach i nie zakończyło się to źle. Choć możliwe, że gdyby był to mój prywatny telefon, odczekałbym z wyciągnięciem go z kieszeni do momentu znalezienia się pod dachem…

Na szczęście jest jeszcze sporo innych elementów, które wynagradzają tę niedogodności. Trzymając się jeszcze obudowy – chociażby konfigurowalny przycisk funkcyjny i dioda powiadomień (mała, ale wystarczająca).

Co poza tym?

Klawiatura – a jakże!

Pełna, fizyczna klawiatura nie jest jedynym powodem, dla którego warto kupić KEYone, ale nie mam wątpliwości – będzie dla większości kupujących główną motywacją do wydania pieniędzy.

I będą to dobrze wydane pieniądze. Po części dlatego, że KEYone w tej kwestii nie ma na rynku absolutnie żadnej konkurencji. I po części dlatego, że tak klawiatura jest po prostu dobra, a gdyby tego było mało, jest… mocno gadżeciarska.

Klawiatura to nie tylko… klawiatura, ale też ogromny touchpad.

Do pisania na fizycznej klawiaturze – jeśli ktoś miał tak długą przerwę jak ja – trzeba się jednak przyzwyczaić. Przyciski początkowo wydają się niewielkie, a prędkość pisania jest śmiesznie, wręcz zniechęcająco niska. Kilka godzin, a już na pewno kilka dni wystarczy jednak, żeby znów polubić ten sposób wprowadzania tekstu.

Wciąż, po niemal trzech tygodniach z KEYone, nie jestem pewien, czy piszę szybciej, niż na ekranie dotykowym. Ale na pewno piszę więcej, mniej rzeczy muszę poprawiać, a do tego po prostu pisze mi się przyjemniej i chętniej sięgam po telefon, żeby napisać coś dłuższego (choć nie, nie ten tekst). Fizyczna odpowiedź na wciśnięcie klawisza jest dużo bardziej satysfakcjonująca i dużo mniej męcząca, niż pukanie w szklany wyświetlacz.

Technicznie zbyt wiele klawiaturze KEYone zarzucić nie można. Podświetlane przyciski są przyjemne w dotyku, po nabraniu wprawy można na nich bez problemu pisać bez patrzenia, a kliknięcie jest wystarczająco głośne (choć bez przesady) i głębokie. Gdzieś z tyłu głowy kołacze mi wprawdzie myśl, że inaczej wyprofilowana klawiatura w 9000/9900 była jeszcze lepsza, ale może to kwestia sentymentu i wyolbrzymiania wspomnień.

Nie tylko wklepywaniem tekstu żyje człowiek i klawiatura.

Pisząc, że klawiatura KEYone jest mocno gadżeciarska, nie przesadziłem ani trochę. Ale jest nie tylko wybajerzona, ale też i niesamowicie praktyczna.

Każdy z przycisków może być też skrótem do aplikacji lub innej akcji.

Przede wszystkim każdy umieszczony na niej klawisz (z wyjątkiem funkcyjnych) jest potencjalnym skrótem albo nawet dwoma – do aplikacji lub do określonej funkcji urządzenia. Wystarczy jednorazowa konfiguracja, a potem dłuższe lub krótsze (system rozróżnia to – możemy więc przypisać dwie akcje) przytrzymanie danej litery i już – jesteśmy w naszej ulubionej aplikacji, kontaktujemy się z wybranym kontaktem, rozpoczynamy wprowadzanie tekstu w nowej wiadomości czy np. włączamy lub wyłączamy WiFi albo uruchamiamy stoper. Rewelacyjna alternatywa dla przeszukiwania listy aplikacji, a potem przebijania się przez jej menu, a przede wszystkim – rewelacyjna oszczędność czasu.

Skróty idą jeszcze dalej.

Kopiuj-wklej? Wytnij-wklej? Tak, te wszystkie podstawowe komendy znane z komputerowych klawiatur również są obecne w KEYone, choć wymagają osobnego włączenia i wybrania, który z przycisków ma pełnić funkcję klawisza CTRL.

