Samochody elektryczne są jak piramida finansowa

Felieton/Motoryzacja 25.10.2017
Samochody elektryczne są jak piramida finansowa

Samochody elektryczne są jak piramida finansowa

Wygląda na to, że zasada zaufania do instytucji państwowych to jakiś przebrzmiały, XX-wieczny koncept. Posunięcia, które planuje Norwegia wyraźnie wskazują na to, że na zakupie samochodu elektrycznego skorzystali tylko ci, którzy zrobili to jako pierwsi. Jak w piramidzie finansowej.

W piramidzie finansowej nie wszyscy są poszkodowani – ci, którzy zainwestowali jako pierwsi, często rzeczywiście otrzymywali niemały zysk. Oczywiście w nieuchronny sposób każda następna osoba przybliżała moment zawalenia się konstrukcji i koniec końców ci najliczniejsi, z dołu piramidy, lądowali z niczym. Lądowali, rozumiecie… OLT Express, Amber Gold… nieważne.

Wszystko wskazuje na to, że z samochodami elektrycznymi będzie podobnie. Ci, którzy jako pierwsi „załapali się” na państwowe subsydia i ulgi podatkowe, mogą uważać się za zwycięzców. Ale gdy obywatele masowo ruszyli po auta elektryczne – tak jak w Norwegii, gdzie 29 procent sprzedaży nowych aut w 2016 r. to „elektryki”, rząd reaguje i planuje wprowadzić nowy podatek, nazwany już „Tesla Tax”. Sprytnie pominięto w nim kwestię rodzaju zasilania, skupiając się na masie pojazdu. Tesle, ze swoimi dużymi nadwoziami i ciężkimi zestawami akumulatorów ważą średnio ponad dwie tony. Właśnie masa własna przekraczająca 2 tony ma stanowić podstawę do naliczenia nowego podatku, który spowoduje podniesienie ceny przeciętnej Tesli S o ok. 70 000 koron norweskich, czyli mniej więcej 35 000 zł.

Nie jest to pierwszy ruch norweskiego rządu skierowany przeciwko samochodom elektrycznym.

Już dwa lata temu zauważono, że wzrost popularności aut napędzanych prądem powoduje powstawanie korków na buspasach – bo w celu zachęcenia kierowców do przesiadki na prąd, zezwolono na jazdę buspasem autami zeroemisyjnymi. Kierowcy autobusów zaczęli narzekać, że nie mieszczą się w rozkładzie jazdy, a pasy przeznaczone dla nich są zawalone Teslami, Nissanami Leaf czy Mitsubishi i-MiEV. Rząd zabrał ekologicznym kierowcom ten przywilej, a za nim podążyła też likwidacja zwolnienia z opłat za parkowanie. Od stycznia 2018 r. właściciele samochodów elektrycznych zapłacą połowę stawki rocznego podatku drogowego, a od 2020 r. będą go płacić w stu procentach. Kończą się więc czasy zachęt, a zaczyna to, co rządy lubią najbardziej: zabranianie, zakazywanie i dojenie obywateli.

Oczywiście proponowany „podatek Tesli” od aut powyżej 2 ton ma pewien sens, bo ciężkie samochody bardziej niszczą drogę niż lekkie i słuszne jest stwierdzenie norweskiego ministra środowiska, że zachęty miały służyć kupowaniu małych, lekkich aut elektrycznych, a skończyło się na dofinansowywaniu bogatym ich wypasionych limuzyn. Podobnie działo się w Wielkiej Brytanii, gdzie z ogromnej ulgi podatkowej dla samochodów hybrydowych korzystały osoby zamożne, kupujące choćby Volvo XC90 T8 – samochód owszem wspaniały, ale trudno znaleźć powód, dlaczego państwo miałoby dopłacać do jego zakupu.

volvo elektryczne

Coraz głośniej mówi się też o tym, że samochody elektryczne generują tyle samo, a nawet więcej pyłów co auta spalinowe, ponieważ szybko zużywają opony i klocki hamulcowe (duża masa + duże przyspieszenia = częste hamowanie ze sporych prędkości).

No i wreszcie jest jeszcze „podnoszenie poprzeczki” przez wszelkie ruchy miejskie lub tzw. aktywistów, którzy do tej pory walczyli z ruchem samochodowym, powołując się – dość słusznie – na to, że samochody trują, bo emitują szkodliwe spaliny. Jednak gdy na zachodzie (i północy) upowszechniły się samochody elektryczne, aktywiści zmienili front i wymyślili koncepcję „zawłaszczania przestrzeni”, według której samochody są złe nie dlatego że trują, tylko dlatego, że zajmują powierzchnię, na której mogłoby powstać coś innego. Co i dlaczego, skoro akurat kraje skandynawskie do zbyt zaludnionych nie należą i powierzchni im nie brakuje – tego nie wiadomo, ważne jest, że znaleziono kolejny powód, by pozbywać się samochodów.

Powstaje zatem pytanie: jeśli nie będzie zachęt do przesiadki na auto elektryczne, to co ma skłonić kierowców do „wyjścia ze strefy komfortu”, jaką jest samochód spalinowy?

To proste: skończyły się czasy marchewki, zaczęły się czasy kija.

Niedawno portal Carscoops pokusił się o stworzenie listy krajów, które już zapowiedziały zakazanie sprzedaży samochodów spalinowych. Jest na niej Holandia, oczywiście Norwegia, Francja, Wielka Brytania, a także Chiny. Norwegowie mówią o roku 2025, czyli już za niecałe 8 lat – w obliczu tego producenci aut napędzanych paliwami konwencjonalnymi powinni właściwie zakończyć rozwijanie silników spalania wewnętrznego, bo za chwilę będą już one zabronione. Kolejne miasta będą zamykać swoje centra dla samochodów spalinowych, a zacznie się oczywiście od diesli.

Wygląda na to, że ogromne inwestycje, jakie poczyniono w latach 90. XX wieku i początku obecnego, żeby ulepszyć i oczyścić silniki Diesla, nie miały żadnego sensu. Lepiej wyszlibyśmy na tym, gdybyśmy zabronili diesli jakieś 20 lat temu, albo i dawniej, tak jak zrobił to Iran – tam w ogóle nie uświadczy się diesli w samochodach osobowych.

Tak jak XX w. był wiekiem wynalazków, tak – jak do tej pory – XXI w. jest wiekiem ich zabraniania. Jeśli już kupiłeś samochód elektryczny, przynajmniej na Zachodzie lub w Skandynawii – wygrałeś. Ale wygrali tylko ci, którzy pierwsi „opuścili strefę komfortu” w postaci aut tradycyjnych. Następni zostaną do tego po prostu przymuszeni, a ich wnuki będą pewnie dziwić się, jak w ogóle można było pozwalać ludziom kupować samochody.

Dołącz do dyskusji