Wystarczyło 500 km w Alfie Romeo Stelvio, bym zrozumiał, o co chodzi w kupowaniu auta „sercem”

Felieton/Motoryzacja 18.11.2017
Wystarczyło 500 km w Alfie Romeo Stelvio, bym zrozumiał, o co chodzi w kupowaniu auta „sercem”

Wystarczyło 500 km w Alfie Romeo Stelvio, bym zrozumiał, o co chodzi w kupowaniu auta „sercem”

Jestem fanem motoryzacji, ale przyznaję, że jeśli chodzi o prywatne auta, to przy wyborze kieruję się raczej rozumem, praktycznością i stosunkiem ceny do jakości. Rozpatrując Alfę Romeo Stelvio w tych kategoriach, prawdopodobnie nigdy bym się na nią nie zdecydował.

Stelvio to bardzo ciekawy przypadek i z wielką niecierpliwością czekałem na możliwość wzięcia jej na testy, by skonfrontować oczekiwania z rzeczywistością.

Na papierze bowiem Alfa Romeo zdaje się stworzyła crossovera idealnego. Większego od konkurencji, szybszego od konkurencji, lepiej wyposażonego od konkurencji, a do tego kosztującego od konkurencji znacznie, znacznie mniej (jeśli porównywać wersje o podobnych osiągach).

Rzeczywistość jednak szybko weryfikuje te twierdzenia, o czym zresztą szerzej napiszę w pełnej recenzji. Tutaj tylko powiem, że Stelvio to auto „ale”.

Wydaje się pojemne, ale – miejsca dla pasażerów z tyłu czy na bagaż nie ma znowuż przesadnie dużo (na tle konkurencji). Deska rozdzielcza zrobiona jest w większości ze świetnych materiałów, miękkich plastików, drewna, aluminium, ale – obudowa dźwigni zmiany biegów i przełączników trybu jazdy już krzyczy księgowy kazał ciąć koszty. Samo wnętrze jest przepięknie zaprojektowane i jak na włoskie auto bardzo intuicyjne, ale – spasowane tak, że po 20 tys. km, które przejechał nasz testowy egzemplarz, w wielu miejscach trzeszczy jakby Stelvio miało na blacie co najmniej pięć razy tyle.

Takich niuansików mógłbym wymienić jeszcze sporo i zrobię to w kolejnym materiale. Teraz jednak chciałem powiedzieć, że… są one kompletnie nieważne.

Alfa Romeo Stelvio to auto, któremu można wiele wybaczyć.

Pomimo wszelkich drobnych niedociągnięć, które może nie powinny się zdarzyć w aucie za ponad 200 tys. zł, uwielbiam ten samochód. Szczerze i z serca mówię: jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze za kierownicą, jak w Alfie Romeo Stelvio. Nawet w hybrydowym i solidnym Lexusie IS300h czy wygodniejszym i cichszym Volvo V90.

Przejechawszy 500 km Alfą, zaczynam rozumieć tych wszystkich, którzy auta kupują sercem. Stelvio jest właśnie takim samochodem, który kupuje się emocjami, a nie przeliczając złotówki na specyfikację.

Kierując się rozumem, w tej klasie sięgnąłbym pewnie po wolniejsze wersje Audi Q5 czy BMW X3. Ale jestem pewien, że żadne z powyższych aut nie dostarczyłoby mi tych samych odczuć, które towarzyszą obcowaniu ze Stelvio.

Stelvio przyciąga samą urodą.

Co do wyglądu pierwszego SUV-a Alfy zdania są mocno podzielone. Jedni uważają go za włoską ślicznotkę, inni za hipopotama z dysfunkcją. Ja jestem w tym pierwszym obozie. Uśmiecham się na sam widok Stelvio stojącego na parkingu (choć moja lepsza połówka, która uważa Alfę za hipopotama, też się do niej uśmiecha – z nieco innych pobudek, ale jednak!). Wsiadając do auta, czuję się dobrze, mając przed sobą pięknie zaprojektowany kokpit i stylową kierownicę, która doskonale leży w dłoniach.

Stelvio jest inne. Jest ciekawe. To nie jest kolejny nudny crossover, jakich mnóstwo na ulicach. I sam fakt tej wyjątkowości sprawia, że do Alfy podchodzi się inaczej, niż do innych aut tego segmentu.

Prawdziwa magia dzieje się jednak po uruchomieniu silnika.

Napisałem na początku, że Alfie Romeo Stelvio wiele można wybaczyć i jest ku temu jeden argument kończący dyskusję: wrażenia z jazdy.

Alfa Romeo Stelvio prowadzi i zachowuje się tak, jak żaden inny SUV. Ba, niejeden hot-hatch mógłby jej pozazdrościć zrywności i doskonale zestrojonego układu kierowniczego, a na pewno każdy może tylko pomarzyć o byciu jednocześnie równie komfortowym.