Ja poświęciłem prawego Shifta i ani przez chwilę nie żałowałem tej decyzji. Tym bardziej, że ze skrótów możemy korzystać nie tylko przy edycji tekstu – skróty działają też chociażby w… Chrome.

W klawiaturze udało się też ukryć czytnik linii papilarnych i jest to kolejna fantastyczna decyzja.

Bierzemy telefon do reki, kładziemy palce na klawiaturę w pełnej gotowości i… już, telefon odblokowany, można działać. Do tego czytnik działa błyskawicznie i niemal w ogóle się nie myli. Trzeba się tylko przyzwyczaić do tego, że czujnikiem jest centralna część przycisku – początkowo często zdarzało mi się kłaść palec (szczególnie przy chwytaniu telefonu jedną ręką) na krawędzi, co nie przynosiło oczekiwanego rezultatu.

W spacji ukryto czytnik odcisku palca.

Gdyby tego było mało, cała powierzchnia klawiatury jest wielkim panelem dotykowym, dla którego znaleziono szereg zastosowań.

Przewijanie stron internetowych, Instagrama, czy nawet ekranu głównego? Nie trzeba sięgać do wyświetlacza. Przeglądanie zdjęć? Gestem na klawiaturze. Zaznaczanie i kopiowanie (a potem i wklejanie) tekstu? Wszystko z poziomu klawiatury. Akceptowanie podpowiedzi do tekstu wpisywanego na fizycznej klawiaturze (!)? Wystarczy musnąć klawiaturę w górę – szczególnie przydatne, kiedy mamy tylko jedną wolną rękę. Szybkie kasowanie fragmentów tekstu? Wystarczy gest na klawiszach. Ba, bez wciskania klawiszy możemy nawet pisać na klawiaturze (jak dziwnie by to nie brzmiało), aczkolwiek nie byłem w stanie przekonać się do tego rozwiązania.

Całość zapewnia o tyle ciekawe doznanie, że w przeciwieństwie do wyłącznie-ekranowych telefonów nie zasłaniamy sobie tego, co aktualnie piszemy, oglądamy albo czytamy. I choć początkowo mnogość opcji wydaje się przytłaczająca, to dość szybko układamy sobie w głowie to, który gest przydaje się do czego i kiedy.

Klawiatura idealna, czy jednak z wadami?

Niestety nawet tak dobry kawałek elektroniki ma swoje minusy. Dynamiczne machanie palcem na ekranie powoduje czasem aktywację jednego z trzech przycisków systemowych. Błyszcząca powłoka klawiatury jest trudna w utrzymaniu w czystości. Przy wykonywaniu zdjęć przyciśnięciem klawisza spacji zdarzało mi się przypadkowo zmienić kompensację ekspozycji. Czasem też zawieszałem palce nad klawiaturą podczas czytania tak, że dotyk był już wyczuwalny, co powodowało stałe drżenie treści na ekranie. To samo działo się momentami przy trzymaniu telefonu za krawędź (na którą zachodzą przyciski). Trzeba sobie wyrobić pewne nawyki, żeby w pełni cieszyć się z obecności tej klawiatury.

Rozczarowujące jest natomiast podświetlenie. Owszem, jest wystarczajace i nie utrudnia korzystania, ale – nie tylko w moim egzemplarzu – jest niezbyt piękne. Zamiast ładnego białego światła otrzymujemy coś raczej żółtawego, a gdyby tego było mało – wyraźnie widać, że część przycisków podświetlona jest mocniej od reszty. Niektóre są nawet w jednej części podświetlone wyraźniej, niż w innej.

Szkoda, bo przy tak dopracowanym sprzętowo urządzeniu naprawdę kłuje to w oczy. Choć przyznaję się – to raczej czepianie się szczegółów.

Ekran?

Jest. Jest duży, jak na taki format urządzenia (4,5″), oferuje satysfakcjonującą rozdzielczość (1080 x 1620, proporcje 3:2) i odpowiednią ochronę (GG4). Ale trudno mi znaleźć cokolwiek, czym wyróżniałby się ponad to, co podano w specyfikacji.

W końcu duży ekran i klawiatura QWERTY tuż pod nim.

A co wynika ze specyfikacji? Po pierwsze, że nikt nie powinien narzekać na zagęszczenie pikseli (433 ppi). Tekst i zdjęcia wyglądają na nim bardzo dobrze, o poszarpanych krawędziach nie ma nawet co wspominać. Po drugie jako sprzęt do pisania, czytania czy przeglądania internetu KEYone sprawuje się bardzo dobrze. Dobre są też kąty widzenia – w poziomie obraz jedynie nieco przygasa, natomiast w pionie robi się odrobinę cieplejszy. Nic, co mogłoby faktycznie przeszkadzać.

Ten ekran jest dobry. Po prostu dobry. I nic ponad ten opis. Maksymalna jasność podświetlenia jest średnia, choć nawet w słoneczne dni nie powinniśmy mieć z tym wielkiego problemu. Kolory natomiast nie są zbyt przesadzone, zmierzając bardziej w kierunku chłodnych odcieni. Kontrast z kolei jest po prostu ok. Na reakcję na dotyk i precyzję obsługi narzekać oczywiście nie sposób.

Trudno po prostu nazwać ten ekran wybitnym czy wyjątkowym w jakiejkolwiek kwestii, zwłaszcza mając tuż pod nim tak rozbudowaną klawiaturę. Która – i tutaj trzeba to przyznać – kradnie ekranowi masę miejsca.

Największym, choć oczywistym problemem KEYone jest to, że zdecydowanie nie jest to telefon uniwersalny, a tym bardziej nakierowany na konsumpcję multimediów. Po włączeniu trybu pełnoekranowego np. na YouTubie, obraz obracany jest o 90 stopni, żeby uniknąć wyświetlania go w postaci malutkiego paska na pionowo ustawionym wyświetlaczu. Obracamy więc i telefon o 90 stopni i… dalej coś nie pasuje. Tak, obraz jest już na tyle duży, że można obejrzeć np. odcinek serialu, ale ze stale obecną po boku klawiaturą nie jest to specjalnie wciągające doznanie.

Oglądanie wideo na KEYone jest możliwe, ale nie jest to wybitne doświadczenie.

Lepiej też uzbroić się w słuchawki. Pojedynczy głośnik KEYone nie gra wprawdzie przesadnie źle, ale na tle nowszych konstrukcji z podwójnymi głośnikami brzmi co najwyżej przeciętnie.

Co jednak zaskakujące, z trybu poziomego korzystałem dość często, tyle że nie przy oglądaniu wideo, a np. przeglądaniu sieci. To właśnie w takim układzie najprzyjemniej korzysta się z przewijania treści z wykorzystaniem panelu dotykowego na klawiaturze.

Czyli zaskoczenia nie ma – KEYone radzi sobie z multimediami, ale niestety do czołówki nie ma startu. Choć jest to głównie wina jego konkurencji, a więc nic tutaj nikogo nie powinno zaskakiwać.

A co pod maską?

I tutaj mam trochę zgrzyt. Z jednej strony nie mam absolutnie nic do zarzucenia podzespołom KEYone – ośmiordzeniowy Snapdragon 625 i 3 GB RAM (4 GB w Black Edution) sprawują się świetnie w 99 proc. mojej dziennej aktywności, a od telefonu wymagam naprawdę sporo. Pojedyncze spowolnienia przy instalacji czy aktualizacji kilkunastu programów może i nie są przesadnie przyjemne, ale tylko w takich sytuacjach udało mi się 625 zmęczyć. Na co dzień 625 wykonuje swoją robotę właściwie, a 3 GB wystarczą nawet do częstej zmiany używanych programów. 32 GB (64 GB w Black Edition) wbudowanej pamięci może i nie powala, ale w dobie tanich kart pamięci nie powinno to być wielkim problemem.

Jak sprawuje się Snapdragon 625? Na tyle dobrze, że nie trzeba się nad tym zastanawiać.