Ten sporych gabarytów SUV na drodze zachowuje się jak tancerka. Przepraszam za to porównanie, ale tutaj faktycznie Stelvio jest jak hipopotam. Te wielkie zwierzęta wydają się ociężałe i niezgrabne, ale gdy wpuścić je do wody, wykazują się gracją baletnicy. Nie inaczej jest z Alfą.

Na drodze to auto nie ma sobie równych, jeśli chodzi o balans między komfortem, szybkością i precyzją prowadzenia. Stelvio z silnikiem 2.0 280 KM oferuje osiągi jak hot-hatch (0-100 km/h w 5,7 s), ale w przeciwieństwie do innych usportowionych aut nie okupuje tego komfortem.

Zawieszenie zręcznie wybiera nierówności, fotele są komfortowe (choć nieco za twarde na dłuższe trasy, jakby mnie kto pytał), a w środku jest całkiem cicho. Nie tak cicho może jak w Mercedesach czy BMW, ale wystarczająco cicho, by w ogóle nie zawracać sobie głowy odgłosami zza szyb.

No i ten układ kierowniczy… Nigdy nie prowadziłem auta prowadzącego się równie bezpośrednio. Stelvio reaguje na najmniejszy ruch kierownicy, na każde życzenie kierowcy. Kiedy przesiadłem się na moment do prywatnego auta, miałem wrażenie, jakby między kierownicą a kołami była wielka gumka recepturka, naprężająca się i zwalniająca przy skręcaniu. W Stelvio jest zupełnie inaczej.

To wszystko składa się na to, że Alfa Romeo jest nie tylko niebywale przyjemna w prowadzeniu, ale również prowadzi się ją bardzo pewnie. Bo auto jest gotowe zawsze na każdy manewr. Kiedy trzeba precyzyjnie wejść w zakręt – Stelvio to robi. Kiedy trzeba wyprzedzić – wciskamy pedał gazu i momentalnie znajdujemy się przed wyprzedzanym samochodem.

I już nawet nie wspominam o czystej frajdzie z jazdy, bo to powinno wynikać samo z siebie. Powiem tylko tak: Stelvio to taki samochód, którym po bułki jeździ się do piekarni w sąsiednim mieście. Jak najdłuższą i jak najbardziej krętą trasą.

Po raz pierwszy spotkałem się też z takim poczuciem komitywy na drodze.

Można rzucać niewybredne żarty, że wszyscy kierowcy Alfy znają się z serwisów, ale jednak jest coś w tym, że tworzą na drogach niespotykaną nigdzie indziej społeczność.

Uprzedzał mnie co do tego nasz redakcyjny alfista, Piotr Barycki, ale myślałem, że chodzi mu raczej o grupki wsparcia na forach internetowych.

Tymczasem ta komitywa jest widoczna na drodze. Kierowcy innych Alf migali mi światłami. Nie raz ktoś w innym modelu włoskiego producenta pomachał do mnie na skrzyżowaniu albo skinął porozumiewawczo głową. Z czymś takim nie spotkałem się jeżdżąc autami żadnej innej marki.

Pewnie, po części wynika to z tego, że Alfa nie jest w Polsce przesadnie popularna. Spróbujcie sobie tylko wyobrazić podobną społeczność kierowców Skody – żeby nadążać z pozdrowieniami musieliby jeździć cały czas machając ręką, a przednie światła lepiej byłoby zamienić na stroboskopy, tak często na drogach mijają się auta czeskiej marki.

Samochodów Alfa Romeo jest na drogach relatywnie niewiele. Ma to oczywiście swoje wady, ale także tę niepodważalną zaletę, jaką jest wyjątkowość i unikalność. Co prowadzi z powrotem do kupowania auta „sercem”.

Kupując auto rozumem, postawimy na to, czego jeździ po drogach najwięcej. Bo najlepsza sieć serwisowa, najtańsze części, no i skoro tyle osób jeździ, to znaczy, że dobre, prawda? I tym sposobem lądujemy w nowej Fabii, a potem okazuje się, że co trzeci mijany samochód wygląda tak samo, jak nasz.

Wybierając Stelvio, taka sytuacja nam nie grozi. Jadąc z Warszawy do Słupska napotkałem na swojej drodze tylko jedną inną Stelvio i było to… pod salonem Alfy Romeo.

Alfa Romeo Stelvio jest wyjątkowym autem.

Rozbudowane, szczegółowe wrażenia z czasu spędzonego ze Stelvio opiszę za jakiś czas. Chciałem jednak na początku podzielić się tym ładunkiem emocjonalnym, który towarzyszy użytkowaniu tego auta. Na merytorykę przyjdzie czas później.

Stelvio, choć to pozornie tylko kolejny SUV, jest autem wyjątkowym. W sam raz dla kogoś, kto kupuje samochody sercem. A jeśli jesteśmy w stanie jej wybaczyć kilka niedoskonałości, to patrząc na cenę na tle podobnie wyposażonych rywali, nowa Alfa Romeo nagle okazuje się być ciekawą propozycją także dla rozumu.

Dołącz do dyskusji

Advertisement