I tak, na KEYone da się grać – większość tytułów uruchomimy bez większego problemu i osiągniemy w nich satysfakcjonującą wydajność. Tylko na telefonie o takiej budowie granie w cokolwiek nie leży do większych przyjemności.

Skoro więc wszystko działa, to gdzie tu miejsce na narzekanie?

Problem pojawia się, jeśli weźmiemy do ręki np. kosztującego mniej więcej tyle co KEYone OnePlusa 5 (który trochę przypadkiem trafił właśnie do mnie). Różnica w realnej wydajności (a nie syntetycznych testach czy zestawieniach jeden obok drugiego) nie jest gigantyczna, ale jest. Do tego spałbym spokojniej, kupując telefon na rok czy dwa, gdybym miał pewność, że pod maską siedzi Snapdragon 835 i 6 lub więcej gigabajtów RAM. Tak jak z samochodami – lepiej mieć mocniejszy silnik i rzadko z niego korzystać, niż słabszy i czasem patrzeć, jak niedomaga.

Choć z drugiej strony…

Ten akumulator!

Większy, mocniejszy silnik oznacza większe spalanie, czasem nawet wtedy, kiedy jeździmy względnie spokojnie. I tak też najwyraźniej pomyślano przy projektowaniu KEYone. Energooszczędny 625 jest jednym z elementów, który sprawia, że to BlackBerry jest prawdziwym BlackBerry.

W telegraficznym skrócie: jeśli nie będziecie mieć wyjątkowo zabieganego dnia, to odpinając telefon rano od ładowarki (USB-C) wieczorem będziecie mieć około 50 proc. naładowania, a może i nawet więcej. W trakcie moich testów właśnie dwie doby były najczęstszym wynikiem uzyskiwanym przez akumulator (3505 mAh). Tak, da się go zamęczyć dużo szybciej, ale da się też sprawić, że wytrzyma jeszcze dłużej.

2 doby, minimum 1,5, to coś, czego możecie się bez większych wyrzeczeń po KEYone spodziewać. W połączeniu z szybkim ładowaniem uzyskujemy sprzęt, który żadnej pracy nie będzie się bał. Niezależnie od tego, jak długa i jak bardzo intensywna będzie.

Dobra robota, BlackBerry. Choć naprawdę nie obraziłbym się, gdyby KEYone’a dało się ładować bezprzewodowo…

Aparat – świetnie w dzień, dobrze w nocy.

12 mpx rozdzielczości, f/2.0, moduł aparatu ten sam, który wykorzystano w Pixelu i Pixelu XL. Jak to wyszło?

Dobrze, ba, nawet bardzo dobrze, szczególnie jeśli mówimy o zdjęciach w bardzo dobrym, dobrym i wystarczającym oświetleniu. Reakcja aparatu na wydawane polecenia jest błyskawiczna, zdjęcia są bardzo szczegółowe, a kolory naturalne i nieprzesadzone. Brakuje tu wprawdzie optycznej stabilizacji, ale w odpowiednich warunkach, przy tak szybkim aparacie, nie jest to problemem.

Zaskakująco rozbudowana jest też aplikacja fotograficzna KEYone. W trybie domyślnym możemy regulować kompensację ekspozycji i wybrać jeden z efektów (żywy, spokój, atena, havana, etc.). Zmienić możemy także proporcje zdjęcia – domyślne 3:2 nie każdemu mogą odpowiadać, ale najlepiej pasują do proporcji ekranu.

W trybie manualnym natomiast zyskujemy dostęp do szeregu dużo bardziej zaawansowanych ustawień – od balansu bieli, przez czas naświetlania, ISO (10-10500), aż po ręczne ustawianie ostrości. Jest czym się bawić, a efekty potrafią być bardzo przyjemne dla oka.

OnePlus 5 (po lewej) kontra KEYone (po prawej). Oba zdjęcia w trybie auto.
Powiększenie 2:1.

Trochę słabiej aparat spisuje się po zmroku, zwłaszcza jeśli zestawimy go z dużo jaśniejszym (f/1.7) obiektywem z OnePlusa 5. Efekty nadal są zadowalające, ale trudno mówić o jakimkolwiek wow – tym bardziej, że część obrazka często wychodzi niedoświetlona. Zaletą w zestawieniu z OP5 jest to, że KEYone mniej stara się za wszelką cenę rozjaśnić fotografii, czego efektem jest mniej psujących efekt szumów.

Inna sprawa, że KEYone, szczególnie przy sztucznym, żółtawym oświetleniu, mocno walczy o to, żeby to, co uzna za białe, faktycznie było białe, co przeważnie daje naprawdę dobre wyniki. Przyznam, że część wieczornych zdjęć wykonanych BlackBerry bardziej podoba mi się niż te same ujęcia uchwycone iPhone’em X. Owszem, czasem taka walka o biały-biały powoduje mocne ochłodzenie całego obrazu i mocne pójście w niebieski albo fioletowy, ale można z tym żyć.

Halo, halo, jak mnie słychać?

Przeważnie całkiem dobrze, choć mam wrażenie, że KEYone nie próbuje nawiązać jakością połączeń do starszych BlackBerry, które pod tym względem były jednymi z najlepszych telefonów na rynku.

Jakość dźwięku, zarówno tego zbieranego przez mikrofon i przekazywanemu rozmówcy, jak i tego dostarczanego nam przez głośnik do rozmów, jest po prostu ok. Ani zła, ani przesadnie dobra.

Minimalnie gorzej jest z zasięgiem. KEYone potrafi czasem wyświetlić jedną albo dwie kreski zasięgu mniej niż inne telefony, a czasem spaść na 3G w momencie, kiedy reszta utrzymuje się jeszcze przy LTE. Nie napotkałem jednak sytuacji, gdzie KEYone kompletnie straciłby zasięg, podczas gdy inne telefony byłyby wciąż zalogowane w sieci.

W przypadku pozostałych modułów łączności w trakcie testów nie pojawiły się żadne problemy. Połączenie WiFi było stabilne od pierwszego podłączenia, natomiast lokalizacja GPS pobierana była, cóż, w standardowym, krótkim czasie. I tak, jest NFC do obsługi Android Pay.

I najważniejsze – Android.

Czyli jedna z największych wad albo zalet KEYone.

Dla tych, którzy lubią Androida albo wciąż korzystają z czegoś z BlackBerry 10 i chcą mieć dostęp do setek tysięcy aplikacji, Android jest oczywistą opcją. To – czego by o nim nie mówić – świetny system o ogromnych możliwościach, które w tym przypadku nie są przez BlackBerry w ogóle ograniczane. Wszystko możemy zmieniać, wszystko możemy personalizować. A za rogiem czai się jeszcze aktualizacja do Androida 8.x (obecnie 7.1.1), która przyniesie jeszcze kilka poprawek i nowości.

Dla fanów BlackBerry 10 przejście na Androida może być jednak uznane częściowo za rozczarowanie i downgrade. Niestety, tak samo jak w przypadku Priva, choć próbowano przenieść jak najwięcej z BB10, w praktyce nie wszystko do końca się udało.

Zacznijmy od tych dobrych rzeczy. Launcher BlackBerry jest czymś, co… instalowałem często na prywatnych telefonach z Androidem. Działa sprawnie, wygląda atrakcyjnie, a dodatki takie, jak podgląd widgetów aplikacji przez przeciągnięcie palcem w górę po ikonie, są naprawdę przydatne.

Do grona dodatków, z których chętnie korzystam zaliczyłbym też rozwijany z boku ekran kalendarza, wiadomości i zadań, gdyby nie to, że niesamowicie działa mi na nerwy fakt, iż od czasu do czasu coś nie zaskakuje poprawnie w animacji i ekran ten wysuwa się z drobnym chrupnięciem. Jeśli jednak pominąć ten problem wizualny, karta Produktywność leży chyba najbliżej tego, czym był dla mnie Hub w BlackBerry 10.

W Androidzie BlackBerry Hub niestety po raz kolejny nie zdołał mnie przekonać do siebie. Pomysł integrowania w jednej skrzynce wszystkich powiadomień byłby świetny, ale tylko w momencie, kiedy dostęp do niej byłby tak komfortowy, jak w BB10. I gdyby system powiadomień w Androidzie nie był prawie doskonały sam w sobie.

Owszem, Hub pozwala na znacznie więcej, niż górna belka powiadomień Androida. Filtrowanie wiadomości, zapis praktycznie całej naszej historii komunikacji (powiadomienia w końcu przecież znikają), możliwość tworzenia dedykowanych widoków (czyli np. tylko nieprzeczytane wiadomości z konta służbowego, w innym Facebook i Twitter, etc.) – możliwości Huba są niemal nieograniczone. Niemal, bo szybko orientujemy się, że sporo aplikacji przy próbie utworzenia wiadomości i tak wyrzuca nas z Huba do siebie. O ile więc w BB10 Hub był faktycznym sercem i centrum komunikacji, o tyle tutaj jest raczej centrum powiadomień.

Być może dla kogoś, kto korzysta z wielu kont pocztowych i masy aplikacji dodatkowych integrujących się z Hubem, ta aplikacja okaże się przydatna. U mnie, po kilku dniach prób, trafiła mimo wszystko w odstawkę.

Pozostałe aplikacje dodawane przez BlackBerry są w większości po prostu satysfakcjonujące. Kalendarz wyświetla treść w sposób czytelny, a tryb spotkania (automatyczne wyciszanie przy zdarzeniach z wybranych kalendarzy) może kogoś uratować przed kompromitacją. Kontakty BlackBerry są, działają, a do tego potrafią skutecznie wyłapać duplikaty i rozwiązać ich problem. DTEK natomiast informuje o stanie zabezpieczeń telefonu, choć i tak bez zbędnych starań uzyskałem poziom zabezpieczeń pt. Doskonały, więc chyba nie idzie mi to tak źle nawet bez niego.

Ani razu natomiast nie skorzystałem z aplikacja Zadania oraz aplikacji Notatki – wystarczyło, że okazało się, że nie synchronizują się z żadnym konsumenckim serwisem do zarządzania zadaniami (za to z Outlookiem/Exchange czy GroupWise już tak – najwyraźniej nie jestem docelowym użytkownikiem).

Privacy Shade, czyli zaciemnienie większości ekranu i pozostawienie podświetlonego jedynie wybranego fragmentu traktuję natomiast wyłącznie jako ciekawostkę. Ciekawostkę, która może zresztą tylko zwrócić uwagę na to, że robimy coś prywatnego na telefonie.

Reszta to w dużej mierze czysty Android, uzupełniony tu i tam firmowanymi przez BlackBerry drobnymi dodatkami i opcjami niezbędnymi np. do zarządzania klawiaturą. Owszem, pojawiło się przy tych dodatkach kilka drobnych błędów, ale żaden nie jest przesadnie irytujący.

A więc Android, którego wiele osób nie znosi, ale i Android, który pozwala na niemal wszystko i oferuje gigantyczny wybór aplikacji, które mogą zastąpić chociażby te nieszczęsne Notatki i Zadania.

To co, brać czy nie? Priv czy KEYone?

Na to drugie pytanie najłatwiej jest odpowiedzieć. Priv jest w tej chwili 2-letnim smartfonem z Androidem, który nie doczekał się zbyt wielu aktualizacji systemu operacyjnego i nie doczeka się już żadnej (przynajmniej znaczącej – 6.x to koniec jego drogi). Ma większy ekran o wyższej rozdzielczości i klawiaturę, która nie kradnie przestrzeni. Ma też procesor z wyższej serii, ale za to wyraźnie starszy.

Można taką wyliczankę budować i budować, ale bądźmy brutalnie szczerzy – to stary telefon, ze starym Androidem. Jedyne, co może przemawiać za zakupem Priva zamiast KEYone, to ewentualnie cena. Choć przyznaję – widziałem ostatnio Priva w świetnej cenie, ale uznałem, że byłoby to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Gdybym miał Priva, pewnie wstrzymałbym się jeszcze chwilę z przesiadką na KEYone’a. Ale kupować Priva teraz? Nikomu bym chyba nie polecił.

Co prowadzi do ostatecznego pytania: czy kupić KEYone?

Kluczowe są tutaj dwa elementy: cena i nasza chęć do posiadania fizycznej klawiatury.

Nawet ten pierwszy nie jest taki oczywisty. W Polsce możemy kupić dwa warianty KEYone – standardowy (testowany) za około 2800 zł i wersję Black Edition (4 GB RAM, 64 GB pamięci) za 3200 zł.

I tutaj przechodzimy płynnie do drugiego czynnika – jak bardzo zależy nam na fizycznym QWERTY? Bo z jeśli brać to pod uwagę, to KEYone nie ma żadnej konkurencji. Czy kosztuje 2800 zł czy 5600 zł, żeby mieć QWERTY, musimy wybrać właśnie jego.

Jeśli jednak klawiaturę traktujemy raczej jako ewentualny plusik, ale bez omdleń na myśl o niej, to sytuacja robi się bardzo, bardzo skomplikowana. Za mniej, dużo mniej albo niewiele drożej (szczególnie, jeśli chcemy telefon zachować dłużej niż rok) możemy kupić prawie każdy dostępny na rynku sprzęt, poza najnowszymi sztandarowymi modelami. OnePlus 5 i 5T? Da się. Galaxy S8? Powinno się udać. Wciąż bardzo dobry LG G6? Oszczędzimy 1000 zł. Honor 9? Podoba sytuacja. Xiaomi? Za te pieniądze wrócimy do domu z całym koszykiem smartfonów tej firmy. iPhone? 7-ka bez trudu, a to wciąż bardzo dobry telefon. Huawei P10 Plus? Jasne. Motorola, HTC – możecie się domyślić.

Każdy z tych telefonów na papierze jest lepszy (albo porównywalny, ale wtedy tańszy) od KEYone. Żaden z nich nie jest jednak w stanie zapewnić dokładnie tego samego, co KEYone.

Bo KEYone, jeśli przymknąć oko na drobne niedociągnięcia, jest i kompletnym smartfonem z Androidem, i kompletnym wołem roboczym od BlackBerry. Poszukując tego drugiego nie musimy godzić się więc z tym, że otrzymamy np. kiepski aparat, natomiast poszukując tego pierwszego nie skażemy się w KEYone na krótki czas pracy na ładowaniu czy konieczność stukania w ekran przy wprowadzaniu tekstu.

I tak, KEYone wciąż nie jest telefonem dla każdego, ale jedyne, co można mu tak naprawdę zarzucić, to rzeczy wynikające z jego formy. Która dla osób nim zainteresowanych będzie jego największą siłą. Jeśli więc coś sprzeda KEYone’a, to właśnie klawiatura. Ale nie będzie jego jedyną zaletą – ta lista jest tym razem wyjątkowo długa.

Nie jestem tylko pewien, czy nie warto chwilę poczekać z zakupem KEYone – poza Polską można znaleźć oferty na poziomie około 2300 zł i to wydaje się bardziej odpowiednią ceną.

Na tak:

  • Świetna jakość wykonania
  • Bardzo dobra (choć nie doskonała) fizyczna klawiatura z panelem dotykowym
  • Fantastyczny czas pracy na jednym ładowaniu
  • Wydajność na dobrym poziomie
  • Dobra jakość zdjęć i rozbudowana aplikacja aparatu
  • Jedyny taki telefon na rynku

Na tak sobie:

  • Głośnik mono
  • Hub nie jest tym, co w BlackBerry 10
  • Nie da się ukryć – poświęcamy dużo ekranu na rzecz klawiatury, która nie zawsze jest potrzebna
  • Granie czy oglądanie wideo na KEYone nie jest wyjątkowym doświadczeniem
  • Konkurencja za podobne pieniądze oferuje lepsze podzespoły
  • 4 GB RAM i 64 GB pamięci mogłyby być w standardzie
  • Tylko pojedynczy aparat (bo dlaczego nie!)
  • Niezbyt piękne podświetlenie klawiatury
  • Cena mogłaby być ciut niższa

Dołącz do dyskusji

Advertisement